wtorek, 18 lutego 2014

Rozdział 18 ♞

Philip przyjechał z samego rana. Byłam już gotowa. Chciałam znowu spotkać Aladara, wydawało mi się, że nie widziałam go od wieków! Szybko wyruszyliśmy. Miałam poczucie winy, że zostawiam Niespodziankę, ale i tak nie mogłam nic z nią zrobić. Chociaż może… nie, to głupie.
-Ej Philip, a gdybyśmy zabrali ze sobą Niespodziankę i mogłabym popracować z nią na hali?
-Kogo?
-Niespodziankę. A, no tak. Ty nie wchodziłeś do stajni, więc nie wiesz.
-No nie wiem. Co to za niespodzianka?
-Niespodzianka to klacz. Wczoraj znalazłam ją przypadkiem w lesie. Nie uwierzysz, ale miała na sobie pełno ran! Boże, ty nawet nie wiesz, jak ja się przestraszyłam, kiedy je zobaczyłam. To była blizna na bliźnie. Masakra.
-Naprawdę?
-No tak. To chyba koń Sampsonów, no wiesz, tych, co mieszkają parę kilometrów od nas.
-Aha, ci dziwacy? –Zaśmiał się Philip.
-Tak, dziwacy. –Próbowałam zachować powagę, ale w obecności Philipa się nie dało. Po chwili śmialiśmy  się jak nigdy. Myślałam, że się tam uduszę.
Jechaliśmy między drzewami wiśni.  Otworzyłam na oścież okno. Musiałam pooddychać świeżym, letnim powietrzem.  Jednak poczułam się gorzej. Na zewnątrz było duszno, nad nami pojawiły się czarne chmury zapowiadające burzę. Szybko zamknęłam okno i uśmiechnęłam się ukradkiem do Philipa, dzięki temu poczułam się bezpieczniej. Od dziecka boję się piorunów i nie lubię burzy. Mieliśmy kiedyś psa. Pewnej nocy była najstraszliwsza burza, jaką kiedykolwiek przeżyłam. Pioruny trzaskały z prawej, z lewej, a huk był tak głośny, że bałam się o swoje uszy. Burza przyszła znienacka, a nasz pies Barry,  mieszkał na podwórku i tata nie mógł go przyprowadzić do domu. Wtedy był chory, a mama bała się wyjść. Barry też panicznie bał się piorunów, a że był przywiązany do budy, próbował się wyswobodzić. I nagle pękła mu kość. Złamał miednicę. Znaleźliśmy go rano, nie ruszał się. Pojechałam z tatą do weterynarza, który zarządził uśpienie biednego Barry’ego. Płakałam po nim przez kilka dni.
Wtuliłam się w Philipa, choć z trudem, bo on wciąż  prowadził samochód. Po chwili się zatrzymał. Byliśmy na miejscu. Szybko wysiadłam  z samochodu i nie patrząc na Philipa pobiegłam do stajni. Towarzystwo koni pozwoliło mi zapomnieć o otaczającym mnie świecie,  o burzy i strachu. Dałam smaka każdemu koniowi po kolei. Wszystkie bardzo się cieszyły.  Wreszcie doszłam do Aladara – stał jak zwykle w boksie na samym końcu.

-Aladar –gdy wypowiadałam jego imię, prychnął i podszedł do drzwiczek od swojego boksu. Wyciągnęłam dłoń, żeby go pogłaskać, a Aladar przybliżył swój łeb i oparł o moje ramię. Poczułam ogromną ulgę. Nie wiem czemu, ani z jakiego powodu, miałam po prostu wrażenie, że zrzuciłam z siebie jakiś ciężar.  Philip przyniósł mi właśnie siodło i ogłowie, za co byłam mu wdzięczna, a potem poszedł. Weszłam do boksu Aladara i zaczęłam go czyścić. Zauważyłam, że przymknął oczy, a warga mu zwisała, z czego się bardzo ucieszyłam. Teraz mam pewność, że przy mnie czuje się bezpiecznie. Wie, że go nigdy nie skrzywdzę. Ja wiem to samo o nim. Osiodłałam go, wyprowadziłam ze stajni i poszłam na halę. Znowu byłam sama. Chyba wszyscy inni bali się tego pięknego ogiera, dlatego teraz też mieliśmy jazdę indywidualną. A przecież Aladar jest bardzo spokojnym koniem, to strach doprowadza go do złego zachowania. A boi się przez ludzi. Przez ludzi, którzy nie potrafią go zrozumieć. Odszukałam wzrokiem stołka, jednak nigdzie go nie było. Postanowiłam nie tracić czasu i wsiąść z ziemi. Jak zwykle odczekałam chwilę, a potem przytuliłam konia łydkami. Dojechałam do ściany i szłam wzdłuż niej około piętnastu minut. Chciałam dzisiaj trochę pokombinować, więc rozciągnąwszy się popędziłam Aladara do kłusa. Zareagował od razu. Najpierw anglezowałam, po czym postanowiłam wyjąć stopy ze strzemion. Jednak odczułam okropny ból i próbowałam odszukać strzemiona. Zamachnęłam się nogą, tak, jak mnie kiedyś uczyli. Jednak strzemiona nadal latały bezwładnie gdzieś wokół siodła. Postanowiłam w takim razie przejść do kłusa ćwiczebnego. Usiadłam wygodnie w siodle i podążałam biodrami za ruchem konia.

Rozdział 17 ♞

Galopowaliśmy bardzo szybko. Minęliśmy resztę koni i wbiegliśmy do mrocznego lasu. Wszędzie wisiały pajęczyny, drzewa były spowite mgłą. Pędziliśmy jak wiatr, może nawet szybciej. Staraliśmy się wygrać ten wyścig, wyścig o życie. Jednak wszystko się popsuło, Parys nie zauważył pnia. Biegł prosto na niego, potknął się. Wypadłam z siodła i leciałam jakby w zwolnionym tempie w ruchome piaski. 
Ellie -usłyszałam kojący głos Philipa- Ellie, twoi rodzice właśnie wrócili. -Gdy wstałam, zorientowałam się, że jestem cała spocona. Chyba nawet płakałam przez sen. 
-Przyjechali?
-Tak. Właśnie zaparkowali. 
Spojrzałam na zegarek. Była 10. Jakim cudem spałam tak długo? I dlaczego Philip mnie nie obudził? Wyjęłam z szafy spodnie i bluzkę i poszłam się ubrać i razem z Philipem wyszliśmy do rodziców.
-Tato! -rzuciłam się na niego. -Tato, tak tęskniłam! 
-Ellie -przytulił mnie mocno. Staliśmy tak przez dłuższą chwilę.
-Ellie, pomóż tacie z torbami -zwróciła się do mnie mama.
-Ja pomogę -powiedział Philip i podniósł walizkę, po czym zaniósł ją do pokoju rodziców. Poczułam się trochę głupio i wzięłam rzeczy od mamy. Chciałam też pomóc. Weszliśmy do salonu. Mama zaproponowała, żeby Philip pojechał dopiero po obiedzie, ale on nie chciał. Spakował się dzień wcześniej.  Chociaż rodzice już wrócili, czułam się samotna. Wciąż miałam przed oczami widok krwawiącego taty na ziemi w stajni. Gdy sobie o tym przypomniałam, nie chciałam  się  już do niego przytulać. Bałam się. Bałam się, że coś mu przypadkiem zrobię. Momentalnie poczułam się słabo. Wyszłam na podwórko. Philip właśnie wprowadzał swoją gniadą klacz do przyczepy. Podeszłam do niego.
-Hej –powiedziałam  przygnębionym tonem.
-Hej.
-Kiedy do mnie przyjedziesz?
-Postaram się być jutro.
Uśmiechnęłam  się. Wizja spędzenia następnego dnia znowu z Philipem bardzo mnie uradowała.  Gdy zamknął drzwi od przyczepy, przyciągnęłam go do siebie i pocałowałam. Szczęśliwa i uśmiechnięta wróciłam do domu, wciąż machając na pożegnanie odjeżdżającemu chłopakowi. Gdy był tuż przed bramą, przypomniałam sobie pewną rzecz i podbiegłam do niego.
-Philip! –Krzyknęłam. Zatrzymał się. -Philip, moglibyśmy jutro pojechać do Wiśniowej Doliny?
-Nie ma sprawy.
-Dzięki –uśmiechnęłam  się. Philip dał mi ostatniego buziaka i odjechał. 
Miałam ochotę wybrać się w teren. Poszłam do stajni i wzięłam  ze sobą siodło oraz ogłowie.  Szybko nałożyłam je na Parysa i wyprowadziłam go na dwór. Otworzyłam bramę i wsiadłam na ogiera. Chwilę się rozglądałam, zastanawiając się,  gdzie możemy pojechać, aż wybrałam las. Zawsze lubiłam tam jeździć.  Zwłaszcza w styczniu. W lato unosiły się tam niezwykłe zapachy, a drzewa zapewniały cień przed gorącymi promieniami słonecznymi. Spojrzałam na zegarek – dochodziło południe. Szybko ten czas leci, pomyślałam. A może zahaczymy o strumień, żeby się ochłodzić. Tak, tak właśnie zrobię. Pojedziemy do lasu, a potem nad strumień. Miałam tylko nadzieję, że nie natkniemy się na żadne komplikacje. Popędziłam Parysa do kłusa. Jechałam cały czas prosto, w stronę lasu, aż wreszcie tam dojechaliśmy. Widok był przepiękny. Wśród drzew dostrzegłam krzewy jeżyn, więc postanowiłam kilka zebrać. Zsunęłam się z Parysa i związałam wodze. Niech sobie pochodzi, pomyślałam. On jak zwykle ruszył prosto na trawę. Zaśmiałam się. Parys zawsze mnie uszczęśliwiał. Chyba nie było chwili, w której mogłabym w niego zwątpić. Przypomniałam sobie, że miałam zerwać jeżyny, więc prześlizgnęłam się między kłującym krzewem i doszłam do środka. Nie wiem czemu, ale z brzegu nie było ani jednego dojrzałego owocu, więc musiałam wchodzić aż tu. Byłam cała obolała. Igły powbijały mi się w spodnie. Zerwałam szybko jeżyny i włożyłam je do kieszeni. Próbowałam z powrotem przecisnąć się przez  kłujące gałązki.  -Parys! –Zawołałam, gdy udało mi się w końcu wydostać.- Parys!Nic. Mocno się przeraziłam. Przecież  zawsze przychodził! Co się stało? Musiałam go znaleźć. Może coś mu jest? Może ktoś go postrzelił i teraz wykrwawia się gdzieś na skraju lasu, a ja zbieram jeżyny?!-Parys! No chodź do mnie!Zaczęłam panikować. Biegałam od drzewa do drzewa i wrzeszczałam na całe gardło. Chyba nie powinnam go puszczać. Wyjęłam z kieszeni telefon.-Halo, mamo?-No co jest, Ellie?-Nie wiem gdzie jest Parys! Chyba uciekł.-Co? To nie możliwe. Poszukaj go. –Powiedziała  ze spokojem w głosie. Zupełnie, jakby Parys jej nie obchodził. Przypomniałam sobie,  jak mówiła, że chcą uśpić Parysa. Przeszedł przeze mnie dreszcz. Rozpoczęłam gorączkowe poszukiwanie mojego konia. Jezu, jak to pięknie brzmi – mój koń, mój koń, mój koń… Ellie! Przestań, twojemu koniowi być może grozi niebezpieczeństwo, a ty myślisz o takich głupstwach, skarciłam się w duchu. Niestety mój mózg miał rację. Parysa nie ma, a ja myślę o niebieskich  migdałach. Jestem okropna. A może zadzwonię do Philipa? Nie, to nic nie da. Przyjedzie tu na darmo. Nagle kawałek przed sobą zobaczyłam poruszające się krzaki. Były dosyć gęste i wysokie. A co,  jeśli to niedźwiedź? Muszę to tak czy siak sprawdzić. Podchodziłam bardzo powoli. Krzaki ruszały się coraz bardziej. Byłam już przy nich. Zdążyłam się mocno wystraszyć, gdy nagle… krzaki prychnęły. Wypuściłam powietrze z płuc i zaczęłam się głośno śmiać.-Parys –powiedziałam rozsuwając gałęzie. Miałam na twarzy wielki uśmiech. Nagle krzyknęłam. To nie był Parys. W pierwszej chwili pomyślałam, że to jakiś miś-albinos, ale nie. To był koń! Najprawdziwszy koń. Nie wiem, skąd wziął się w tym lesie, ale wiem tylko, że go nie znam. Po chwili za nim pojawił się Parys. Hę, czyli ta piękna niespodzianka to klacz? Podeszłam do niej mówiąc łagodnym tonem. Podzieliłam się z nią jeżyną, a Parys poczuł się zazdrosny i też chciał. Wiedziałam, że konie uwielbiają jeżyny. Złapałam Parysa za wodze, a klacz za grzywę. Nie mogłam jej tu przecież zostawić. Przypomniałam sobie,  że gdzieś powinnam mieć uwiąz. Znalazłam go i zawiązałam wokół szyi tego aniołka. Po chwili wsiadłam na Parysa i stępem ruszyliśmy do domu. 
-Mamo, tato, znalazłam konia! –Krzyknęłam wchodząc do domu. Rzuciłam właśnie bluzę na łóżko, gdy weszli rodzice.
-Co powiedziałaś? –Spytał tata.
-Znalazłam konia w lesie.
-Ale jak to?
-No nie wiem. Po prostu tam był. –Wyjęłam z kieszeni jeżyny i zaczęłam je jeść. Były już trochę zgniecione. Nie chciałam wiedzieć, co działo się w mojej kieszeni.
-A Parys? –Odezwała się mama.
-Parys był z nim. Mówiłam ci,  że się zgubił –powiedziałam do mamy- no więc zobaczyłam, że krzaki się ruszają, podeszłam, a tam ten koń. Tuż za nim Parys. A właściwie za nią –poprawiłam się- bo to klacz.
-Aa,  i wszystko jasne. –Odrzekł tata.-Dobra, pokaż nam ją.
-Stoi w jednym stanowisku –powiedziałam prowadząc rodziców do stajni. –To ona. Piękna, prawda?
-Koń jak koń. –Powiedziała mama. Bardzo ją kochałam, ale w takich momentach doprowadzała mnie do szału. Zignorowałam  ją i spojrzałam na tatę. On baczniej obserwował klacz.
-Wiesz –odezwał się wciąż zamyślony- chyba widziałem ją kiedyś u Sampsonów, wiesz, u tych, którzy mieszkają parę kilometrów dalej. Przedzwonię później do Toma, może mu uciekła.
Zgodziłam się. W końcu to nie mój koń. Tata podszedł do klaczy, żeby ją poklepać. Ale ona odskoczyła. Zdziwiło mnie to. Tata odpuścił i razem z mamą wrócili do domu. Obiecał, że po obiedzie zadzwoni do Toma Sampsona. Chciałam wyczyścić tego konia. Wzięłam szczotki i podeszłam powoli, bojąc się, że jej reakcja będzie taka sama, jak gdy podszedł do niej tata. Jednak nic takiego się nie stało. A może ta klacz ma jakiś uraz do mężczyzn? Przestałam o tym myśleć. Zajęłam się czyszczeniem. Przejechałam zgrzebłem  po jej boku, powtórzyłam to, a potem przejechałam po zadzie. A gdy to zrobiłam, ona odskoczyła. Zaczęła szybciej oddychać i rżeć.
-Spokojnie mała –mówiłam i starałam się podejść do jej zadu. Bardzo zaskoczył mnie widok blizn i świeżych jeszcze ran. Zaczęłam szukać więcej  takich rzeczy i znalazłam: całe nogi miała w bliznach. Wcześniej ich nie zauważyłam. Szukałam dalej. Rany miała na całym ciele; niektóre małe, inne długością dorównywały mojej dłoni. Już wtedy byłam bardzo wystraszona. Zostawiłam  ją w stajni i pobiegłam szybko do domu.
-Tato! –Krzyczałam- Tato, nie możesz zadzwonić do Sampsona! –Powiedziałam zdyszana, gdy tylko znalazłam rodziców.
-Dlaczego?
-Chodź, pokażę ci.
Wróciliśmy do stajni. Klacz stała teraz spokojnie i jadła siano, które wcześniej zostawiłam w żłobie.  Pokazałam tacie rany, które odkryłam. On aż złapał się za głowę.
-Co to jest, do cholery? –Powiedział. -Ja tego tak nie zostawię.-Wyjął z kieszeni telefon i zadzwonił na policję. Wyjaśnij dokładnie, o co chodzi. Policjanci poinformowali go, że przyjadą najszybciej, jak się da. Byłam dumna ze swojego taty. I zadowolona z siebie, że zauważyłam te rany. Nie chciałam nawet myśleć, co mogłoby się stać, gdyby Sampsonowie odzyskali klacz. Nie minęło dwadzieścia minut, kiedy policjanci zjawili się pod naszym domem. Rodzice czekali na nich w kuchni, a ja razem z Niespodzianką – tak nazwałam klacz. Uważam, że to trafione imię. Po chwili usłyszałam głosy dochodzące z podwórka. Pomyślałam, że policjanci już tu są. Odeszłam więc od konia i zaczęłam iść w ich  stronę.
-Dzień dobry, to ty znalazłaś konia? –Spytał policjant, który wyglądał jak Shrek. Z trudem powstrzymałam śmiech.
-Tak, jestem Ellie Carter
.-Opowiesz  nam, jak to było?
Dziesięć minut później policjanci oglądali Niespodziankę. W jednym z nich rozpoznałam tamtego policjanta, któremu obśliniłam koszulę, gdy myślałam, że tata umarł. On najwyraźniej też mnie poznał i uśmiechnął się do mnie. Odwzajemniłam uśmiech. Był znacznie sympatyczniejszy od Shreka.
-Wie pan, kto jest właścicielem konia? –Spytał się ten miły.
-Wydaję mi się, że jest to Tom Sampson. Mieszka parę kilometrów dalej. Mogę panów do niego zawieźć.
Policjanci przytaknęli. Wyszli ze stajni. Nie wiedziałam, co robić, więc pomyślałam, że umyję Niespodziance nogi, które były w błocie aż po łopatki. Była też trochę brudna na boku, więc pomyślałam, że się tarzała. Wyjęłam wąż ogrodowy, odkręciłam  wodę i zabrałam się za robotę. Gdy strumień wody dotknął prawej przedniej nogi klaczy, ta ją podniosła i postawiła z powrotem  na ziemi. Po chwili to samo. Zakręciłam wodę i przyjrzałam się bliżej nodze. Przeraziłam  się. Usłyszałam, jak na podwórku  ktoś odpala samochód. Policjanci chyba jeszcze są. Wybiegłam ze stajni i machając zatrzymałam ich.
-Znalazłam więcej ran na jej nodze.
Poszliśmy  we czwórkę do stajni. Pan Shrek i sympatyczny znowu przyglądali się Niespodziance. Gdy jeden z nich chciał dotknąć jej nogi, ona wystraszona wzbiła kopyta do góry tym samym uderzając policjanta w nos. Od razu się za niego złapał.
-Złamany! –Powiedział po chwili. Zrobiło mi się zimno i zabolał mnie nos. Od zawsze tak miałam, gdy ktoś mówił, że go boli, mnie też od razu zaczynało boleć w tym samym miejscu. Teraz nie było inaczej.
-Ellie, zaprowadź pana do łazienki, niech mama coś zrobi z tym nosem. –Powiedział tata. Zrobiłam, jak chciał.Mama opatrzyła mu nos i zaproponowała wezwanie karetki, ale policjant odmówił. To był ten sympatyczny. Przedstawił nam się – nazywa się Ben Coop.
-Zanim  ta klacz mi przywaliła –mówił- zdążyłem zobaczyć jej nogę. Jakieś okropności, chyba widziałem kość, ale nie jestem pewien. Ellie –zwrócił się do mnie- nie zauważyłaś może, że kulała?
-Nie, nie zwracałam na to uwagi.
Poczułam się głupio. Jak można nie zauważyć tego, że koń kuleje? Wstydziłam się samej siebie.
-No dobrze –odchrząknął- ja już pójdę. Trzeba w końcu jechać do tych Sampsonów. Chociaż z tym opatrunkiem wyglądam nieco głupawo. –Wstał i udał się prosto do stajni, po swojego przyjaciela. Zamienili parę słów, pożegnali się ze mną i z mamą, a potem wsiedli z moim tatą do ich służbowego wozu. Dziwnie było zobaczyć swojego własnego tatę w policyjnym aucie, nawet jeśli nie był zatrzymany. To chyba jakiś urok tych samochodów. Mama wróciła do domu i zaczęła gotować obiad. Chciałam wyczyścić Niespodziankę do końca. Gdy podnosiłam z ziemi węża, zauważyłam jak Parys patrzy na mnie. Zaśmiałam się i oblałam go wodą. Od razu cofnął się w głąb swojego boksu. Zaczęłam znowu czyścić Niespodziankę. Nie ruszałam już tamtej nogi. Skoro Ben powiedział, że widział kość, lepiej będzie, jeśli ja nic nie będę dotykać. Z innymi kończynami nie było większego problemu. Oprócz błota, zauważyłam też coś czerwonego. Najpierw nie zwróciłam na to większej uwagi, ale jednak było tego coraz  więcej. Podeszłam bliżej i zobaczyłam, że to krew. Była zaschnięta, ale to znaczyło, że nikt o nią nie dba. Dziwiłam się, jak można tak traktować żywe stworzenie? To zupełnie tak samo, jakby znęcać się nad własnym dzieckiem.  Bałam się, że Niespodzianka będzie miała problemy z psychiką. To znaczy już ma uraz do mężczyzn, to pewne. Ale co, jeśli ona wróci do Sampsonów? Co wtedy? Zabiją ją…Nie. Nie, dopóki  ja tu jestem.