Galopowaliśmy bardzo
szybko. Minęliśmy resztę koni i wbiegliśmy do mrocznego lasu. Wszędzie wisiały
pajęczyny, drzewa były spowite mgłą. Pędziliśmy jak wiatr, może nawet szybciej.
Staraliśmy się wygrać ten wyścig, wyścig o życie. Jednak wszystko się popsuło,
Parys nie zauważył pnia. Biegł prosto na niego, potknął się. Wypadłam z siodła
i leciałam jakby w zwolnionym tempie w ruchome piaski.
Ellie -usłyszałam
kojący głos Philipa- Ellie, twoi rodzice właśnie wrócili. -Gdy wstałam,
zorientowałam się, że jestem cała spocona. Chyba nawet płakałam przez
sen.
-Przyjechali?
-Tak. Właśnie
zaparkowali.
Spojrzałam na zegarek.
Była 10. Jakim cudem spałam tak długo? I dlaczego Philip mnie nie obudził?
Wyjęłam z szafy spodnie i bluzkę i poszłam się ubrać i razem z Philipem
wyszliśmy do rodziców.
-Tato! -rzuciłam się na
niego. -Tato, tak tęskniłam!
-Ellie -przytulił mnie
mocno. Staliśmy tak przez dłuższą chwilę.
-Ellie, pomóż tacie z torbami
-zwróciła się do mnie mama.
-Ja pomogę -powiedział
Philip i podniósł walizkę, po czym zaniósł ją do pokoju rodziców. Poczułam się
trochę głupio i wzięłam rzeczy od mamy. Chciałam też pomóc. Weszliśmy do
salonu. Mama zaproponowała, żeby Philip pojechał dopiero po obiedzie, ale on
nie chciał. Spakował się dzień wcześniej.
Chociaż rodzice już wrócili, czułam się samotna. Wciąż miałam przed
oczami widok krwawiącego taty na ziemi w stajni. Gdy sobie o tym przypomniałam,
nie chciałam się już do niego przytulać. Bałam się. Bałam się,
że coś mu przypadkiem zrobię. Momentalnie poczułam się słabo. Wyszłam na
podwórko. Philip właśnie wprowadzał swoją gniadą klacz do przyczepy. Podeszłam
do niego.
-Hej –powiedziałam przygnębionym tonem.
-Hej.
-Kiedy do mnie przyjedziesz?
-Postaram się być jutro.
Uśmiechnęłam się. Wizja spędzenia następnego dnia znowu z
Philipem bardzo mnie uradowała. Gdy
zamknął drzwi od przyczepy, przyciągnęłam go do siebie i pocałowałam.
Szczęśliwa i uśmiechnięta wróciłam do domu, wciąż machając na pożegnanie
odjeżdżającemu chłopakowi. Gdy był tuż przed bramą, przypomniałam sobie pewną
rzecz i podbiegłam do niego.
-Philip! –Krzyknęłam.
Zatrzymał się. -Philip, moglibyśmy jutro pojechać do Wiśniowej Doliny?
-Nie ma sprawy.
-Dzięki
–uśmiechnęłam się. Philip dał mi
ostatniego buziaka i odjechał.
Miałam ochotę wybrać się w
teren. Poszłam do stajni i wzięłam ze
sobą siodło oraz ogłowie. Szybko
nałożyłam je na Parysa i wyprowadziłam go na dwór. Otworzyłam bramę i wsiadłam
na ogiera. Chwilę się rozglądałam, zastanawiając się, gdzie możemy pojechać, aż wybrałam las.
Zawsze lubiłam tam jeździć. Zwłaszcza w
styczniu. W lato unosiły się tam niezwykłe zapachy, a drzewa zapewniały cień
przed gorącymi promieniami słonecznymi. Spojrzałam na zegarek – dochodziło południe.
Szybko ten czas leci, pomyślałam. A może zahaczymy o strumień, żeby się
ochłodzić. Tak, tak właśnie zrobię. Pojedziemy do lasu, a potem nad strumień.
Miałam tylko nadzieję, że nie natkniemy się na żadne komplikacje. Popędziłam
Parysa do kłusa. Jechałam cały czas prosto, w stronę lasu, aż wreszcie tam
dojechaliśmy. Widok był przepiękny.
Wśród drzew dostrzegłam krzewy jeżyn, więc postanowiłam kilka zebrać. Zsunęłam
się z Parysa i związałam wodze. Niech sobie pochodzi, pomyślałam. On jak zwykle
ruszył prosto na trawę. Zaśmiałam się. Parys zawsze mnie uszczęśliwiał. Chyba
nie było chwili, w której mogłabym w niego zwątpić. Przypomniałam sobie, że
miałam zerwać jeżyny, więc prześlizgnęłam się między kłującym krzewem i doszłam
do środka. Nie wiem czemu, ale z brzegu nie było ani jednego dojrzałego owocu,
więc musiałam wchodzić aż tu. Byłam cała obolała. Igły powbijały mi się w
spodnie. Zerwałam szybko jeżyny i włożyłam je do kieszeni. Próbowałam z
powrotem przecisnąć się przez kłujące
gałązki. -Parys! –Zawołałam, gdy
udało mi się w końcu wydostać.- Parys!Nic. Mocno się
przeraziłam. Przecież zawsze
przychodził! Co się stało? Musiałam go znaleźć. Może coś mu jest? Może ktoś go
postrzelił i teraz wykrwawia się gdzieś na skraju lasu, a ja zbieram jeżyny?!-Parys! No chodź do
mnie!Zaczęłam panikować.
Biegałam od drzewa do drzewa i wrzeszczałam na całe gardło. Chyba nie powinnam
go puszczać. Wyjęłam z kieszeni telefon.-Halo, mamo?-No co jest, Ellie?-Nie wiem gdzie jest
Parys! Chyba uciekł.-Co? To nie możliwe.
Poszukaj go. –Powiedziała ze spokojem w
głosie. Zupełnie, jakby Parys jej nie obchodził. Przypomniałam sobie, jak mówiła, że chcą uśpić Parysa. Przeszedł przeze
mnie dreszcz. Rozpoczęłam gorączkowe poszukiwanie mojego konia. Jezu, jak to
pięknie brzmi – mój koń, mój koń, mój koń… Ellie! Przestań, twojemu koniowi być
może grozi niebezpieczeństwo, a ty myślisz o takich głupstwach, skarciłam się w
duchu. Niestety mój mózg miał rację. Parysa nie ma, a ja myślę o
niebieskich migdałach. Jestem okropna. A
może zadzwonię do Philipa? Nie, to nic nie da. Przyjedzie tu na darmo. Nagle
kawałek przed sobą zobaczyłam poruszające się krzaki. Były dosyć gęste i
wysokie. A co, jeśli to niedźwiedź?
Muszę to tak czy siak sprawdzić. Podchodziłam bardzo powoli. Krzaki ruszały się
coraz bardziej. Byłam już przy nich. Zdążyłam się mocno wystraszyć, gdy nagle…
krzaki prychnęły. Wypuściłam powietrze z płuc i zaczęłam się głośno śmiać.-Parys –powiedziałam
rozsuwając gałęzie. Miałam na twarzy wielki uśmiech. Nagle krzyknęłam. To nie
był Parys. W pierwszej chwili pomyślałam, że to jakiś miś-albinos, ale nie. To
był koń! Najprawdziwszy koń. Nie wiem, skąd wziął się w tym lesie, ale wiem
tylko, że go nie znam. Po chwili za nim pojawił się Parys. Hę, czyli ta piękna
niespodzianka to klacz? Podeszłam do niej mówiąc łagodnym tonem. Podzieliłam
się z nią jeżyną, a Parys poczuł się zazdrosny i też chciał. Wiedziałam, że
konie uwielbiają jeżyny. Złapałam Parysa za wodze, a klacz za grzywę. Nie
mogłam jej tu przecież zostawić. Przypomniałam sobie, że gdzieś powinnam mieć uwiąz. Znalazłam go i
zawiązałam wokół szyi tego aniołka. Po chwili wsiadłam na Parysa i stępem
ruszyliśmy do domu.
-Mamo, tato, znalazłam
konia! –Krzyknęłam wchodząc do domu. Rzuciłam właśnie bluzę na łóżko, gdy
weszli rodzice.
-Co powiedziałaś?
–Spytał tata.
-Znalazłam konia w
lesie.
-Ale jak to?
-No nie wiem. Po prostu
tam był. –Wyjęłam z kieszeni jeżyny i zaczęłam je jeść. Były już trochę
zgniecione. Nie chciałam wiedzieć, co działo się w mojej kieszeni.
-A Parys? –Odezwała się
mama.
-Parys był z nim.
Mówiłam ci, że się zgubił –powiedziałam
do mamy- no więc zobaczyłam, że krzaki się ruszają, podeszłam, a tam ten koń.
Tuż za nim Parys. A właściwie za nią –poprawiłam się- bo to klacz.
-Aa, i wszystko jasne. –Odrzekł tata.-Dobra, pokaż
nam ją.
-Stoi w jednym
stanowisku –powiedziałam prowadząc rodziców do stajni. –To ona. Piękna, prawda?
-Koń jak koń.
–Powiedziała mama. Bardzo ją kochałam, ale w takich momentach doprowadzała mnie
do szału. Zignorowałam ją i spojrzałam
na tatę. On baczniej obserwował klacz.
-Wiesz –odezwał się
wciąż zamyślony- chyba widziałem ją kiedyś u Sampsonów, wiesz, u tych, którzy
mieszkają parę kilometrów dalej. Przedzwonię później do Toma, może mu uciekła.
Zgodziłam się. W końcu
to nie mój koń. Tata podszedł do klaczy, żeby ją poklepać. Ale ona odskoczyła.
Zdziwiło mnie to. Tata odpuścił i razem z mamą wrócili do domu. Obiecał, że po
obiedzie zadzwoni do Toma Sampsona. Chciałam wyczyścić tego konia. Wzięłam szczotki
i podeszłam powoli, bojąc się, że jej reakcja będzie taka sama, jak gdy
podszedł do niej tata. Jednak nic takiego się nie stało. A może ta klacz ma
jakiś uraz do mężczyzn? Przestałam o tym myśleć. Zajęłam się czyszczeniem.
Przejechałam zgrzebłem po jej boku,
powtórzyłam to, a potem przejechałam po zadzie. A gdy to zrobiłam, ona
odskoczyła. Zaczęła szybciej oddychać i rżeć.
-Spokojnie mała –mówiłam
i starałam się podejść do jej zadu. Bardzo zaskoczył mnie widok blizn i
świeżych jeszcze ran. Zaczęłam szukać więcej
takich rzeczy i znalazłam: całe nogi miała w bliznach. Wcześniej ich nie
zauważyłam. Szukałam dalej. Rany miała na całym ciele; niektóre małe, inne
długością dorównywały mojej dłoni. Już wtedy byłam bardzo wystraszona.
Zostawiłam ją w stajni i pobiegłam
szybko do domu.
-Tato! –Krzyczałam-
Tato, nie możesz zadzwonić do Sampsona! –Powiedziałam zdyszana, gdy tylko
znalazłam rodziców.
-Dlaczego?
-Chodź, pokażę ci.
Wróciliśmy do stajni.
Klacz stała teraz spokojnie i jadła siano, które wcześniej zostawiłam w żłobie.
Pokazałam tacie rany, które odkryłam. On
aż złapał się za głowę.
-Co to jest, do cholery?
–Powiedział. -Ja tego tak nie zostawię.-Wyjął z kieszeni telefon
i zadzwonił na policję. Wyjaśnij dokładnie, o co chodzi. Policjanci
poinformowali go, że przyjadą najszybciej, jak się da. Byłam dumna ze swojego
taty. I zadowolona z siebie, że zauważyłam te rany. Nie chciałam nawet myśleć,
co mogłoby się stać, gdyby Sampsonowie odzyskali klacz. Nie minęło dwadzieścia
minut, kiedy policjanci zjawili się pod naszym domem. Rodzice czekali na nich w
kuchni, a ja razem z Niespodzianką – tak nazwałam klacz. Uważam, że to trafione
imię. Po chwili usłyszałam głosy dochodzące z podwórka. Pomyślałam, że
policjanci już tu są. Odeszłam więc od konia i zaczęłam iść w ich stronę.
-Dzień dobry, to ty
znalazłaś konia? –Spytał policjant, który wyglądał jak Shrek. Z trudem
powstrzymałam śmiech.
-Tak, jestem Ellie
Carter
.-Opowiesz nam, jak to było?
Dziesięć minut później
policjanci oglądali Niespodziankę. W jednym z nich rozpoznałam tamtego
policjanta, któremu obśliniłam koszulę, gdy myślałam, że tata umarł. On
najwyraźniej też mnie poznał i uśmiechnął się do mnie. Odwzajemniłam uśmiech. Był
znacznie sympatyczniejszy od Shreka.
-Wie pan, kto jest
właścicielem konia? –Spytał się ten miły.
-Wydaję mi się, że jest
to Tom Sampson. Mieszka parę kilometrów dalej. Mogę panów do niego zawieźć.
Policjanci przytaknęli. Wyszli
ze stajni. Nie wiedziałam, co robić, więc pomyślałam, że umyję Niespodziance
nogi, które były w błocie aż po łopatki. Była też trochę brudna na boku, więc
pomyślałam, że się tarzała. Wyjęłam wąż ogrodowy, odkręciłam wodę i zabrałam się za robotę. Gdy strumień
wody dotknął prawej przedniej nogi klaczy, ta ją podniosła i postawiła z
powrotem na ziemi. Po chwili to samo.
Zakręciłam wodę i przyjrzałam się bliżej nodze. Przeraziłam się. Usłyszałam, jak na podwórku ktoś odpala samochód. Policjanci chyba
jeszcze są. Wybiegłam ze stajni i machając zatrzymałam ich.
-Znalazłam więcej ran na
jej nodze.
Poszliśmy we czwórkę do stajni. Pan Shrek i sympatyczny
znowu przyglądali się Niespodziance. Gdy jeden z nich chciał dotknąć jej nogi,
ona wystraszona wzbiła kopyta do góry tym samym uderzając policjanta w nos. Od
razu się za niego złapał.
-Złamany! –Powiedział po
chwili. Zrobiło mi się zimno i zabolał mnie nos. Od zawsze tak miałam, gdy ktoś
mówił, że go boli, mnie też od razu zaczynało boleć w tym samym miejscu. Teraz
nie było inaczej.
-Ellie, zaprowadź pana
do łazienki, niech mama coś zrobi z tym nosem. –Powiedział tata. Zrobiłam, jak
chciał.Mama opatrzyła mu nos i
zaproponowała wezwanie karetki, ale policjant odmówił. To był ten sympatyczny.
Przedstawił nam się – nazywa się Ben Coop.
-Zanim ta klacz mi przywaliła –mówił- zdążyłem
zobaczyć jej nogę. Jakieś okropności, chyba widziałem kość, ale nie jestem
pewien. Ellie –zwrócił się do mnie- nie zauważyłaś może, że kulała?
-Nie, nie zwracałam na to uwagi.
Poczułam się głupio. Jak
można nie zauważyć tego, że koń kuleje? Wstydziłam się samej siebie.
-No dobrze –odchrząknął-
ja już pójdę. Trzeba w końcu jechać do tych Sampsonów. Chociaż z tym
opatrunkiem wyglądam nieco głupawo. –Wstał i udał się prosto do stajni, po
swojego przyjaciela. Zamienili parę słów, pożegnali się ze mną i z mamą, a
potem wsiedli z moim tatą do ich służbowego wozu. Dziwnie było zobaczyć swojego
własnego tatę w policyjnym aucie, nawet jeśli nie był zatrzymany. To chyba
jakiś urok tych samochodów. Mama wróciła do domu i zaczęła gotować obiad.
Chciałam wyczyścić Niespodziankę do końca. Gdy podnosiłam z ziemi węża,
zauważyłam jak Parys patrzy na mnie. Zaśmiałam się i oblałam go wodą. Od razu
cofnął się w głąb swojego boksu. Zaczęłam znowu czyścić Niespodziankę. Nie ruszałam
już tamtej nogi. Skoro Ben powiedział, że widział kość, lepiej będzie, jeśli ja
nic nie będę dotykać. Z innymi kończynami nie było większego problemu. Oprócz
błota, zauważyłam też coś czerwonego. Najpierw nie zwróciłam na to większej
uwagi, ale jednak było tego coraz
więcej. Podeszłam bliżej i zobaczyłam, że to krew. Była zaschnięta, ale
to znaczyło, że nikt o nią nie dba. Dziwiłam się, jak można tak traktować żywe
stworzenie? To zupełnie tak samo, jakby znęcać się nad własnym dzieckiem. Bałam się, że Niespodzianka będzie miała
problemy z psychiką. To znaczy już ma uraz do mężczyzn, to pewne. Ale co,
jeśli ona wróci do Sampsonów? Co wtedy? Zabiją ją…Nie. Nie, dopóki ja tu jestem.
UUUUwielbiam twojego bloga
OdpowiedzUsuńDziękuję! <3
OdpowiedzUsuńBardzo ciekawe ^^
OdpowiedzUsuń