Sarna.
To młoda sarenka. Malutkie kopytne zwierzę napędziło mi takiego stracha, że o mało nie narobiłam w gacie. W dodatku Parys też zaczął się denerwować. Ale coś mi tu nie pasowało: gdzie jest matka tego malucha? Zaczęłam się rozglądać. Sarny potrafią być bardzo niebezpieczne. Kiedyś będąc w mieście (tata musiał pojechać po benzynę) widziałam, jak zaatakowała psa starszej pani, której imienia nie pamiętam. To był straszny widok, psina zmarła na miejscu. Teraz sarna rozglądała się, a potem czmychnęła na drugą stronę pagórka i zanurkowała w jeżynach. Popędziłam Parysa i kłusem uciekliśmy na podwórze. Jasne, miałam czekać na Philipa, ale bałam się, że pojawi się to straszne zwierzę. Kurczę, bać się sarny...
Zobaczyłam Philipa wychodzącego zza swojego samochodu. Czemu wcześniej nie zauważyłam tego pojazdu? Chyba za mało się nie rozglądałam. Zobaczyłam, jak spogląda za siebie i trzyma linę - jedziemy na przejażdżkę? Ale to nie był koń.
Krowa?! A co krowa ma wspólnego ze mną i Philipem? Jasne, mamy farmę i ponad 40 krów, ale po co nam 41? Mimo to wyglądała zabawnie. Chyba rasa Jersey. W każdym razie Philip szedł w moją stronę prowadząc tą krówkę, i gdy zobaczył, że na niego patrzę tylko się uśmiechnął.
-Philip -powiedziałam.
-Tak, moja pani?
Znowu się do mnie uśmiechnął. Ja też.
-Po co mi ta krowa?
-No wiesz, pomyślałem, że zrobię ci taki malutki prezent...
-Coś ty! Wydałeś na nią chyba z dziesięć tysięcy dolców! Nie mogłeś mi kupić, sama nie wiem, odstraszacz much dla koni?
Upss, zabrzmiało to paskudnie. Miałam nadzieję, że Philip się za to nie obrazi.
-Co ty gadasz, Ellie! Ta malutka kosztowała mnie tylko siedem tysięcy.
-Dobra, zaprowadźmy ją na pole.
Philip pociągnął lekko za sznur, krowa odwróciła łeb w jego stronę i potulnie poszła ku bramie, którą oczywiście ja musiałam otworzyć, a później zamknąć. W dwadzieścia minut krowa zaprzyjaźniła się z kilkoma innymi krowami i skubała świeżą trawkę.
-Chodźmy, nakarmimy je.
Wróciliśmy na podwórko. Philip przyprowadził dżipa i załadował na niego kilka kostek siana, a ja znowu otworzyłam i zamknęłam bramę. Jechałam na Parysie z przodu, a za mną Philip już zdejmował pierwszą kostkę. Jechałam dalej i rozglądałam się. Zaraz mieliśmy przeganiać bydło na inne pastwisko. Philip już ruszył. Nie wyładowywaliśmy więcej kostek tylko krzyczeliśmy do krów, a Philip wciskał klakson, żeby zaczęły iść.
-Phil, tam się coś dzieje.
Pokazałam palcem w dal i głowa Philipa powędrowała w tamtą stronę. Jedna krowa leżała na boku i próbowała wstać, zachowywała się dziwnie. Inne krowy szły prosto na nią. Nie wiedziałam, dlaczego ona nie wstaje. Po chwili zrozumiałam.
-Philip szybko! Ona tam rodzi!
Krzyknęłam do Philipa i ruszyłam galopem w stronę krówki. Chciałam zatrzymać stado, ale Philip już z drugiej strony zaganiał je w przeciwną stronę. Zostawiłam stado Philipowi, a sama popędziłam do krowy. Do dwóch krów. Zanim tam dobiegłam, cielak stanął chwiejnie na chudziutkich nóżkach, a jego mama patrzyła na niego ze spokojem. Zarzuciłam jej lasso na głowę i zaczęłam prowadzić w stronę stodoły, okrążając szerokim łukiem pozostałe krowy.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz