czwartek, 21 listopada 2013

Rozdział 11 ♞

Facet, którego podduszałam przyciskał mnie do ściany, jednocześnie próbując wyrwać się z mojego krwiożerczego uścisku. Z każdym zetknięciem z zimną ścianą, żebra i głowa bolały mnie jeszcze bardziej. Przy kolejnym uderzeniu puściłam się jedną ręką i podniosłam nóż, który leżał na stoliku. Nie wiedząc co robić, przejechałam nim po ramieniu tego mężczyzny. Już nie próbował mnie zrzucić, tylko trzymał się za rękę i głośno krzyczał. Chyba zrobiłam mu głęboką ranę, bo zobaczyłam sączącą się krew. Na sam ten widok mnie zemdliło. Odwróciłam się od tego obrazu i ujrzałam inny - znacznie gorszy. Drugi facet ciągnął Parysa za kantar. Mądry Parys stawiał duży opór. Zaparł się kopytami i nie chciał ruszyć. To było bardzo rozsądne, ale jednocześnie bardzo bolesne, bo tamten idiota okładał mojego konia chudziutką gałązką! Zobaczywszy to, rzuciłam się na niego z nożem. Nie wiem dlaczego, ale atakowałam go wszystkim, czym mogłam. Mężczyzna puścił w końcu Parysa i uciekł, potykając się kilka razy.
Nagle od tyłu coś złapało mnie za szyję. Poczułam na niej jakąś ciepłą ciecz. To ten z krwawiącą ręką chciał mnie udusić, tak, jak ja go na początku. Kopałam go, próbując jednocześnie się wyswobodzić. Czułam, jak coś łaskocze mnie pomiędzy piersiami, a potem po brzuchu. Nagle uścisk zaczął się rozluźniać. Ręka powoli zsuwała się z mojej spoconej szyi. Nie czekałam, aż zejdzie ze mnie, tylko pchnęłam ją i podbiegłam do Parysa. Złapałam go za kantar i szybko wyprowadziłam ze stajni, zapalając po drodze światło. Stojąc na podwórku, spojrzałam w stronę stajni. W środku ujrzałam dwie szamotające się osoby. Po chwili spostrzegłam, że to mój tata. Na szczęście usłyszał! Zaczęłam przeszukiwać swoje kieszenie, mając nadzieję, że znajdę tam telefon. Po chwili przestałam, ponieważ usłyszałam jakiś dźwięk. Już nie patrzyłam na stajnię, tylko na drogę. Gapiłam się w nią, jakby miało stamtąd przyjść zbawienie. I rzeczywiście przyszło. Na czterech kółkach z niebieskimi światełkami. To policja. Patrzyłam jak zaczarowana, jak wjeżdżają na podwórko i parkują obok mnie. Policjant - pasażer wysiadł i przybiegł do mnie, spytał o coś, a ja mu wskazałam stajnię. Skierował się w jej stronę i usłyszałam, jak krzyczy coś w stylu "policja, rzuć broń!" i wyciąga swój pistolet z kabury. Po chwili policjant wyszedł z pochylonym przed sobą, wciąż krwawiącym mężczyzną. Pociągnęłam Parysa za kantar i razem weszliśmy do stajni. Zobaczyłam mamę. Klęczała na ziemi i histerycznie płakała. Podbiegłam do niej. Obok leżał tata, nieprzytomny, zimny. Krew sączyła się z jego wielkiej rany w brzuchu. Patrzałam na niego jak zaczarowana. Parys podszedł do nas i szturchnął tatę w ramię. Pacnęłam go w łeb i krzyknęłam "zostaw to!". On spojrzał na mnie i poszedł do swojego boksu.
-Dzwoniłaś na pogotowie? -spytałam drżącym głosem. Mama pokręciła przecząco głową. Wstałam i wybiegłam na zewnątrz. Całe szczęście policjanci wciąż tam stali.
-Niech pan dzwoni po karetkę! -krzyczałam histerycznie. -Mój tata krwawi!
Policjant usłyszawszy to natychmiast sięgnął po telefon. Wykręcił numer i już po chwili rozłączył się, informując mnie, że karetka jest już w drodze.
-Nie bój się, malutka. Wszystko będzie dobrze.
Po tych słowach coś we mnie pękło. Rozpłakałam się i wtuliłam w ciepły tors policjanta. Płakałam i płakałam, a łzy spływały mi po policzkach, jak krew po tacie.
-Przepraszam.
-Za co?
-Za to, że obśliniłam panu koszulkę.
-Nic nie szkodzi. -uśmiechnął się ciepło- I tak muszę ją wyprać.
Zaśmiałam się. Po chwili ujrzałam niebieskie światełka na drodze i usłyszałam głośne syreny. To karetka!
Wbiegłam do stajni.
-Mamo! Karetka zaraz będzie!
Mama spojrzała na mnie czerwonymi oczami. Przerażenie malowało się na jej twarzy.
-Umarł.
Jedno słowo. Ja też umarłam. Umarłam w środku.

1 komentarz: