piątek, 22 listopada 2013

Rozdział 12 ♞

Lekarze reanimowali tatę w karetce jakieś 10 minut. Potem nagle przestali.
-Dobrze -powiedział jeden z nich. -Musimy zabrać twojego tatę do szpitala. Ranę ma głęboką, musi zostać na obserwacji.
Jejku, jak się ucieszyłam! Nie z tego, że będzie w szpitalu, tylko z tego, że żyje. Bardzo się bałam, gdy mama powiedziała, że tata umarł.
-Czy... czy mogę pojechać? -spytała mama niepewnym głosem.
-Oczywiście.
-Ja też?
-Nie, lepiej, żebyś została. -miły lekarz uśmiechnął się do mnie i wsiadł do karetki razem z mamą. Nie miałam nic do roboty, więc wróciłam do stajni. Spojrzałam na ziemię. Beton był czarny, od krwi tamtego złodzieja - i taty. Zrobiło mi się niedobrze, więc poszłam dalej. doszłam do boksu Parysa, ale mój maluch gdzieś zniknął. Zaczęłam się rozglądać. Czyżby tamten drugi mężczyzna wrócił i go ukradł? Nie. Parys siedział przy silosie i rozkoszował się owsem. Pomyślałam, że go zabiję. Podeszłam do niego.
-Mały, wracaj do boksu! –Parys podniósł głowę i spojrzał na mnie swoimi ludzkimi oczami. Odwróciłam się i szłam w stronę boksu. Parys szedł za mną. Weszłam do boksu i ogier zrobił to samo. Zaprowadziłam go tam podstępem, a potem szybko zamknęłam drzwi. Stałam przed nim i czule go głaskałam.
-Jesteś bardzo piękny, kochanie.
Wróciłam do domu. Byłam sama. Poszłam do kuchni i zrobiłam sobie kanapkę. Wróciłam do swojego pokoju i zjadłszy kanapkę zadzwoniłam do Philipa. Gdy wykręcałam numer, poczułam się strasznie samotna.
-Philip?
-Ellie? –odpowiedział kojącym męskim głosem- Co ty robisz? Jest  po północy!
Spojrzałam na zegarek. Rzeczywiście – była godzina 24:27.
-Obudziłam cię? –co za głupie pytanie, oczywiście, że go obudziłam!- Philip… tata jest w szpitalu.
-Co?!
-Tak. Poszłam wieczorem sprawdzić, co u Parysa i dać mu całusa na dobranoc. W stajni jakiś facet trzymał go za kantar i próbował wyprowadzić ze stajni.
-Zaczekaj, zaraz u ciebie będę.
-Co? Nie!
-Dlaczego nie?
-No bo… po prostu nie przyjeżdżaj. Jest już późno, poradzę sobie sama. 
Po tych słowach się rozłączyłam. Byłam wyczerpana. Dokończyłam kanapkę i położyłam się do łóżka. Długo myślałam o dzisiejszym dniu. Dlaczego mama powiedziała, że tata umarł? Czyżby przestał oddychać? Nie wyczuła tętna? Nic nie rozumiałam. Strasznie mocno to wszystko przeżyłam, jednak nie pokazywałam żadnych emocji, żeby wesprzeć mamę. Po policzku spłynęła mi łza, była gorąca, więc ją wytarłam. Zaczęłam płakać. Teraz, gdy byłam w domu sama, mogłam sobie na to pozwolić. Zapaliłam lampkę i zaczęłam pisać. Zapisałam całą stronę, byłam bardzo przygnębiona i czułam się samotnie. Dlaczego odmówiłam Philipowi? Przecież byłoby lepiej, gdyby mnie wsparł. Uspokoiłam się na chwilę i przestałam pisać. Ciekawe, czy już spał, a może zastanawiał się, co się stało tacie, bo w końcu mu nie powiedziałam... albo już był w drodze do mojego domu? Zamknęłam oczy. Nie potrafiłam teraz o tym myśleć. Wróciłam do pisania. Pisałam szybko, więc po chwili rozbolała mnie ręka. Strzepnęłam ją i odłożyłam długopis. Wzięłam kartkę i poszłam do salonu. Położyłam ją na środku stołu, żeby ktoś, kto tu przyjdzie ją zobaczył. Wróciłam do siebie i leżąc, myślałam, czy to, co planuję zrobić będzie dobre. Może tak, a może skrzywdzę rodziców, Parysa i Philipa... Po kilku minutach zasnęłam ze smutnym wyrazem twarzy. Miałam nadzieję na bardzo piękny sen. 

czwartek, 21 listopada 2013

Rozdział 11 ♞

Facet, którego podduszałam przyciskał mnie do ściany, jednocześnie próbując wyrwać się z mojego krwiożerczego uścisku. Z każdym zetknięciem z zimną ścianą, żebra i głowa bolały mnie jeszcze bardziej. Przy kolejnym uderzeniu puściłam się jedną ręką i podniosłam nóż, który leżał na stoliku. Nie wiedząc co robić, przejechałam nim po ramieniu tego mężczyzny. Już nie próbował mnie zrzucić, tylko trzymał się za rękę i głośno krzyczał. Chyba zrobiłam mu głęboką ranę, bo zobaczyłam sączącą się krew. Na sam ten widok mnie zemdliło. Odwróciłam się od tego obrazu i ujrzałam inny - znacznie gorszy. Drugi facet ciągnął Parysa za kantar. Mądry Parys stawiał duży opór. Zaparł się kopytami i nie chciał ruszyć. To było bardzo rozsądne, ale jednocześnie bardzo bolesne, bo tamten idiota okładał mojego konia chudziutką gałązką! Zobaczywszy to, rzuciłam się na niego z nożem. Nie wiem dlaczego, ale atakowałam go wszystkim, czym mogłam. Mężczyzna puścił w końcu Parysa i uciekł, potykając się kilka razy.
Nagle od tyłu coś złapało mnie za szyję. Poczułam na niej jakąś ciepłą ciecz. To ten z krwawiącą ręką chciał mnie udusić, tak, jak ja go na początku. Kopałam go, próbując jednocześnie się wyswobodzić. Czułam, jak coś łaskocze mnie pomiędzy piersiami, a potem po brzuchu. Nagle uścisk zaczął się rozluźniać. Ręka powoli zsuwała się z mojej spoconej szyi. Nie czekałam, aż zejdzie ze mnie, tylko pchnęłam ją i podbiegłam do Parysa. Złapałam go za kantar i szybko wyprowadziłam ze stajni, zapalając po drodze światło. Stojąc na podwórku, spojrzałam w stronę stajni. W środku ujrzałam dwie szamotające się osoby. Po chwili spostrzegłam, że to mój tata. Na szczęście usłyszał! Zaczęłam przeszukiwać swoje kieszenie, mając nadzieję, że znajdę tam telefon. Po chwili przestałam, ponieważ usłyszałam jakiś dźwięk. Już nie patrzyłam na stajnię, tylko na drogę. Gapiłam się w nią, jakby miało stamtąd przyjść zbawienie. I rzeczywiście przyszło. Na czterech kółkach z niebieskimi światełkami. To policja. Patrzyłam jak zaczarowana, jak wjeżdżają na podwórko i parkują obok mnie. Policjant - pasażer wysiadł i przybiegł do mnie, spytał o coś, a ja mu wskazałam stajnię. Skierował się w jej stronę i usłyszałam, jak krzyczy coś w stylu "policja, rzuć broń!" i wyciąga swój pistolet z kabury. Po chwili policjant wyszedł z pochylonym przed sobą, wciąż krwawiącym mężczyzną. Pociągnęłam Parysa za kantar i razem weszliśmy do stajni. Zobaczyłam mamę. Klęczała na ziemi i histerycznie płakała. Podbiegłam do niej. Obok leżał tata, nieprzytomny, zimny. Krew sączyła się z jego wielkiej rany w brzuchu. Patrzałam na niego jak zaczarowana. Parys podszedł do nas i szturchnął tatę w ramię. Pacnęłam go w łeb i krzyknęłam "zostaw to!". On spojrzał na mnie i poszedł do swojego boksu.
-Dzwoniłaś na pogotowie? -spytałam drżącym głosem. Mama pokręciła przecząco głową. Wstałam i wybiegłam na zewnątrz. Całe szczęście policjanci wciąż tam stali.
-Niech pan dzwoni po karetkę! -krzyczałam histerycznie. -Mój tata krwawi!
Policjant usłyszawszy to natychmiast sięgnął po telefon. Wykręcił numer i już po chwili rozłączył się, informując mnie, że karetka jest już w drodze.
-Nie bój się, malutka. Wszystko będzie dobrze.
Po tych słowach coś we mnie pękło. Rozpłakałam się i wtuliłam w ciepły tors policjanta. Płakałam i płakałam, a łzy spływały mi po policzkach, jak krew po tacie.
-Przepraszam.
-Za co?
-Za to, że obśliniłam panu koszulkę.
-Nic nie szkodzi. -uśmiechnął się ciepło- I tak muszę ją wyprać.
Zaśmiałam się. Po chwili ujrzałam niebieskie światełka na drodze i usłyszałam głośne syreny. To karetka!
Wbiegłam do stajni.
-Mamo! Karetka zaraz będzie!
Mama spojrzała na mnie czerwonymi oczami. Przerażenie malowało się na jej twarzy.
-Umarł.
Jedno słowo. Ja też umarłam. Umarłam w środku.

czwartek, 14 listopada 2013

Rozdział 10 ♞

To był bardzo ciężki dzień, Ellie.
Po skończonej pracy wracałam z Philipem do domu. Mieliśmy zamiar napić się mrożonej herbaty i zjeść jakiś późny obiad. Ale zastaliśmy rodziców. Dopiero teraz zdałam sobie sprawę, że ich wcześniej nie było.
-O, Ellie - powiedziała mama zwyczajnym głosem jedząc moje ciastka i popijając moją herbatą.
-Cześć mamo, cześć tato. Gdzie... Gdzie wy w ogóle byliście?
-Na policji -powiedział zdziwionym tonem tata. -Philip ci nie powiedział?
No tak! Przecież gdy rano rozmawialiśmy Philip wspomniał o policji. Widocznie jestem zbyt roztargniona i zapracowana, żeby to zapamiętać.
-Wiedzą już, kto tu wczoraj był?
-Jeszcze nie. Ale poszukiwania trwają.
-To dobrze.
Poszłam do swojego pokoju, zupełnie zapominając o Philipie. Nawet mu nie podziękowałam... Usiadłam na brzegu łóżka i patrzyłam na moją rękę. Dlaczego mam takiego pecha? Dwa dni temu zdjęli mi gips, a już znowu jest uszkodzona. Powinnam była rano ją zabandażować. Przecież pracowałam z krowami! A gdyby wdało się zakażenie mogłabym... nie potrafię o tym pisać. Nagle, jakby czytając mi w myślach, do pokoju wszedł Philip.
Z bandażem.
-Ellie, przyniosłem bandaż, bo pomyślałem że...
Przerwałam mu ruchem ręki. Podszedł do mnie i usiadł obok mnie. Pokazał, żebym podała mu rękę i bez słowa to zrobiłam. Z wielką precyzją ją zabandażował po czym na mnie spojrzał. Kocham, gdy tak na mnie patrzy.
-Ellie, martwię się o ciebie.
-Dlaczego?
Pocałował mnie. Przytulił. Powiedział, że kocha i że pójdzie ze mną do piekła.
-Ja... -jąkał się. Nie lubię, gdy się jąka- Ja już pójdę.
-Dlaczego?
Uśmiechnął się do mnie słodko. To oznacza, że nic mi nie powie.
-Pa kochanie. -powiedział to i pocałował mnie w czoło. Potem wyszedł zostawiając mnie samą z nagłym bólem brzucha. Nie chciałam spędzić tego wieczoru sama, więc poszłam do rodziców obejrzeć z nimi jakąś komedie.
O 22 postanowiłam ostatni raz przed snem przejść się do konia. Weszłam do stajni i od razu poczułam się dziwnie. Było zimno i wyjątkowo ciemno. Wróciłam szybko do domu po bluzę i latarkę. Szłam przez ciemny stajenny korytarz ze strachem. Nagle usłyszałam kaszel i strach wypełnił moje ciało. Podbiegłam szybko do drzwi i mocno je pchnęłam. Musiałam się dowiedzieć, o co chodzi. Zapaliłam latarkę i zobaczyłam otwarty boks. Zaczęłam się rozglądać. Przy wyjściu stał mój koń, a obok niego jakiś facet. Krzyknęłam do niego. Odwrócił się i rozpoznałam w nim tego gościa, który wkradł się wcześniej do mojego domu. Nie mogłam uwierzyć własnym oczom. Postanowiłam coś zrobić. Rzuciłam latarkę na podłogę i zaczęłam biec na tego faceta. Skoczyłam mu na plecy i zaczęłam go podduszać rękoma, jednocześnie trzymając się tak mocno, żeby mnie nie zrzucił. Darłam się na całe gardło, żeby rodzice mnie usłyszeli. W tym całym zamieszaniu spojrzałam na Parysa. Denerwował się, kręcił uszami we wszystkie strony i prychał. Nagle z podwórka nadbiegł ktoś inny.

wtorek, 5 listopada 2013

Rozdział 9 ♞

Sarna.
To młoda sarenka. Malutkie kopytne zwierzę napędziło mi takiego stracha, że o mało nie narobiłam w gacie. W dodatku Parys też zaczął się denerwować. Ale coś mi tu nie pasowało: gdzie jest matka tego malucha? Zaczęłam się rozglądać. Sarny potrafią być bardzo niebezpieczne. Kiedyś będąc w mieście (tata musiał pojechać po benzynę) widziałam, jak zaatakowała psa starszej pani, której imienia nie pamiętam. To był straszny widok, psina zmarła na miejscu. Teraz sarna rozglądała się, a potem czmychnęła na drugą stronę pagórka i zanurkowała w jeżynach. Popędziłam Parysa i kłusem uciekliśmy na podwórze. Jasne, miałam czekać na Philipa, ale bałam się, że pojawi się to straszne zwierzę. Kurczę, bać się sarny...
 Zobaczyłam Philipa wychodzącego zza swojego samochodu. Czemu wcześniej nie zauważyłam tego pojazdu? Chyba za mało się nie rozglądałam. Zobaczyłam, jak spogląda za siebie i trzyma linę - jedziemy na przejażdżkę? Ale to nie był koń.

Krowa?! A co krowa ma wspólnego ze mną i Philipem? Jasne, mamy farmę i ponad 40 krów, ale po co nam 41? Mimo to wyglądała zabawnie. Chyba rasa Jersey. W każdym razie Philip szedł w moją stronę prowadząc tą krówkę, i gdy zobaczył, że na niego patrzę tylko się uśmiechnął.
-Philip -powiedziałam.
-Tak, moja pani?
Znowu się do mnie uśmiechnął. Ja też.
-Po co mi ta krowa?
-No wiesz, pomyślałem, że zrobię ci taki malutki prezent...
-Coś ty! Wydałeś na nią chyba z dziesięć tysięcy dolców! Nie mogłeś mi kupić, sama nie wiem, odstraszacz much dla koni?
Upss, zabrzmiało to paskudnie. Miałam nadzieję, że Philip się za to nie obrazi.
-Co ty gadasz, Ellie! Ta malutka kosztowała mnie tylko siedem tysięcy.
-Dobra, zaprowadźmy ją na pole.
Philip pociągnął lekko za sznur, krowa odwróciła łeb w jego stronę i potulnie poszła ku bramie, którą oczywiście ja musiałam otworzyć, a później zamknąć. W dwadzieścia minut krowa zaprzyjaźniła się z kilkoma innymi krowami i skubała świeżą  trawkę.
-Chodźmy, nakarmimy je.
Wróciliśmy na podwórko. Philip przyprowadził dżipa i załadował na niego kilka kostek siana, a ja znowu otworzyłam i zamknęłam bramę. Jechałam na Parysie z przodu, a za mną Philip już zdejmował pierwszą kostkę. Jechałam dalej i rozglądałam się. Zaraz mieliśmy przeganiać bydło na inne pastwisko. Philip już ruszył. Nie wyładowywaliśmy więcej kostek tylko krzyczeliśmy do krów, a Philip wciskał klakson, żeby zaczęły iść.
-Phil, tam się coś dzieje.
Pokazałam palcem w dal i głowa Philipa powędrowała w tamtą stronę. Jedna krowa leżała na boku i próbowała wstać, zachowywała się dziwnie. Inne krowy szły prosto na nią. Nie wiedziałam, dlaczego ona nie wstaje. Po chwili zrozumiałam.
-Philip szybko! Ona tam rodzi!
Krzyknęłam do Philipa i ruszyłam galopem w stronę krówki. Chciałam zatrzymać stado, ale Philip już z drugiej strony zaganiał je w przeciwną stronę. Zostawiłam stado Philipowi, a sama popędziłam do krowy. Do dwóch krów. Zanim tam dobiegłam, cielak stanął chwiejnie na chudziutkich nóżkach, a jego mama patrzyła na niego ze spokojem. Zarzuciłam jej lasso na głowę i zaczęłam prowadzić w stronę stodoły, okrążając szerokim łukiem pozostałe krowy.