czwartek, 26 grudnia 2013

Rozdział 15 ♞

Już się nie mogę doczekać! -powiedziałam.
Grace rozsunęła lekko drzwi od boksu i weszła z siodłem. Aladar zaczął prychać i próbował dębować. Grace wystraszyła się i wybiegła. Zabawnie to wyglądało.
-Widzisz? Mówiłam ci! -krzyczała- Jego nie da się ujarzmić. O mało co nie zabił mojej najlepszej uczennicy miesiąc temu.
-Ja go osiodłam. -powiedziałam pewnym tonem. Grace patrzyła na mnie ze zdziwieniem. Znowu.
-Skoro jesteś taka pewna...
Wzięłam ogłowie  i powoli weszłam do boksu. Uspokajałam Aladara i podnosiłam coraz wyżej tranzelkę. W końcu dotknęłam jego głowę. Objęłam jedną ręką nos i położyłam wędzidło na dłoni. Przybliżałam je powoli do pyska Aladara, a ten posłusznie go otworzył. Założyłam ogłowie do końca i sięgnęłam po siodło. Najpierw czarny czaprak. Delikatnie dotknęłam jego grzbietu ręką i przejechałam po nim, a potem spokojnie nałożyłam czaprak, później go jeszcze poprawiłam. Czas na siodło. Gdy weszłam z nim do boksu, Aladar się spłoszył. Jego reakcja była dokładnie taka sama, jak wtedy, gdy z siodłem weszła Grace. Ja nie uciekłam z boksu, wręcz przeciwnie - stałam przy drzwiach i patrzyłam Aladarowi prosto w oczy. Po chwili nieco się uspokoił. Podeszłam do niego i słyszałam, jak dyszy. Nałożyłam na niego siodło angielskie i zapięłam popręg. Wszystko się udało! Pogładziłam go po szyi, zdjęłam wodze i powoli wyprowadziłam z boksu. Byłam prze szczęśliwa. Kątem oka zauważyłam Philipa i Grace stojących obok siebie. Patrzyli na mnie - Philip był bardzo szczęśliwy, a Grace nie wyglądała na zbyt przekonaną. Zignorowałam ich i kierowałam się w stronę wyjścia. Byłam już blisko, gdy nagle ktoś na mnie wpadł. Była to szczupła dziewczyna, powiedziałabym, że nawet koścista, trochę niższa ode mnie.
-Uważaj jak leziesz pokrako! -syknęła. Zrobiłam zdziwioną minę.
-Co? Sama lepiej uważaj! Ile ty masz lat, żeby tak się do mnie odzywać? -byłam wkurzona.
-Co cię to obchodzi, debilko? Pewnie i tak byś nie zrozumiała.
Oj była wyszczekana. Ale miała ładne brązowe włosy. Odeszła ze wściekłością malującą się jej na twarzy. Spojrzałam za nią.
-Co za dzieciak! -nie kryłam swojej złości.
-To jest właśnie ta uczennica, która jeździła na Aladarze. -powiedziała Grace.
-To ona? -spytałam.-Pff, nie dziwię się, czemu Aladar ją zrzucił.- dodałam pod nosem.
Spojrzałam na Aladara i zauważyłam, że znowu zrobił się niespokojny. Wyszłam szybko ze stajni i zaczęłam robić mu masaż T-Touch. Po chwili się rozluźnił i przymknął oczy. Pociągnęłam lekko za wodze i poszliśmy. Mieliśmy jako jedyni lekcję na hali, reszta jeździła na maneżu. Grace i Philip weszli za mną i zamknęli drzwi od hali. Przeszłam z Aladarem jedno kółko stępem, a potem poszliśmy na środek po stołek. Włożyłam lewą stopę w strzemię, trzymałam się jedną ręką za tylny łęk, a drugą za grzywę. Powoli wsiadłam. Odczekałam chwilę i delikatnie dotknęłam piętami boków Aladara. Ruszył. Uśmiechnęłam się. Skierowałam go na ścianę, wyprostowałam się, poprawiłam i cieszyłam się chwilą. Przeszliśmy stępem kilka kółek, później stwierdziłam, że Aladar jest już rozgrzany i czas ruszyć kłusem. Popędziłam go, a on płynnie przeszedł w szybszy chód. Kłusem przejechaliśmy kilka okrążeń. Zobaczyłam, że na ziemi leżą drągi, więc postanowiłam przez nie przejechać. Najechałam i gdy byłam już blisko Aladar nagle odskoczył. Spadłam prosto na drąg. Aladar uciekł na drugi koniec hali i zaczął dębować. Leżałam na brzuchu, bardzo obolała. Czułam rwanie w prawej ręce. Po chwili podbiegł do mnie Philip.
-Ellie! -krzyknął zbliżając się do mnie.-Ellie, Boże, kochanie gdzie cię boli?
Philip był konkretny. Wiedział, że mnie boli, chociaż upadek pewnie nie wyglądał groźnie, ale Aladar ma około metra siedemdziesiąt w kłębie, tyle co Parys.
-Strasznie boli mnie lewa ręka.
-Dobrze, wracamy do domu.

niedziela, 15 grudnia 2013

Rozdział 14 ♞

Obudziłam się w swoim pokoju. Było mi gorąco. Za Chiny nie mogłam sobie przypomnieć o czym śniłam. Postanowiłam jednak nie marnować dnia na takie bzdury. Szybko się ubrałam, umyłam i już po piętnastu minutach byłam w stajni. Czyściłam porządnie Parysa, a ten zajadał się świeżym siankiem. Osiodłałam go i poszłam z nim na łąkę. Postanowiłam potrenować trochę skoki. Najechałam na pierwsze drzewo, ale Parys je ominął, a ja, przygotowana na skok, spadłam. Koń zrobił wokół mnie kółko galopem i stanął przede mną. Szturchnął mnie nosem.
-Oh, Parys! Dlaczego to zrobiłeś? Wiesz jak boli...
Po chwili jednak wstałam i wsiadłam z powrotem na Parysa. Spróbowałam jeszcze raz. Tym razem Parys stanął przed pniem. Na szczęście nie spadłam. Ponowiłam skok kilka razy, ale za każdym mi nie wychodziło. Skoczyłam tylko raz. Nie mam pojęcia, co się działo z nami tego dnia. Postanowiłam spróbować później. Skakaliśmy przez cały tydzień. Nic nam nie wychodziło. Pomyślałam, że Parys nie lubi skakać, a po chwili, że to ja nie umiem tego robić. Postanowiłam odpuścić skoki na jakiś czas. Pod koniec tygodnia wróciłam z Philipem do domu. Siedzieliśmy w pokoju i jedliśmy obiad.
-Philip -zagadnęłam- kojarzysz może Wiśniową Dolinę?
-No.
-A, czy mógłbyś mnie tam jutro podwieźć?
-Pewnie, ale po co? -dopytywał się.
-Ponieważ tam jest taka fajna szkółka jeździecka. Chciałabym się do niej zapisać.
-A pytałaś już rodziców?
-Tak, dzwoniłam wczoraj. Tata wraca za trzy dni.
-To super! -powiedział.
-Tak... Będziesz się musiał stąd pojutrze wyprowadzić!
Przez cały czas pobytu taty w szpitalu, Philip mieszkał u mnie. Spał w pokoju gościnnym przez półtora tygodnia. Cieszyłam się, że nie musiałam być przez ten czas sama w tym dużym domu.
Następnego dnia wstałam bardzo wcześnie. Była piękna niedziela. Dzwoniłam wcześniej do Wiśniowej Doliny i powiedziano mi, że mam przyjechać o dwunastej, także muszę się przygotować. Ubrałam białe bryczesy, które dostałam dzień po kupnie Parysa, bordowy sweter z nadrukiem konia, bo dzisiaj było trochę chłodniej, a na koniec sztyblety, a na nie jeszcze sztylpy. Wyjęłam z szafy czarną torbę i zaczęłam pakować do niej: toczek, palcat, butelkę wody, szczotki dla konia, plus jeszcze kopystkę i portmonetkę. Poszłam do pokoju Philipa. Uchyliłam lekko drzwi i doznałam szoku. Ta małpa wciąż chrapała! Chwyciłam poduszkę, która leżała z niewiadomych przyczyn na podłodze koło drzwi i rzuciłam nią w Philipa.
-Ty małpo! Wstawaj, bo się spóźnię! -krzyknęłam.
Od razu się ocknął. Spojrzał na mnie, uśmiechnął się i sięgnął po poduszkę. Wiedziałam, co chce zrobić. Krzyknęłam tylko "nie!" i zniknęłam za drzwiami. Wybiegłam z domu prosto do stajni, otworzyłam boks Parysa i pociągnęłam go za grzywę. Wyprowadziłam szybko ze stajni i ujrzałam Philipa. Stał przede mną w samych bokserkach. Już nie miał w ręku poduszki, tylko pistolet na wodę. Ujrzawszy go, schowałam się za Parysem i  krzyczałam do Philipa, że jak ubrudzi mi strój to gorzko tego pożałuje. Gdy odbiegliśmy od niego kawałek, wsiadłam szybko na Parysa. Było to trochę trudne, bo Parys jest wysoki, a ja musiałam wsiąść na niego z ziemi. Ale pomimo tego udało mi się. Wyjechałam na pole. Trzymałam się grzywy, wiatr rozwiewał mi włosy.... Było cudownie. Ale nagle zadzwonił telefon.
-Ellie? -powiedział Philip.- Słuchaj, zaraz musimy jechać, jest wpół do dwunastej.
-Co?! -osłupiałam. Nie wiedziałam, że jest już tak późno! Zawróciłam Parysa i po chwili znów byliśmy na podwórku. Zsiadłam z niego i  wprowadziłam do stajni. Nigdzie nie widziałam Philipa. Zaniepokoiło mnie to. Ale po chwili pomyślałam, że w końcu poszedł się ubrać. Wprowadziłam więc Parysa do boksu i zajęłam się jego czyszczeniem. Najpierw wzięłam słomę i wytarłam nią Parysa, bo trochę się spocił. Później po kolei czyściłam jego brzuch, zadek, grzbiet, szyję, nogi i tak dalej, potem grzywę i ogon, a na sam koniec kopyta. Lśnił czystością! Uzupełniłam paszę, nasypałam do niej trochę owsa, żeby koń miał radochę i dolałam wody. Wymieniłam ściółkę i wszystko wyglądało prześlicznie. Wróciłam do pokoju. Postanowiłam, że sztylpy założę dopiero później. Teraz wystarczą mi podkolanówki i sztyblety. Schowałam więc sztylpy do torby i poszłam się uczesać oraz umyć zęby. Gdy przejrzałam się w lustrze, spostrzegłam, że wyglądam, jakbym szła na jakieś ogólnokrajowe zawody! A ja jadę tylko poskakać na koniu... Poszłam szukać Philipa. Był w kuchni i kończył właśnie śniadanie. Zrobił sobie pastę jajeczną na kanapki - nie wyszła mu i nie wyglądała zbyt apetycznie.
-Porządnie umyj zęby! -powiedziałam.
Wzięłam torbę z pokoju i poszłam do samochodu. Jak zwykle był otwarty, więc nie potrzebowałam kluczyków. Rzuciłam torbę na tył auta i spojrzałam na zegarek - 11:35. Zastanawiałam się, jak to możliwe. Philip mnie chyba wkręcił, mówiąc wcześniej, która jest godzina. Ha! Na pewno. Poszłam do stajni i z komórki wyjęłam karmę dla psów. Wsypałam trochę do miski i zaniosłam Sally. Jezu, jak się ucieszyła! Zamknęłam stajnię i wróciłam do domu. Philip właśnie zakładał buty.
-No szybciej! -jęczałam.
-Nie popędzaj mnie, bo nigdzie nie pojedziesz.
-Pff, mam konia!
Gdy włożył drugiego buta, poszliśmy w końcu do auta. Ja po stronie pasażera, Philip po stronie kierowcy. Gdy odpalał silnik, zastanawiałam się, czy mogłabym w najbliższym czasie zdać na prawo jazdy. Bardzo by mi się to przydało. Pomyślałam, że spróbuję tego niedługo.
 Jazda trwała jakieś dwadzieścia minut. Jadąc, mijaliśmy wiele pięknych farm. Na jednej pasło się bydło, na drugiej  owce, na jeszcze innej kozy. Jednak w pamięci najbardziej utkwiła mi farma lam. Nie za często widuję lamy. Jechaliśmy i jechaliśmy, aż w końcu dotarliśmy do pięknej alei. Po obu stronach rosło pełno drzew wiśni. Już wiem,dlaczego to miejsce się tak nazywa. Po prawej stronie zauważyłam konie, a po lewej las. Piękny, zielony las. Pomyślałam, że wspaniale byłoby udać się tam w teren. Nagle przed nami pojawiły się dwa konie, a na nich dziesięcioletnie dziewczynki. Patrzyły na nas oczami przepełnionymi strachem. Widziałam to. Tylko dlaczego?
-Philip, dlaczego one tak patrzą?
-Bo prawie bym je rozjechał.
-Co?! -nie wierzyłam własnym uszom.- Co się stało?
-No wyszły mi przed samochód!
Patrzyłam z przerażeniem. Zupełnie, jak te dziewczynki. Wysiadłam z samochodu i podbiegłam do nich.
-Nic wam nie jest? -spytałam.
-N...nie proszę pani. -powiedziała jedna z nich.
-O Boże, przepraszam was, naprawdę! Nie zauważyliśmy was, przykro mi. Konikom nic się nie stało?
-Chyba nie. -odpowiedziała czarnoskóra dziewczynka na gniadym kucyku.
-Dobrze, skoro wam nic nie jest, to my już pojedziemy. -wsiadłam do samochodu. Poczekaliśmy, aż te wystraszone dzieci zjadą z drogi i wtedy ruszyliśmy. Philip jechał już wolniej. Serce wciąż biło mi bardzo mocno. Miałam wrażenie, że zaraz wypadnie. Dojechaliśmy do stadniny. Philip zaparkował samochód. Wzięłam torbę i wyszłam z niego. Poszłam prosto do stajni w kształcie litery T. Była przepiękna. I ogromna. Cała z drewna. Po obu stronach były tabliczki z imionami, a w nich piękne, zadbane konie. Szłam do końca i skręciłam w lewo. Głowa latała mi we wszystkie strony. Doszłam wreszcie do końca i zawróciłam. Większość koni była gniada, ale siwków też było niemało. Zauważyłam też kare, a także piękne konie o niespotykanych maściach. Doszłam do drugiego końca. Wszystkie konie były piękne i cudowne, ale moją uwagę przykuł jeden - stał na końcu, sam. Piękny, srokaty paint horse z rybim okiem. Na tabliczce widniał napis z jego imieniem. Przeczytałam je i podniosłam rękę, żeby pogładzić pięknego ogiera po czole. Gdy zbliżałam dłoń do jego głowy, odskoczył.
-Ciii, Aladar, nie bój się, ciii. -uspokajałam go.
Cały czas powtarzałam to jedno zdanie, cichutko, aż w końcu dotknęłam miękkiej sierści. Uśmiechnęłam się. To było cudowne uczucie. Aladar postawił uszy i znowu się odsunął ode mnie. Obejrzałam się w stronę, w którą zwrócił uszy.
-Ellie, tu jesteś! -powiedziała Grace, właścicielka Wiśniowej Doliny. -Zobaczyłam, jak wjeżdżasz, ale później nie mogłam cię znaleźć. Twój kolega powiedział, że jesteś w stajni.
-Tak, nie mogłam się oprzeć! Musiałam tu przyjść. -powiedziałam lekko zmieszana.
-Nic się nie stało. Wybierz sobie konia i chodź na halę.
-Dobrze, ale ja już wybrałam konia. Chcę Aladara.
-Aladara? -spytała Grace. Była bardzo zdziwiona.
-Tak, Aladara. Chcę na niego wsiąść.
-Wiesz, Aladar jest bardzo narowistym koniem. Nie wiem, czy sobie poradzisz.
Poczułam się dziwnie. Czyżby Grace uważała, że nie umiem opanować konia?
-Chcę Aladara. W przeciwnym razie znajdę inną stadninę.
-Dobrze, Ellie, niech ci będzie. Zaraz przyniosę siodło, a ty go wyczyść. -powiedziała i zniknęła za ścianą. Sięgnęłam po szczotki leżące obok i rozsunęłam drzwi od boksu. Aladar odsunął się ode mnie jeszcze bardziej. Zaczęłam go uspokajać i powoli podnosiłam rękę, żeby ją powąchał. Gdy wreszcie mi się to udało, przejechałam delikatnie szczotką po jego brzuchu. Odskoczył.
-Aladar, spokojnie. Nic ci nie zrobię, już dobrze.
Gładziłam go po brzuchu, powoli, czyściłam najspokojniej, jak tylko umiałam. I nagle zaczęłam śpiewać. Nuciłam jakąś miłą melodyjkę. Po chwili sięgnęłam po kopystkę. Gdy tylko Aladar zobaczył haczyk, stanął dęba. Wybiegłam szybko z boksu i zasunęłam za sobą drzwi. Weszłam z powrotem i tym razem mi się udało. Wyczyściłam jedno kopyto, potem drugie, trzecie i czwarte. Skończyłam akurat, gdy przyszła Grace.
-To co, siodłamy? -spytała.

środa, 4 grudnia 2013

Rozdział 13 ♞

Pierwsze co zrobiłam rano, było pójście do stajni. Gdy wchodziłam, Parys stał i wpatrywał się w moją stronę. Na mojej twarzy pojawił się szeroki uśmiech. Parys obrócił uszy w moją stronę i banan zrobił się jeszcze większy. Podeszłam do Parysa i ostrożnie weszłam do boksu. Pogłaskałam go po muskularnej szyi i pocałowałam w piękny czarny pysk. Złapałam za uwiąz, przewiesiłam przez szyję i wyprowadziłam ze stajni uśmiechając się. Kierowaliśmy się w stronę pastwiska i Parys zaczął kręcić uszami i prychać. Pomyślałam, że jest bardzo szczęśliwy z możliwości pobytu na świeżym powietrzu. Otworzyłam bramę. Staliśmy tak dłuższą chwilę.
-Bardzo cię kocham, przyjacielu. -wyszeptałam mu do ucha. -Nigdy cię nie zapomnę, i ty też nie zapomnij mnie. Bądź szczęśliwy, maluchu.
Zdjęłam uwiąz z szyi i klepnęłam konia po zadku, a ten pogalopował pod najbliższe drzewo. Wróciłam do stajni. Odłożyłam uwiąz i poszłam do domu. Spojrzałam na zegarek - była godzina 10. Tak długo spałam? Nieważne. Postanowiłam, że w tej chwili wdrożę w życie swój plan. Wzięłam nóż i przejechałam nim sobie po żyłach, w momencie gdy otworzyły się drzwi.
-Ellie, nie! -krzyknął Philip.
Pojawił się jak rycerz  na białym koniu, który wybawia więzioną w zamku księżniczkę z rąk wstrętnego smoka. Tylko, że to nie był rycerz, nie miał konia (co najwyżej biały skuter) i nie ratował żadnej księżniczki przed smokiem. Ratował mnie przed emocjami. Wybił mi nóż z ręki i spojrzał na nadgarstki.
-Jezu, Ellie! Co ci odbiło, do cholery!? -krzyczał. Przeraziłam się i zdałam sobie sprawę z tego, co chciałam zrobić. A chciałam się zabić.
-Prze... przepraszam, no! Boże, nie wytrzymałam Philip i chciałam skończyć ze sobą! Nie przemyślałam tego, ja...
-No właśnie, nie przemyślałaś! -widziałam w jego oczach złość. Był wściekły.
-Philip... tata prawie umarł.
-Co? To tego mi wczoraj nie powiedziałaś?
-Tak, ja byłam zbyt roztrzęsiona, żeby ci to powiedzieć.
-Ellie, wiesz, że bym przyjechał od razu. Opowiedz mi o wszystkim.
Objął mnie wielkim ramieniem i usadowił obok siebie na kanapie w pokoju. Mówiłam krótko, szybko wszystko wyjaśniłam, ale Philip tulił mnie chyba z godzinę. Po pewnym czasie poczułam, że zasypiam. Byłam wszystkim zmęczona. Rzeczywiście zasnęłam.

Gdy się obudziłam Philip leżał obok mnie z zamkniętymi oczami. Spojrzałam na niego. Ślina kapała mu z ust. Wyglądał mega uroczo. Pomyślałam, że mam ogromne szczęście mając takiego rycerza u boku. Wstałam i poszłam do łazienki. Nie, nie po to, żeby połknąć tabletki nasenne i spać zawsze przy Philipie. Poszłam po bandaż. Nie wiem, co stało się z poprzednim, ale założyłam nowy na nadgarstek i wcześniej zranioną rękę. Wyglądałam raczej  śmiesznie, cała obbandażowana. A może powinnam użyć plastra na nadgarstek... Po chwili zrezygnowałam ze zmiany opatrunku i poszłam do kuchni. Zajrzałam do lodówki i wyjęłam masło oraz ser. Zrobiłam na szybko kanapki, położyłam talerz na stół w pokoju i wzięłam jedną. Jedząc szłam na pastwisko, żeby wziąć Parysa. Zanim doszłam do niego, po kanapce nie zostało już ani śladu.
-Cześć kochanie! -krzyknęłam uradowana do Parysa, a on przykłusował do mnie. Pogładziłam go po szyi i złapałam za grzywę. Zaczęłam prowadzić z powrotem do stajni. Trzeba się zająć zwierzętami... Zostawiłam go w boksie i szybko nakarmiłam psy oraz wlałam mleko dla kotów. Wróciłam do Parysa i nałożyłam na niego siodło i ogłowie. Złapałam za wodze i wyszłam z nim ze stajni. Szliśmy wolno na pastwisko, ale nie czułam się najlepiej. Miałam wrażenie, że ktoś mnie obserwuje. Czułam czyjś wzrok na moich plecach. A co, jeśli ten drugi facet naprawdę wrócił, i teraz mierzył do mnie z pistoletu? Nie chcę zarobić kulki w wieku piętnastu lat... Co ja wygaduję, w ogóle nie chcę dostać kulki! Zrzuciłam z siebie to spojrzenie i szłam dalej przed siebie. Gdy staliśmy już pod bramą, odwróciłam się i naprawdę wystraszyłam. Nikogo tam nie było. To mnie najbardziej przeraziło. Popchnęłam bramę i wprowadziłam Parysa na łąkę. Puściłam go, a potem zamknęłam z powrotem bramę. Gwizdnęłam i Parys stanął tuż przede mną. Tuż przede mną, co oznacza, że widział wszystko, co było za mną. Od razu zorientowałam się, że coś jest z tyłu, ale pomyślałam, że to może pies za nami pobiegł, albo wombat wyszedł z krzaków. Odwróciłam się i ujrzałam Philipa. Boże, jakiego on stracha mi napędził!
-Philip! Co ty tu robisz? Myślałam, że jeszcze śpisz.
-Proszę cię, Ellie. Jest 16 godzina! A tak przy okazji, zjadłem wszystkie kanapki.
-Były dla ciebie.
-To dobrze. Sama je robiłaś? Były ohydne.
Cały Philip. Uśmiechnęłam się do niego i wsiadłam na konia. Jechałam przy płocie, żeby sprawdzić, czy nigdzie nie trzeba nic naprawić. Za mną Philip, już na załadowanym dżipie, rozwoził po kolei wiązki siana. Nic ciekawego się nie wydarzyło. Pracowaliśmy jakąś godzinę, potem wróciliśmy do domu.
-Może przykleję ci plaster na nadgarstek? -powiedział Philip zajadając się ciastkami. -Te bandaże wyglądają komicznie.
-Wiem. Ale nie mam plastrów.
-Jesteś pewna?
O nie, pomyślałam. Co on wykombinował? Podszedł do szafki w łazience i wyjął z niej kolorowe opakowanie. Co to jest?
-Mam tu kilka ładnych plastrów z Kubusiem Puchatkiem!
-Zwariowałeś? I ja mam w tym zamiatać gnój spod krów?
-A czemu nie? Jesteś dziewczyną, jesteś urocza i...
-I mam piętnaście lat, nie dziesięć.
-Wielka mi różnica...
Prowadziliśmy tę głupkowatą rozmowę jeszcze przez chwilę. Potem w włączonym telewizorze usłyszeliśmy głoś prezentera wiadomości.
-"Wczoraj wieczorem policja złapała groźnego przestępcę, Monty'ego Connerama, który kradł konie, a później sprzedawał je na aukcjach. Zarobił w ten sposób dwadzieścia tysięcy dolarów."
-Gdyby nie ty, zarobiłby jeszcze pięć tysięcy...
-Serio myślisz, że Parys jest wart tylko tyle? -spytałam. -On ma duży potencjał, jest piękny, ma rodowód, myślę, że spokojnie mogłabym go wystawić na aukcji za co najmniej dwadzieścia pięć kawałków.
-Czyli chcesz go sprzedać?
-Nie no co ty! Oszalałeś? To najwspanialszy koń na świecie! Nigdy bym go nie sprzedała. Prędzej umrę, niż on pojawi się na targu. Planuję nawet zacząć trenować na nim skoki i wziąć udział w zawodach. Kiedyś mi się to śniło, ale nie chciałabym, żeby tamten sen się spełnił. To znaczy nie w całości.
-Dlaczego? -spytał Philip.
-Dlaczego? Bo mój koń złamał nogę, a ja umarłam. Wiesz, gdyby sny się spełniały, to potrafiłabym latać.

Zadzwoniłam do mamy. Powiedziała, że z tatą jest wszystko dobrze. Tata spędzi w szpitalu jeszcze dwa tygodnie. Mama planuje cały czas z nim siedzieć i przyjechać tylko po rzeczy. Mi w sumie pasuje taki układ. Zgodziła się, żeby Philip został i mi pomógł. Całe szczęście, bo czułam się znacznie lepiej w jego towarzystwie.
-Wiesz co, jestem trochę zmęczona. Pościelę ci łózko i pójdziemy spać, ok?
-No dobra.
Poszłam do pokoju gościnnego i rzuciłam na materac kołdrę, poduszkę i koc. Nie wiem, po co koc, skoro jest środek lata, ale czasem się przydaje. Wróciłam do swojego pokoju i zasnęłam.
Następnego ranka po sprawdzeniu wszystkich płotów, założyłam na Parysa siodło angielskie i pojechałam na jedno z pastwisk. Po ostatniej burzy na początku lata, były tam zwalone drzewa. Postanowiłam spróbować przez nie skoczyć. Stanęłam kilkanaście metrów przed pierwszym pniem, rozpędziłam Parysa do galopu i hop! Skoczyliśmy. Nie zwalniając, najechałam na kolejne drzewo i znowu skoczyłam. Poklepałam Parysa po lśniącej szyi i zawróciłam. Czułam się, jakbym była na prawdziwych zawodach, jakby obserwowały mnie miliony, jak profesjonalista. Wątpiłam, czy kiedykolwiek tak będzie, ale trzeba dążyć do spełnienia marzeń. Podjechałam do Philipa stojącego przy bramie i zsiadłam z konia.
-Zaprowadzimy go do stajni? -spytałam. -Dziś jest gorąco, woda szybko gnije na dworze.
Philip złapał wodze i wprowadził mojego ogiera do stajni. Byliśmy zmęczeni. Temperatura tego dnia sięgała trzydziestu pięciu stopni. To chyba najgorętszy dzień w tym roku. Poszliśmy do domu i rzuciliśmy się na kanapę. Nie mieliśmy już na nic siły. Mogłam jedynie sięgnąć pilota i włączyć telewizor. Nie wiem dlaczego, ale oglądaliśmy głupie kreskówki. Jednak te dziwne dźwięki były uspokajające. Zamknęłam oczy i zasnęłam myśląc, jak bardzo zmieniło się moje życie, odkąd pojawił się w nim Parys.