Zagląda Was tu całkiem sporo, więc pomyślałam, czemu by tego nie wykorzystać. Więc chodzi o to, że jestem wolontariuszką w fundacji. Mamy sześć koni uratowanych przed śmiercią. Jeden jest to koń wyścigowy, złamał nogę, która później źle się zrosła, a Perfect Chief (nasza wyścigówa) trafił do Nowakowa, do fundacji. Jak wiecie, fundacje potrzebują #OGROMNIE pieniędzy, których niestety mają strasznie mało. Perfect jest ogierem, a fundacja musi go wykastrować, bo istnieje ryzyko, że znowu złamie sobie nogę, a tego byśmy nie przeżyli ;( Chciałam Was prosić o pomoc, polubcie tą stronę na facebooku: Patrol Interwencyjny ds. Zwierząt Gospodarskich, obserwujcie ją, polecajcie znajomym, komentujcie, lajkujcie, udostępniajcie... To już jest jakaś pomoc, jeśli więcej osób dowie się o fundacji, więcej osób się nią zainteresuje, może będzie w końcu możliwość wykupienia większej ilości koni! W weekend fundacja jedzie na targ koński. Tym razem udało się uzbierać pieniądze dzięki pomocy takich ludzi. Pomóżcie, jeżeli możecie, proszę...
Z poważaniem, założycielka bloga:)
PS W razie pytań, piszcie w komentarzach lub na email: dobreo20@gmail.com! :)
Mam nadzieję, że też pomożecie!
piątek, 9 maja 2014
środa, 7 maja 2014
Rozdział 25 ♞
Mama wyszła z domu i podeszła do skrzynki pocztowej. Otworzyła ją i wyjęła z niej kilka listów. Były wśród nich rachunki, pocztówki od rodziny i coś jeszcze.
-Ellie, chodź na chwilę! -Krzyknęła do mnie mama. Zawróciłam Parysa w drugą stronę i zeskoczyłam z niego tuż przed mamą.- Proszę, to do ciebie.
-Co to jest... -Wyjęłam z jej rąk kopertę. Była różowa i miała namalowane kwiatki. Zaadresowana oczywiście do mnie, a nad "i" w moim imieniu zamiast kropki było maleńkie serce.
-No otwórz. -Ponagliła mnie mama. Chociaż widziałam ją gazylion razy, tak naprawdę nigdy dobrze jej się nie przyjrzałam. Jej brązowe lśniące włosy sięgały długością do ramion, miała podkrążone oczy, ale ich zielony kolor nie stracił jeszcze blasku. Teraz byłyśmy tego samego wzrostu. Wsunęłam palec do koperty i przejechałam nim po długości. Wyjęłam list. Był on spryskany jakimiś wstrętnymi perfumami. Musiałam zakaszleć, żeby się nie udusić. Ktoś go napisał odręcznie, w dodatku bardzo brzydko.
-Przeczytaj go -poleciła mama.
-"Droga Ellie".
-Nieźle się zaczyna -stwierdziła.
-"Droga Ellie" -kontynuowałam.- "Gdy ujrzałem Cię pierwszy raz, nie mogłem się oprzeć, by na Ciebie choć raz nie spojrzeć. Twoja uroda wręcz powaliła mnie na kolana. Masz taki lekki głosik i pachnące perfumy... Myślałem, że jesteś księżniczką z bajki. To, jak się poruszasz, ubierasz, porozumiewasz ze mną, odnosisz się do świata..."
-Odnosisz się do świata?
-Cicho. "i Twój cudowny charakter sprawiły, że nie marzę o niczym innym, jak tylko spędzić z Tobą resztę życia... Jesteś najniezwyklejszą osobą, jaką kiedykolwiek poznałem i mam nadzieję, że docenisz mnie w przyszłości. Proszę, przyjmij ten skromny dar na dowód mojej miłości... Noś go, noś go zawsze... Twój cichy wielbiciel. PS Kocham Cię."
-Piękne, ale czy on ci się oświadcza?! -Wykrzyknęła mama zdziwiona.
-Co? -Nie zrozumiałam.
-No... Spójrz tylko, o tu: "spędzić z Tobą resztę życia..."
-Mamo! -Zaśmiałam się.- Oczywiście, że mi się nie oświadcza.
-Wiesz kto go napisał?
-Nie.
-Może to Philip? To w jego stylu.
-To kompletnie nie jest w jego stylu. -Zaprzeczyłam.
-No to kto? Albo Philip albo nikt.
Zaczęłam się nad tym zastanawiać. Kto mógł wysłać mi ten list? Może to jednak Philip... Pogrzebałam ręką w kopercie i znalazłam naszyjnik, a na nim uwieszone serduszko. Przyjrzałam się bliżej, naszyjnik się otworzył. W środku była karteczka z napisem "kocham Cię. Pamiętaj". Uśmiechnęłam się do siebie. Poprosiłam mamę, aby zaniosła prezent do mojego pokoju, a ja z powrotem wskoczyłam na Parysa.
-Jak cudownie jest znowu siedzieć w siodle! -Wykrzyknęłam uszczęśliwiona. Naprawdę się cieszyłam. Przez ostatnie piętnaście lat nie marzyłam o niczym innym, jak tylko zaczynać dzień na końskim grzbiecie. Ale nigdy nie sądziłam, że będę to mogła robić na własnym koniu...
-Ellie, chodź na chwilę! -Krzyknęła do mnie mama. Zawróciłam Parysa w drugą stronę i zeskoczyłam z niego tuż przed mamą.- Proszę, to do ciebie.
-Co to jest... -Wyjęłam z jej rąk kopertę. Była różowa i miała namalowane kwiatki. Zaadresowana oczywiście do mnie, a nad "i" w moim imieniu zamiast kropki było maleńkie serce.
-No otwórz. -Ponagliła mnie mama. Chociaż widziałam ją gazylion razy, tak naprawdę nigdy dobrze jej się nie przyjrzałam. Jej brązowe lśniące włosy sięgały długością do ramion, miała podkrążone oczy, ale ich zielony kolor nie stracił jeszcze blasku. Teraz byłyśmy tego samego wzrostu. Wsunęłam palec do koperty i przejechałam nim po długości. Wyjęłam list. Był on spryskany jakimiś wstrętnymi perfumami. Musiałam zakaszleć, żeby się nie udusić. Ktoś go napisał odręcznie, w dodatku bardzo brzydko.
-Przeczytaj go -poleciła mama.
-"Droga Ellie".
-Nieźle się zaczyna -stwierdziła.
-"Droga Ellie" -kontynuowałam.- "Gdy ujrzałem Cię pierwszy raz, nie mogłem się oprzeć, by na Ciebie choć raz nie spojrzeć. Twoja uroda wręcz powaliła mnie na kolana. Masz taki lekki głosik i pachnące perfumy... Myślałem, że jesteś księżniczką z bajki. To, jak się poruszasz, ubierasz, porozumiewasz ze mną, odnosisz się do świata..."
-Odnosisz się do świata?
-Cicho. "i Twój cudowny charakter sprawiły, że nie marzę o niczym innym, jak tylko spędzić z Tobą resztę życia... Jesteś najniezwyklejszą osobą, jaką kiedykolwiek poznałem i mam nadzieję, że docenisz mnie w przyszłości. Proszę, przyjmij ten skromny dar na dowód mojej miłości... Noś go, noś go zawsze... Twój cichy wielbiciel. PS Kocham Cię."
-Piękne, ale czy on ci się oświadcza?! -Wykrzyknęła mama zdziwiona.
-Co? -Nie zrozumiałam.
-No... Spójrz tylko, o tu: "spędzić z Tobą resztę życia..."
-Mamo! -Zaśmiałam się.- Oczywiście, że mi się nie oświadcza.
-Wiesz kto go napisał?
-Nie.
-Może to Philip? To w jego stylu.
-To kompletnie nie jest w jego stylu. -Zaprzeczyłam.
-No to kto? Albo Philip albo nikt.
Zaczęłam się nad tym zastanawiać. Kto mógł wysłać mi ten list? Może to jednak Philip... Pogrzebałam ręką w kopercie i znalazłam naszyjnik, a na nim uwieszone serduszko. Przyjrzałam się bliżej, naszyjnik się otworzył. W środku była karteczka z napisem "kocham Cię. Pamiętaj". Uśmiechnęłam się do siebie. Poprosiłam mamę, aby zaniosła prezent do mojego pokoju, a ja z powrotem wskoczyłam na Parysa.
-Jak cudownie jest znowu siedzieć w siodle! -Wykrzyknęłam uszczęśliwiona. Naprawdę się cieszyłam. Przez ostatnie piętnaście lat nie marzyłam o niczym innym, jak tylko zaczynać dzień na końskim grzbiecie. Ale nigdy nie sądziłam, że będę to mogła robić na własnym koniu...
wtorek, 6 maja 2014
Rozdział 24 ♞
Bum, bum, bum.
Tyle usłyszałam, gdy obudziłam się w środku nocy. To, i jakiś krzyk, chociaż nie jestem do końca pewna, czy mi się nie przyśnił. Na zewnątrz było ciemno. Podeszłam do okna otworzyłam je, padał deszcz, a zimne powietrze wleciało do mojego pokoju. Poczułam zapach charakterystyczny dla deszczu. Padało i wiało. Wiało i padało. Bez końca, od kilku dni. Spojrzałam na niebo i nie widziałam nic, jakby wszystko połknęła czarna dziura. Jak gdybym ja była w takiej dziurze. Nie zapaliłam światła, więc w moim pokoju także panował mrok. Spojrzałam na stajnię i... coś zobaczyłam. Jakiś cień. Czarny i schylony, poruszał się szybko. Wytężyłam wzrok. Przyjrzałam się dokładniej. Czyżby koniokradzi? A może to stary Sampson chciał odzyskać Niespodziankę? To niemożliwe. Ten cień to tak naprawdę nie cień, a pies, Sally. Zastanawia mnie tylko, czemu ona chodzi po podwórku w środku nocy? Nigdy tego nie robiła. A może się czegoś wystraszyła. Zrobiło mi się zimno i zamarzyłam o ciepłym kocu. Usiadłam na łóżku i spojrzałam na telefon. Wskazywał godzinę trzecią. I przyszedł do mnie też SMS. Od Philipa. Napisał: "Ellie, czy moglibyśmy się spotkać jutro o szesnastej? Proszę. Słodkich snów, Philip." Słodkich snów, zakpiłam, gdybym tylko mogła spać...
Zastanowiłam się. Czy coś się stało? Dlaczego wysłał mi tego SMS-a? Mam złe przeczucie, jestem pewna, że coś się święci.
Tylko co?
Co jest takiego ważnego, że Philip wręcz błagał mnie o spotkanie?
Bał się, że nie przyjdę?
Bzdura. Kocham go, nie mogłabym nie przyjść. Aha, nie napisał tylko, gdzie chce się spotkać. Może pójdziemy do miasta.
Przykryłam się kocem i od razu poczułam się senna. Położyłam głowę na miękkiej poduszce w kształcie świnki i zasnęłam.
Promienie słoneczne prześwitywały przez zasłony i oświetlały pokój. Otworzyłam na oścież okno, a moją twarz owiał chłodny wiaterek. Było zimno, chociaż mieliśmy środek lata. Wyjrzałam na podwórko. Nie było śladu po deszczu, słońce osuszyło ziemię. Dzień wydawał się idealny na wszystko, a zwłaszcza na jazdę konną. Wyjęłam z szafy bryczesy i luźną czarną bluzę. Szybko się ubrałam i umyłam oraz pościeliłam łóżko. Zbiegłam po schodach do kuchni. Mama już przygotowywała śniadanie - jajecznicę z bekonem. Pycha. Usiadłam przy stole, a mama nałożyła mi na talerz jedzenie. Zaczęłam się zajadać. Obok mnie usiadł tata.
-Pojeździsz dziś na Parysie? -Spytał, smarując sobie masłem chleb.- Dawno go nie ruszałaś. Zastoi się.
-Miałam zamiar dziś na niego wsiąść. Może pojedziemy do lasu. Podasz mi pieprz?
-Proszę -powiedział, podając mi przyprawę.- To fajnie. Tylko nie przyprowadzaj mi tu znowu jakiegoś konia -zaśmiał się.
-Nie masz się o co martwić. A właśnie, jak się toczą sprawy z Niespodzianką? -Mama postawiła mi przed nosem herbatę. Posłodziłam ją i upiłam łyk.- Simpson próbuje ją odzyskać?
-Chyba sobie odpuścił. Mam nadzieję. Ale po takich osobach można się spodziewać wszystkiego. To psychol.
Zaśmiałam się. Odłożyłam naczynia do zlewu i poszłam do przedpokoju. Założyłam sztyblety, po czym pobiegłam do stajni. Drzwi były lekko uchylone. Dziwne. Jestem pewna, że je wieczorem zamykałam. Weszłam do środka i zastałam zaskakujący widok; Niespodzianka stała przed boksem Parysa. Oboje spojrzeli na mnie zaciekawionym wzrokiem. Podeszłam do klaczy. Miała na sobie kantar i pół uwiązu. Przyjrzałam się bardziej. Dziwnie to wyglądało. Wyglądał na przerwany, ale ona chyba nie mogła sama go urwać. Znalazłam jakiś sznurek i z powrotem przywiązałam Niespodziankę do stanowiska. Zaczęłam ją czyścić. Na szyi zobaczyłam ranę, długości kciuka. Jestem pewna, że tam nie miała rany. Na sto procent. Na dowód tego wokół niej była zaschnięta krew. Sama sobie to zrobiła? Szczerze w to wątpię. W dodatku rana była na wysokości uwiązu...
Zostawiłam klacz i poszłam zająć się Parysem. Później pomyślę. Wyczyściłam porządnie karego i nałożyłam na niego siodło oraz ogłowie. Chwilę zajęło mi przekonanie go, żeby włożył wędzidło do pyska, ale udało się. On nie był złośliwy. Zachowywał się bardziej jak potulny kucyk, niż jak wielki i potężny ogier, który z łatwością mógłby mnie zgnieść. Przerzuciłam wodze nad głową i złapałam je za sprzączkę. Wyszłam ze stajni zostawiając za sobą otwarte drzwi. Zrobiło się gorąco. Wyszłam na pole, dociągnęłam popręg do siodła i wskoczyłam na Parysa.
Tyle usłyszałam, gdy obudziłam się w środku nocy. To, i jakiś krzyk, chociaż nie jestem do końca pewna, czy mi się nie przyśnił. Na zewnątrz było ciemno. Podeszłam do okna otworzyłam je, padał deszcz, a zimne powietrze wleciało do mojego pokoju. Poczułam zapach charakterystyczny dla deszczu. Padało i wiało. Wiało i padało. Bez końca, od kilku dni. Spojrzałam na niebo i nie widziałam nic, jakby wszystko połknęła czarna dziura. Jak gdybym ja była w takiej dziurze. Nie zapaliłam światła, więc w moim pokoju także panował mrok. Spojrzałam na stajnię i... coś zobaczyłam. Jakiś cień. Czarny i schylony, poruszał się szybko. Wytężyłam wzrok. Przyjrzałam się dokładniej. Czyżby koniokradzi? A może to stary Sampson chciał odzyskać Niespodziankę? To niemożliwe. Ten cień to tak naprawdę nie cień, a pies, Sally. Zastanawia mnie tylko, czemu ona chodzi po podwórku w środku nocy? Nigdy tego nie robiła. A może się czegoś wystraszyła. Zrobiło mi się zimno i zamarzyłam o ciepłym kocu. Usiadłam na łóżku i spojrzałam na telefon. Wskazywał godzinę trzecią. I przyszedł do mnie też SMS. Od Philipa. Napisał: "Ellie, czy moglibyśmy się spotkać jutro o szesnastej? Proszę. Słodkich snów, Philip." Słodkich snów, zakpiłam, gdybym tylko mogła spać...
Zastanowiłam się. Czy coś się stało? Dlaczego wysłał mi tego SMS-a? Mam złe przeczucie, jestem pewna, że coś się święci.
Tylko co?
Co jest takiego ważnego, że Philip wręcz błagał mnie o spotkanie?
Bał się, że nie przyjdę?
Bzdura. Kocham go, nie mogłabym nie przyjść. Aha, nie napisał tylko, gdzie chce się spotkać. Może pójdziemy do miasta.
Przykryłam się kocem i od razu poczułam się senna. Położyłam głowę na miękkiej poduszce w kształcie świnki i zasnęłam.
Promienie słoneczne prześwitywały przez zasłony i oświetlały pokój. Otworzyłam na oścież okno, a moją twarz owiał chłodny wiaterek. Było zimno, chociaż mieliśmy środek lata. Wyjrzałam na podwórko. Nie było śladu po deszczu, słońce osuszyło ziemię. Dzień wydawał się idealny na wszystko, a zwłaszcza na jazdę konną. Wyjęłam z szafy bryczesy i luźną czarną bluzę. Szybko się ubrałam i umyłam oraz pościeliłam łóżko. Zbiegłam po schodach do kuchni. Mama już przygotowywała śniadanie - jajecznicę z bekonem. Pycha. Usiadłam przy stole, a mama nałożyła mi na talerz jedzenie. Zaczęłam się zajadać. Obok mnie usiadł tata.
-Pojeździsz dziś na Parysie? -Spytał, smarując sobie masłem chleb.- Dawno go nie ruszałaś. Zastoi się.
-Miałam zamiar dziś na niego wsiąść. Może pojedziemy do lasu. Podasz mi pieprz?
-Proszę -powiedział, podając mi przyprawę.- To fajnie. Tylko nie przyprowadzaj mi tu znowu jakiegoś konia -zaśmiał się.
-Nie masz się o co martwić. A właśnie, jak się toczą sprawy z Niespodzianką? -Mama postawiła mi przed nosem herbatę. Posłodziłam ją i upiłam łyk.- Simpson próbuje ją odzyskać?
-Chyba sobie odpuścił. Mam nadzieję. Ale po takich osobach można się spodziewać wszystkiego. To psychol.
Zaśmiałam się. Odłożyłam naczynia do zlewu i poszłam do przedpokoju. Założyłam sztyblety, po czym pobiegłam do stajni. Drzwi były lekko uchylone. Dziwne. Jestem pewna, że je wieczorem zamykałam. Weszłam do środka i zastałam zaskakujący widok; Niespodzianka stała przed boksem Parysa. Oboje spojrzeli na mnie zaciekawionym wzrokiem. Podeszłam do klaczy. Miała na sobie kantar i pół uwiązu. Przyjrzałam się bardziej. Dziwnie to wyglądało. Wyglądał na przerwany, ale ona chyba nie mogła sama go urwać. Znalazłam jakiś sznurek i z powrotem przywiązałam Niespodziankę do stanowiska. Zaczęłam ją czyścić. Na szyi zobaczyłam ranę, długości kciuka. Jestem pewna, że tam nie miała rany. Na sto procent. Na dowód tego wokół niej była zaschnięta krew. Sama sobie to zrobiła? Szczerze w to wątpię. W dodatku rana była na wysokości uwiązu...
Zostawiłam klacz i poszłam zająć się Parysem. Później pomyślę. Wyczyściłam porządnie karego i nałożyłam na niego siodło oraz ogłowie. Chwilę zajęło mi przekonanie go, żeby włożył wędzidło do pyska, ale udało się. On nie był złośliwy. Zachowywał się bardziej jak potulny kucyk, niż jak wielki i potężny ogier, który z łatwością mógłby mnie zgnieść. Przerzuciłam wodze nad głową i złapałam je za sprzączkę. Wyszłam ze stajni zostawiając za sobą otwarte drzwi. Zrobiło się gorąco. Wyszłam na pole, dociągnęłam popręg do siodła i wskoczyłam na Parysa.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)