niedziela, 15 grudnia 2013

Rozdział 14 ♞

Obudziłam się w swoim pokoju. Było mi gorąco. Za Chiny nie mogłam sobie przypomnieć o czym śniłam. Postanowiłam jednak nie marnować dnia na takie bzdury. Szybko się ubrałam, umyłam i już po piętnastu minutach byłam w stajni. Czyściłam porządnie Parysa, a ten zajadał się świeżym siankiem. Osiodłałam go i poszłam z nim na łąkę. Postanowiłam potrenować trochę skoki. Najechałam na pierwsze drzewo, ale Parys je ominął, a ja, przygotowana na skok, spadłam. Koń zrobił wokół mnie kółko galopem i stanął przede mną. Szturchnął mnie nosem.
-Oh, Parys! Dlaczego to zrobiłeś? Wiesz jak boli...
Po chwili jednak wstałam i wsiadłam z powrotem na Parysa. Spróbowałam jeszcze raz. Tym razem Parys stanął przed pniem. Na szczęście nie spadłam. Ponowiłam skok kilka razy, ale za każdym mi nie wychodziło. Skoczyłam tylko raz. Nie mam pojęcia, co się działo z nami tego dnia. Postanowiłam spróbować później. Skakaliśmy przez cały tydzień. Nic nam nie wychodziło. Pomyślałam, że Parys nie lubi skakać, a po chwili, że to ja nie umiem tego robić. Postanowiłam odpuścić skoki na jakiś czas. Pod koniec tygodnia wróciłam z Philipem do domu. Siedzieliśmy w pokoju i jedliśmy obiad.
-Philip -zagadnęłam- kojarzysz może Wiśniową Dolinę?
-No.
-A, czy mógłbyś mnie tam jutro podwieźć?
-Pewnie, ale po co? -dopytywał się.
-Ponieważ tam jest taka fajna szkółka jeździecka. Chciałabym się do niej zapisać.
-A pytałaś już rodziców?
-Tak, dzwoniłam wczoraj. Tata wraca za trzy dni.
-To super! -powiedział.
-Tak... Będziesz się musiał stąd pojutrze wyprowadzić!
Przez cały czas pobytu taty w szpitalu, Philip mieszkał u mnie. Spał w pokoju gościnnym przez półtora tygodnia. Cieszyłam się, że nie musiałam być przez ten czas sama w tym dużym domu.
Następnego dnia wstałam bardzo wcześnie. Była piękna niedziela. Dzwoniłam wcześniej do Wiśniowej Doliny i powiedziano mi, że mam przyjechać o dwunastej, także muszę się przygotować. Ubrałam białe bryczesy, które dostałam dzień po kupnie Parysa, bordowy sweter z nadrukiem konia, bo dzisiaj było trochę chłodniej, a na koniec sztyblety, a na nie jeszcze sztylpy. Wyjęłam z szafy czarną torbę i zaczęłam pakować do niej: toczek, palcat, butelkę wody, szczotki dla konia, plus jeszcze kopystkę i portmonetkę. Poszłam do pokoju Philipa. Uchyliłam lekko drzwi i doznałam szoku. Ta małpa wciąż chrapała! Chwyciłam poduszkę, która leżała z niewiadomych przyczyn na podłodze koło drzwi i rzuciłam nią w Philipa.
-Ty małpo! Wstawaj, bo się spóźnię! -krzyknęłam.
Od razu się ocknął. Spojrzał na mnie, uśmiechnął się i sięgnął po poduszkę. Wiedziałam, co chce zrobić. Krzyknęłam tylko "nie!" i zniknęłam za drzwiami. Wybiegłam z domu prosto do stajni, otworzyłam boks Parysa i pociągnęłam go za grzywę. Wyprowadziłam szybko ze stajni i ujrzałam Philipa. Stał przede mną w samych bokserkach. Już nie miał w ręku poduszki, tylko pistolet na wodę. Ujrzawszy go, schowałam się za Parysem i  krzyczałam do Philipa, że jak ubrudzi mi strój to gorzko tego pożałuje. Gdy odbiegliśmy od niego kawałek, wsiadłam szybko na Parysa. Było to trochę trudne, bo Parys jest wysoki, a ja musiałam wsiąść na niego z ziemi. Ale pomimo tego udało mi się. Wyjechałam na pole. Trzymałam się grzywy, wiatr rozwiewał mi włosy.... Było cudownie. Ale nagle zadzwonił telefon.
-Ellie? -powiedział Philip.- Słuchaj, zaraz musimy jechać, jest wpół do dwunastej.
-Co?! -osłupiałam. Nie wiedziałam, że jest już tak późno! Zawróciłam Parysa i po chwili znów byliśmy na podwórku. Zsiadłam z niego i  wprowadziłam do stajni. Nigdzie nie widziałam Philipa. Zaniepokoiło mnie to. Ale po chwili pomyślałam, że w końcu poszedł się ubrać. Wprowadziłam więc Parysa do boksu i zajęłam się jego czyszczeniem. Najpierw wzięłam słomę i wytarłam nią Parysa, bo trochę się spocił. Później po kolei czyściłam jego brzuch, zadek, grzbiet, szyję, nogi i tak dalej, potem grzywę i ogon, a na sam koniec kopyta. Lśnił czystością! Uzupełniłam paszę, nasypałam do niej trochę owsa, żeby koń miał radochę i dolałam wody. Wymieniłam ściółkę i wszystko wyglądało prześlicznie. Wróciłam do pokoju. Postanowiłam, że sztylpy założę dopiero później. Teraz wystarczą mi podkolanówki i sztyblety. Schowałam więc sztylpy do torby i poszłam się uczesać oraz umyć zęby. Gdy przejrzałam się w lustrze, spostrzegłam, że wyglądam, jakbym szła na jakieś ogólnokrajowe zawody! A ja jadę tylko poskakać na koniu... Poszłam szukać Philipa. Był w kuchni i kończył właśnie śniadanie. Zrobił sobie pastę jajeczną na kanapki - nie wyszła mu i nie wyglądała zbyt apetycznie.
-Porządnie umyj zęby! -powiedziałam.
Wzięłam torbę z pokoju i poszłam do samochodu. Jak zwykle był otwarty, więc nie potrzebowałam kluczyków. Rzuciłam torbę na tył auta i spojrzałam na zegarek - 11:35. Zastanawiałam się, jak to możliwe. Philip mnie chyba wkręcił, mówiąc wcześniej, która jest godzina. Ha! Na pewno. Poszłam do stajni i z komórki wyjęłam karmę dla psów. Wsypałam trochę do miski i zaniosłam Sally. Jezu, jak się ucieszyła! Zamknęłam stajnię i wróciłam do domu. Philip właśnie zakładał buty.
-No szybciej! -jęczałam.
-Nie popędzaj mnie, bo nigdzie nie pojedziesz.
-Pff, mam konia!
Gdy włożył drugiego buta, poszliśmy w końcu do auta. Ja po stronie pasażera, Philip po stronie kierowcy. Gdy odpalał silnik, zastanawiałam się, czy mogłabym w najbliższym czasie zdać na prawo jazdy. Bardzo by mi się to przydało. Pomyślałam, że spróbuję tego niedługo.
 Jazda trwała jakieś dwadzieścia minut. Jadąc, mijaliśmy wiele pięknych farm. Na jednej pasło się bydło, na drugiej  owce, na jeszcze innej kozy. Jednak w pamięci najbardziej utkwiła mi farma lam. Nie za często widuję lamy. Jechaliśmy i jechaliśmy, aż w końcu dotarliśmy do pięknej alei. Po obu stronach rosło pełno drzew wiśni. Już wiem,dlaczego to miejsce się tak nazywa. Po prawej stronie zauważyłam konie, a po lewej las. Piękny, zielony las. Pomyślałam, że wspaniale byłoby udać się tam w teren. Nagle przed nami pojawiły się dwa konie, a na nich dziesięcioletnie dziewczynki. Patrzyły na nas oczami przepełnionymi strachem. Widziałam to. Tylko dlaczego?
-Philip, dlaczego one tak patrzą?
-Bo prawie bym je rozjechał.
-Co?! -nie wierzyłam własnym uszom.- Co się stało?
-No wyszły mi przed samochód!
Patrzyłam z przerażeniem. Zupełnie, jak te dziewczynki. Wysiadłam z samochodu i podbiegłam do nich.
-Nic wam nie jest? -spytałam.
-N...nie proszę pani. -powiedziała jedna z nich.
-O Boże, przepraszam was, naprawdę! Nie zauważyliśmy was, przykro mi. Konikom nic się nie stało?
-Chyba nie. -odpowiedziała czarnoskóra dziewczynka na gniadym kucyku.
-Dobrze, skoro wam nic nie jest, to my już pojedziemy. -wsiadłam do samochodu. Poczekaliśmy, aż te wystraszone dzieci zjadą z drogi i wtedy ruszyliśmy. Philip jechał już wolniej. Serce wciąż biło mi bardzo mocno. Miałam wrażenie, że zaraz wypadnie. Dojechaliśmy do stadniny. Philip zaparkował samochód. Wzięłam torbę i wyszłam z niego. Poszłam prosto do stajni w kształcie litery T. Była przepiękna. I ogromna. Cała z drewna. Po obu stronach były tabliczki z imionami, a w nich piękne, zadbane konie. Szłam do końca i skręciłam w lewo. Głowa latała mi we wszystkie strony. Doszłam wreszcie do końca i zawróciłam. Większość koni była gniada, ale siwków też było niemało. Zauważyłam też kare, a także piękne konie o niespotykanych maściach. Doszłam do drugiego końca. Wszystkie konie były piękne i cudowne, ale moją uwagę przykuł jeden - stał na końcu, sam. Piękny, srokaty paint horse z rybim okiem. Na tabliczce widniał napis z jego imieniem. Przeczytałam je i podniosłam rękę, żeby pogładzić pięknego ogiera po czole. Gdy zbliżałam dłoń do jego głowy, odskoczył.
-Ciii, Aladar, nie bój się, ciii. -uspokajałam go.
Cały czas powtarzałam to jedno zdanie, cichutko, aż w końcu dotknęłam miękkiej sierści. Uśmiechnęłam się. To było cudowne uczucie. Aladar postawił uszy i znowu się odsunął ode mnie. Obejrzałam się w stronę, w którą zwrócił uszy.
-Ellie, tu jesteś! -powiedziała Grace, właścicielka Wiśniowej Doliny. -Zobaczyłam, jak wjeżdżasz, ale później nie mogłam cię znaleźć. Twój kolega powiedział, że jesteś w stajni.
-Tak, nie mogłam się oprzeć! Musiałam tu przyjść. -powiedziałam lekko zmieszana.
-Nic się nie stało. Wybierz sobie konia i chodź na halę.
-Dobrze, ale ja już wybrałam konia. Chcę Aladara.
-Aladara? -spytała Grace. Była bardzo zdziwiona.
-Tak, Aladara. Chcę na niego wsiąść.
-Wiesz, Aladar jest bardzo narowistym koniem. Nie wiem, czy sobie poradzisz.
Poczułam się dziwnie. Czyżby Grace uważała, że nie umiem opanować konia?
-Chcę Aladara. W przeciwnym razie znajdę inną stadninę.
-Dobrze, Ellie, niech ci będzie. Zaraz przyniosę siodło, a ty go wyczyść. -powiedziała i zniknęła za ścianą. Sięgnęłam po szczotki leżące obok i rozsunęłam drzwi od boksu. Aladar odsunął się ode mnie jeszcze bardziej. Zaczęłam go uspokajać i powoli podnosiłam rękę, żeby ją powąchał. Gdy wreszcie mi się to udało, przejechałam delikatnie szczotką po jego brzuchu. Odskoczył.
-Aladar, spokojnie. Nic ci nie zrobię, już dobrze.
Gładziłam go po brzuchu, powoli, czyściłam najspokojniej, jak tylko umiałam. I nagle zaczęłam śpiewać. Nuciłam jakąś miłą melodyjkę. Po chwili sięgnęłam po kopystkę. Gdy tylko Aladar zobaczył haczyk, stanął dęba. Wybiegłam szybko z boksu i zasunęłam za sobą drzwi. Weszłam z powrotem i tym razem mi się udało. Wyczyściłam jedno kopyto, potem drugie, trzecie i czwarte. Skończyłam akurat, gdy przyszła Grace.
-To co, siodłamy? -spytała.

1 komentarz:

  1. ciekawe jak Ellie poradzi sobie z Aladarem. Jestem za nią :)

    OdpowiedzUsuń