-Matko Boska ratuj mnie! -Krzyknęłam zupełnie zdezorientowana. Za oknem zobaczyłam deszcz, a na niebie czarne chmury. Szlag, burza. Miałam ochotę zawinąć się w koc, zasnąć i nigdy nie obudzić. Po chwili jednak przypomniałam sobie, że kilka metrów dalej, w stajni, czeka na mnie cudowne stworzenie. Dwa stworzenia. Podniosłam więc cztery litery, sięgnęłam do szafy po stare dresy, bluzę, założyłam na nogi kalosze i zbiegłam po schodach. Związałam po drodze włosy w kitkę. Minęłam pokój rodziców i kuchnię, po czym wyszłam na podwórko. Na zewnątrz chlapa. Kałuże były dosłownie wszędzie. Nie miałam co liczyć dzisiaj na jazdę na Parysie, zrobię mu dzień wolny. Jutro też. Cholera, jak będę mu tak często odpuszczać, zrobi się gruby. Przebiegłam przez kałuże i otworzyłam drzwi do stajni. Usłyszałam miłe prychnięcie. Uśmiechnęłam się. Podeszłam do mojego wierzchowca, który jak zwykle miał słomę między zębami. Sięgnęłam po szczotki, weszłam do jego boksu i zaczęłam go czyścić. Nagle usłyszałam huk. Podskoczyłam, a zaniepokojony Parys zarżał. Zaczęłam mówić do niego, chociaż chyba tak naprawdę próbowałam uspokoić samą siebie. Poczułam się samotna. Nagle poczułam silną potrzebę przytulenia się do kogoś. Philipa ani rodziców nie było przy mnie, pozostawał więc tylko koń. Objęłam lśniącą szyję mojego ogiera. Od razu lepiej. I jeszcze ta świadomość, że mogę to robić tyle czasu, ile mi się podoba. Kolejny grzmot. I następny. Kurczę, chyba rozpętała się prawdziwa burza. Mocno się wystraszyłam. Spojrzałam na Parysa: oaza spokoju. Jest najwyraźniej doskonale wyszkolony. A myślałam, że konie wyścigowe są nerwowe. Bo Parys chyba się ścigał? A może się mylę.
Kontynuowałam czyszczenie. Kary się chyba tarzał, bo miał pełno sklejek, nad którymi musiałam się bardzo namęczyć. Wyczyściłam mu kopyta, rozczesałam porządnie grzywę i zastanawiałam się, co będę robić. Może porysuję? Dawno tego nie robiłam. Zamknęłam za sobą boks, wyszłam ze stajni i przebiegłam szybko przez podwórko. Zrzuciłam mokre kalosze w przedpokoju, pobiegłam na górę i sięgnęłam do szafki po zeszyt oraz ołówek. Wróciłam pędem do stajni. Wpełzłam do boksu i usiadłam. Zaczęłam szkicować Parysa. Starałam się skupić całą swoją uwagę na rysowaniu i zapomnieć o walce żywiołów na zewnątrz. Najpierw głowa, umięśniony korpus, długie i szczupłe nogi, lśniąca grzywa delikatnie opadająca na szyję. Na koniec pocieniować. Jest, idealne proporcje. Rysowanie to moja druga pasja, chociaż bardziej (i to o wiele!) lubię jeździectwo. Parys zaczął prychać, pogrzebał nogą w ściółce i po chwili uwalił się na ziemię. Konie tak śmiesznie się kładą: przednie nogi, tylne, i całe ciałko. Przewinęłam kartkę i zaczęłam ponownie szkicować mojego ogiera. Miałam mały problem z kopytami, jak zawsze. Gdy byłam mała i nie miałam co robić, wyjmowałam szkicownik i rysowałam wszystko, co zobaczyłam. Mama ma chyba trzy kartony z moimi dziełami, babcia też. Zaczęło mi się nudzić. Kurcze, co mogę jeszcze zrobić? Sprzątnąć stajnię? Nie... To nie jest ciekawe zajęcie. Odłożyłam szkicownik i wsłuchiwałam się w burzę. Usłyszałam huk. Podskoczyłam w miejscu, a zaciekawiony Parys odwrócił łeb w moją stronę.
-Spokojnie malutki. -Powiedziałam, próbując się jednocześnie uspokoić. Wyjrzałam przez okno w boksie i zobaczyłam, jak ciemne niebo przecina ogromna biała strzała. Czekałam znowu na ten przerażający dźwięk, jednak nic nie usłyszałam. Otworzyłam okno, a do budynku wleciało świeże powietrze. Miało przyjemny zapach. Poczułam się bardzo przytulnie w chłodnej stajni. Kolejny grzmot. Zaczęłam się bardziej przysłuchiwać dźwiękom dochodzącym z zewnątrz. Z każdą chwilą czułam się lepiej. Ta burza zaczynała mi się podobać! Chyba ją nawet polubiłam.
Nudziło mi się. Spojrzałam na Parysa, nie miał już co jeść. Wstałam i wyszłam z boksu. Wzięłam widły i podeszłam do jednego z balotów ustawionych w kupce, po czym go rozwaliłam tak, że dookoła mnie walały się pojedyncze wiązki siana. Nadziałam je na widły i przerzuciłam nad ścianką boksu, potem rzuciłam je też pod nos Niespodzianki.
-Ellie! -Usłyszałam stłumione wołanie.- Gdzie jesteś?
Odłożyłam widły, a do stajni wszedł tata.
-O, tu się schowałaś -powiedział.- Jadłaś śniadanie? Chodź, mama zrobiła grzanki.
Wyszliśmy z budynku. Przestało już padać, ale dalej było mroczno, a w oddali słychać było pojedyncze grzmoty. Tata otworzył przede mną drzwi do domu. Już w progu czułam nieziemski zapach smażonego chleba.
-Zjem kilka -odezwałam się znienacka.- Albo najlepiej wszystkie. Jestem głodna.
Haha ! Super piszesz :D Mówię, wydaj książkę :P
OdpowiedzUsuń