czwartek, 14 listopada 2013

Rozdział 10 ♞

To był bardzo ciężki dzień, Ellie.
Po skończonej pracy wracałam z Philipem do domu. Mieliśmy zamiar napić się mrożonej herbaty i zjeść jakiś późny obiad. Ale zastaliśmy rodziców. Dopiero teraz zdałam sobie sprawę, że ich wcześniej nie było.
-O, Ellie - powiedziała mama zwyczajnym głosem jedząc moje ciastka i popijając moją herbatą.
-Cześć mamo, cześć tato. Gdzie... Gdzie wy w ogóle byliście?
-Na policji -powiedział zdziwionym tonem tata. -Philip ci nie powiedział?
No tak! Przecież gdy rano rozmawialiśmy Philip wspomniał o policji. Widocznie jestem zbyt roztargniona i zapracowana, żeby to zapamiętać.
-Wiedzą już, kto tu wczoraj był?
-Jeszcze nie. Ale poszukiwania trwają.
-To dobrze.
Poszłam do swojego pokoju, zupełnie zapominając o Philipie. Nawet mu nie podziękowałam... Usiadłam na brzegu łóżka i patrzyłam na moją rękę. Dlaczego mam takiego pecha? Dwa dni temu zdjęli mi gips, a już znowu jest uszkodzona. Powinnam była rano ją zabandażować. Przecież pracowałam z krowami! A gdyby wdało się zakażenie mogłabym... nie potrafię o tym pisać. Nagle, jakby czytając mi w myślach, do pokoju wszedł Philip.
Z bandażem.
-Ellie, przyniosłem bandaż, bo pomyślałem że...
Przerwałam mu ruchem ręki. Podszedł do mnie i usiadł obok mnie. Pokazał, żebym podała mu rękę i bez słowa to zrobiłam. Z wielką precyzją ją zabandażował po czym na mnie spojrzał. Kocham, gdy tak na mnie patrzy.
-Ellie, martwię się o ciebie.
-Dlaczego?
Pocałował mnie. Przytulił. Powiedział, że kocha i że pójdzie ze mną do piekła.
-Ja... -jąkał się. Nie lubię, gdy się jąka- Ja już pójdę.
-Dlaczego?
Uśmiechnął się do mnie słodko. To oznacza, że nic mi nie powie.
-Pa kochanie. -powiedział to i pocałował mnie w czoło. Potem wyszedł zostawiając mnie samą z nagłym bólem brzucha. Nie chciałam spędzić tego wieczoru sama, więc poszłam do rodziców obejrzeć z nimi jakąś komedie.
O 22 postanowiłam ostatni raz przed snem przejść się do konia. Weszłam do stajni i od razu poczułam się dziwnie. Było zimno i wyjątkowo ciemno. Wróciłam szybko do domu po bluzę i latarkę. Szłam przez ciemny stajenny korytarz ze strachem. Nagle usłyszałam kaszel i strach wypełnił moje ciało. Podbiegłam szybko do drzwi i mocno je pchnęłam. Musiałam się dowiedzieć, o co chodzi. Zapaliłam latarkę i zobaczyłam otwarty boks. Zaczęłam się rozglądać. Przy wyjściu stał mój koń, a obok niego jakiś facet. Krzyknęłam do niego. Odwrócił się i rozpoznałam w nim tego gościa, który wkradł się wcześniej do mojego domu. Nie mogłam uwierzyć własnym oczom. Postanowiłam coś zrobić. Rzuciłam latarkę na podłogę i zaczęłam biec na tego faceta. Skoczyłam mu na plecy i zaczęłam go podduszać rękoma, jednocześnie trzymając się tak mocno, żeby mnie nie zrzucił. Darłam się na całe gardło, żeby rodzice mnie usłyszeli. W tym całym zamieszaniu spojrzałam na Parysa. Denerwował się, kręcił uszami we wszystkie strony i prychał. Nagle z podwórka nadbiegł ktoś inny.

2 komentarze:

  1. Jejkuu już nie mogę doczekać się 11 rozdziału , super piszesz,serio masz talent ;*

    OdpowiedzUsuń