piątek, 6 czerwca 2014

Rozdział 26 ♞

Wyszłam z domu ubrana w czarną koszulkę włożoną w dżinsy z wysokim stanem. Na nogach miałam najzwyklejsze trampki, a włosy rozpuściłam. Do skórzanej, czarnej torebki wrzuciłam telefon, klucze, portfel i kilka innych potrzebnych rzeczy. Była godzina szesnasta, Philip właśnie zaparkował samochód pod moim domem.
-Witaj! -Powiedziałam uszczęśliwiona do chłopaka, gdy wysiadł z wozu.
-Cześć piękna -pocałował mnie w usta.- Na serio ślicznie wyglądasz. Wreszcie jak człowiek! -Walnęłam go w ramię i zaczęliśmy się śmiać.
-Gdzie pojedziemy? Może na lody? Dawno nie jadłam -zaproponowałam.
-Jasne -powiedział i wsiedliśmy do samochodu. Ruszyliśmy w stronę miasta słuchając muzyki z radia.
-Dziękuję ci za prezent -powiedziałam.
-Jaki prezent? -Zdziwił się Philip.
-Jak to: jaki? No ten wisiorek. Urocze.
-Nie dawałem ci żadnego wisiorka.
-Na serio?
-Na serio. O co chodzi?
-O nic. -odpowiedziałam. Już więcej o tym nie rozmawialiśmy. Po dwudziestu minutach dotarliśmy do lodziarni. Philip kupił mi pyszne lody o smaku toffi, wanilii i śmietany z kolorową posypką, a sobie najzwyklejsze waniliowe i toffi.
-Jak dziecko -stwierdził, gdy po raz enty ubrudziłam się deserem. Dokończyliśmy lody. Obok nas ciągle przechodziły jakieś dzieci i kupowały mnóstwo lodów.
-Jak się miewa Niespodzianka? -Zagadnął mnie Philip.
-Kto? -Zamyśliłam się.- Ach, Niespodzianka. Dobrze.
-To dobrze.
-Ale wiesz co? Dzisiaj, gdy rano poszłam do stajni, zastałam dziwny widok. Ona stała przed boksem Parysa.
-Naprawdę?
-Tak. Na dodatek miała przerwany uwiąz, a na szyi ranę, której wcześniej tam nie było. A w nocy usłyszałam jakiś krzyk, i Sally chodziła po podwórku.
-Przyśniło ci się. A uwiąz mogła sobie sama zerwać.
-Nie. Ona chyba nie jest taka silna. To bardzo wytrzymały uwiąz. Wiesz... a może to Sampson próbował ją ukraść, przeciął uwiąz jednocześnie robiąc jej ranę na szyi, ale Sally weszła do stajni, ugryzła go w nogę, a on krzycząc z bólu uciekł, pozostawiając Niespodziankę samą?!
-Zwariowałaś -zaśmiał się Philip.
-Nie żartuj z tego.
-Nie żartuję. Po prostu uważam, że twoja teoria jest idiotyczna.
-A niby dlaczego? -Spytałam z drwiną w głosie.- Drzwi od stajni były otwarte. Ja zawsze zamykam, poza tym tata tam na pewno chodził, a on by nie zostawił otwartej stajni na noc.
-Na serio zwariowałaś. To pewnie od tych lodów, zamroziły ci mózg. -Zrobiłam naburmuszoną minę i przestałam się odzywać do Philipa. Po chwili on, widząc to, zaczął mnie przepraszać i usiadł koło mnie.
-Ellie, słonko -przytulił mnie do siebie. Nadal go ignorowałam, ale z coraz większym trudem. Philip był uroczy.- Odwołuję. Nie zamroziło ci mózgu, serio. Na przeprosiny kupię ci tyle lodów, ile tylko zdołasz wepchnąć do tej małej twarzyczki. -I pocałował mnie w czoło. Uśmiechnęłam się do niego.
-Chodźmy do kina -zaproponowałam.

Przez dwie godziny oglądaliśmy nudny film o snobistycznej dziewczynie z miasta, która wyjeżdża na farmę i tam poznaje przystojnego rolnika, z którym potem bierze ślub.
-Ten film był beznadziejny. -Powiedziałam, gdy już wyszliśmy z kina.- Ani żadnej strzelaniny, ani krwi, tylko gęsi bez głów!
-Tak, to było dziwne.
-No bo zawsze jest to samo... Dziewczyna z miasta, bogata zakupoholiczka, piękna, śliczna i w ogóle, z niewiadomych przyczyn wyjeżdża na wieś, ma wszystkiego dość, aż tu nagle poznaje ślicznego farmera, który pokazuje jej, jak cieszyć się życiem. Nie wiem, dlaczego poszliśmy właśnie na ten film.
-Sama go wybrałaś -zaśmiał się Philip.
-Naprawdę? Mogłeś mnie powstrzymać.
Philip odwiózł mnie do domu. Drzwi od garażu były otwarte, a rodziców nie było w domu. Poczułam się dziwnie.
-Wejdziesz? Wejdź. -Powiedziałam i wyciągnęłam go z samochodu. Nie chciałam tu zostać sama.
-Ellie, może...
-Ciii -położyłam mu palec na ustach.- Nic nie mów. Chcę buziaka.
Philip już zbliżał swoją twarz do mojej, gdy nagle usłyszeliśmy krzyk. Pobiegliśmy szybko w jego stronę - do stajni.
-Uspokój się ty durna chabeto! -Krzyknął Sampson. Trzymał Niespodziankę na sznurze, a ona rzucała się i próbowała dębować. Parys też się niepokoił i nerwowo rżał z wnętrza swojego wielkiego boksu. Kątem oka zauważyłam Billy'ego, który stał z moim kantarem, uwiązem oraz z wiadrem szczotek w ręku i mi się przyglądał.
-Puść ją, słyszysz?! -Rzucił się na niego Philip. Odtrącił Sampsona i wywrócił na ziemię. Podbiegłam do Niespodzianki i złapałam za kantar, po czym zaczęłam ją uspokajać. Philip podniósł Sampsona i przycisnął do ściany, po czym zadzwonił na policję.
-Już jadą. A ty pójdziesz do pierdla -zwrócił się do mężczyzny.
-Zabiję was. Zabiję! -Wykrzyczał Sampson. Był wściekły, nie wiem dlaczego. Przecież to wszystko jego wina, to przez niego Niespodzianka uciekła i to przez siebie samego pójdzie teraz siedzieć. Naprawdę nie rozumiem, dlaczego jest wściekły.
-To tylko puste słowa, ale jeśli powiesz coś więcej, szybko z więzienia nie wyjdziesz.
Półgodziny później, kiedy konie się trochę uspokoiły, a niedoszły złodziej próbujący ukraść swojego konia trochę znormalniał, przyjechała policja.
 I zabrała dwóch oprychów.
 A ja mogłam wrócić do swoich zajęć.
Zaczęłam od przeniesienia Niespodzianki do boksu Parysa, a jego, z pomocą Philipa, wypędziliśmy na padok.
-Możesz na nim pojeździć. -Powiedziałam, sięgając po szczotki, które musiałam wyrwać Billy'emu z rąk.- To nawet wskazane.
 Chłopaki wyszli ze stajni, a ja zaczęłam oporządzać klacz. Nie wiem, co z nią będzie. Mam nadzieję, że ją zatrzymamy, ale nie jestem tego pewna. Niczego już nie jestem pewna.

piątek, 9 maja 2014

Proszę o pomoc

Zagląda Was tu całkiem sporo, więc pomyślałam, czemu by tego nie wykorzystać. Więc chodzi o to, że jestem wolontariuszką w fundacji. Mamy sześć koni uratowanych przed śmiercią. Jeden jest to koń wyścigowy, złamał nogę, która później źle się zrosła, a Perfect Chief (nasza wyścigówa) trafił do Nowakowa, do fundacji. Jak wiecie, fundacje potrzebują #OGROMNIE pieniędzy, których niestety mają strasznie mało. Perfect jest ogierem, a fundacja musi go wykastrować, bo istnieje ryzyko, że znowu złamie sobie nogę, a tego byśmy nie przeżyli ;( Chciałam Was prosić o pomoc, polubcie tą stronę na facebooku: Patrol Interwencyjny ds. Zwierząt Gospodarskich, obserwujcie ją, polecajcie znajomym, komentujcie, lajkujcie, udostępniajcie... To już jest jakaś pomoc, jeśli więcej osób dowie się o fundacji, więcej osób się nią zainteresuje, może będzie w końcu możliwość wykupienia większej ilości koni! W weekend fundacja jedzie na targ koński. Tym razem udało się uzbierać pieniądze dzięki pomocy takich ludzi. Pomóżcie, jeżeli możecie, proszę...

Z poważaniem, założycielka bloga:)

PS W razie pytań, piszcie w komentarzach lub na email: dobreo20@gmail.com! :)

Mam nadzieję, że też pomożecie!

środa, 7 maja 2014

Rozdział 25 ♞

Mama wyszła z domu i podeszła do skrzynki pocztowej. Otworzyła ją i wyjęła z niej kilka listów. Były wśród nich rachunki, pocztówki od rodziny i coś jeszcze.
-Ellie, chodź na chwilę! -Krzyknęła do mnie mama. Zawróciłam Parysa w drugą stronę i zeskoczyłam z niego tuż przed mamą.- Proszę, to do ciebie.
-Co to jest... -Wyjęłam z jej rąk kopertę. Była różowa i miała namalowane kwiatki. Zaadresowana oczywiście do mnie, a nad "i" w moim imieniu zamiast kropki było maleńkie serce.
-No otwórz. -Ponagliła mnie mama. Chociaż widziałam ją gazylion razy, tak naprawdę nigdy dobrze jej się nie przyjrzałam. Jej brązowe lśniące włosy sięgały długością do ramion, miała podkrążone oczy, ale ich zielony kolor nie stracił jeszcze blasku. Teraz byłyśmy tego samego wzrostu. Wsunęłam palec do koperty i przejechałam nim po długości. Wyjęłam list. Był on spryskany jakimiś wstrętnymi perfumami. Musiałam zakaszleć, żeby się nie udusić. Ktoś go napisał odręcznie, w dodatku bardzo brzydko.
-Przeczytaj go -poleciła mama.
-"Droga Ellie".
-Nieźle się zaczyna -stwierdziła.
-"Droga Ellie" -kontynuowałam.- "Gdy ujrzałem Cię pierwszy raz, nie mogłem się oprzeć, by na Ciebie choć raz nie spojrzeć. Twoja uroda wręcz powaliła mnie na kolana. Masz taki lekki głosik i pachnące perfumy... Myślałem, że jesteś księżniczką z bajki. To, jak się poruszasz, ubierasz, porozumiewasz ze mną, odnosisz się do świata..."
-Odnosisz się do świata?
-Cicho. "i Twój cudowny charakter sprawiły, że nie marzę o niczym innym, jak tylko spędzić z Tobą resztę życia... Jesteś najniezwyklejszą osobą, jaką kiedykolwiek poznałem i mam nadzieję, że docenisz mnie w przyszłości. Proszę, przyjmij ten skromny dar na dowód mojej miłości... Noś go, noś go zawsze... Twój cichy wielbiciel. PS Kocham Cię."
-Piękne, ale czy on ci się oświadcza?! -Wykrzyknęła mama zdziwiona.
-Co? -Nie zrozumiałam.
-No... Spójrz tylko, o tu: "spędzić z Tobą resztę życia..."
-Mamo! -Zaśmiałam się.- Oczywiście, że mi się nie oświadcza.
-Wiesz kto go napisał?
-Nie.
-Może to Philip? To w jego stylu.
-To kompletnie nie jest w jego stylu. -Zaprzeczyłam.
-No to kto? Albo Philip albo nikt.
Zaczęłam się nad tym zastanawiać. Kto mógł wysłać mi ten list? Może to jednak Philip... Pogrzebałam ręką w kopercie i znalazłam naszyjnik, a na nim uwieszone serduszko. Przyjrzałam się bliżej, naszyjnik się otworzył. W środku była karteczka z napisem "kocham Cię. Pamiętaj". Uśmiechnęłam się do siebie. Poprosiłam mamę, aby zaniosła prezent do mojego pokoju, a ja z powrotem wskoczyłam na Parysa.
-Jak cudownie jest znowu siedzieć w siodle! -Wykrzyknęłam uszczęśliwiona. Naprawdę się cieszyłam. Przez ostatnie piętnaście lat nie marzyłam o niczym innym, jak tylko zaczynać dzień na końskim grzbiecie. Ale nigdy nie sądziłam, że będę to mogła robić na własnym koniu...

wtorek, 6 maja 2014

Rozdział 24 ♞

Bum, bum, bum.
Tyle usłyszałam, gdy obudziłam się w środku nocy. To, i jakiś krzyk, chociaż nie jestem do końca pewna, czy mi się nie przyśnił. Na zewnątrz było ciemno. Podeszłam do okna otworzyłam je, padał deszcz, a zimne powietrze wleciało do mojego pokoju. Poczułam zapach charakterystyczny dla deszczu. Padało i wiało. Wiało i padało. Bez końca, od kilku dni. Spojrzałam na niebo i nie widziałam nic, jakby wszystko połknęła czarna dziura. Jak gdybym ja była w takiej dziurze. Nie zapaliłam światła, więc w moim pokoju także panował mrok. Spojrzałam na stajnię i... coś zobaczyłam. Jakiś cień. Czarny i schylony, poruszał się szybko. Wytężyłam wzrok. Przyjrzałam się dokładniej. Czyżby koniokradzi? A może to stary Sampson chciał odzyskać Niespodziankę? To niemożliwe. Ten cień to tak naprawdę nie cień, a pies, Sally. Zastanawia mnie tylko, czemu ona chodzi po podwórku w środku nocy? Nigdy tego nie robiła. A może się czegoś wystraszyła. Zrobiło mi się zimno i zamarzyłam o ciepłym kocu. Usiadłam na łóżku i spojrzałam na telefon. Wskazywał godzinę trzecią. I przyszedł do mnie też SMS. Od Philipa. Napisał: "Ellie, czy moglibyśmy się spotkać jutro o szesnastej? Proszę. Słodkich snów, Philip." Słodkich snów, zakpiłam, gdybym tylko mogła spać...
Zastanowiłam się. Czy coś się stało? Dlaczego wysłał mi tego SMS-a? Mam złe przeczucie, jestem pewna, że coś się święci.
Tylko co?
Co jest takiego ważnego, że Philip wręcz błagał mnie o spotkanie?
Bał się, że nie przyjdę?
Bzdura. Kocham go, nie mogłabym nie przyjść. Aha, nie napisał tylko, gdzie chce się spotkać. Może pójdziemy do miasta.
Przykryłam się kocem i od razu poczułam się senna. Położyłam głowę na miękkiej poduszce w kształcie świnki i zasnęłam.

Promienie słoneczne prześwitywały przez zasłony i oświetlały pokój. Otworzyłam na oścież okno, a moją twarz owiał chłodny wiaterek. Było zimno, chociaż mieliśmy środek lata. Wyjrzałam na podwórko. Nie było śladu po deszczu, słońce osuszyło ziemię. Dzień wydawał się idealny na wszystko, a zwłaszcza na jazdę konną. Wyjęłam z szafy bryczesy i luźną czarną bluzę. Szybko się ubrałam i umyłam oraz pościeliłam łóżko. Zbiegłam po schodach do kuchni. Mama już przygotowywała śniadanie - jajecznicę z bekonem. Pycha. Usiadłam przy stole, a mama nałożyła mi na talerz jedzenie. Zaczęłam się zajadać. Obok mnie usiadł tata.
-Pojeździsz dziś na Parysie? -Spytał, smarując sobie masłem chleb.- Dawno go nie ruszałaś. Zastoi się.
-Miałam zamiar dziś na niego wsiąść. Może pojedziemy do lasu. Podasz mi pieprz?
-Proszę -powiedział, podając mi przyprawę.- To fajnie. Tylko nie przyprowadzaj mi tu znowu jakiegoś konia -zaśmiał się.
-Nie masz się o co martwić. A właśnie, jak się toczą sprawy z Niespodzianką? -Mama postawiła mi przed nosem herbatę. Posłodziłam ją i upiłam łyk.- Simpson próbuje ją odzyskać?
-Chyba sobie odpuścił. Mam nadzieję. Ale po takich osobach można się spodziewać wszystkiego. To psychol.
Zaśmiałam się. Odłożyłam naczynia do zlewu i poszłam do przedpokoju. Założyłam sztyblety, po czym pobiegłam do stajni. Drzwi były lekko uchylone. Dziwne. Jestem pewna, że je wieczorem zamykałam. Weszłam do środka i zastałam zaskakujący widok; Niespodzianka stała przed boksem Parysa. Oboje spojrzeli na mnie zaciekawionym wzrokiem. Podeszłam do klaczy. Miała na sobie kantar i pół uwiązu. Przyjrzałam się bardziej. Dziwnie to wyglądało. Wyglądał na przerwany, ale ona chyba nie mogła sama go urwać. Znalazłam jakiś sznurek i z powrotem przywiązałam Niespodziankę do stanowiska. Zaczęłam ją czyścić. Na szyi zobaczyłam ranę, długości kciuka. Jestem pewna, że tam nie miała rany. Na sto procent. Na dowód tego wokół niej była zaschnięta krew. Sama sobie to zrobiła? Szczerze w to wątpię. W dodatku rana była na wysokości uwiązu...
Zostawiłam klacz i poszłam zająć się Parysem. Później pomyślę. Wyczyściłam porządnie karego i nałożyłam na niego siodło oraz ogłowie. Chwilę zajęło mi przekonanie go, żeby włożył wędzidło do pyska, ale udało się. On nie był złośliwy. Zachowywał się bardziej jak potulny kucyk, niż jak wielki i potężny ogier, który z łatwością mógłby mnie zgnieść. Przerzuciłam wodze nad głową i złapałam je za sprzączkę. Wyszłam ze stajni zostawiając za sobą otwarte drzwi. Zrobiło się gorąco. Wyszłam na pole, dociągnęłam popręg do siodła i wskoczyłam na Parysa.

czwartek, 10 kwietnia 2014

Rozdział 23 ♞

-Matko Boska ratuj mnie! -Krzyknęłam zupełnie zdezorientowana. Za oknem zobaczyłam deszcz, a na niebie czarne chmury. Szlag, burza. Miałam ochotę zawinąć się w koc, zasnąć i nigdy nie obudzić. Po chwili jednak przypomniałam sobie, że kilka metrów dalej, w stajni, czeka na mnie cudowne stworzenie. Dwa stworzenia. Podniosłam więc cztery litery, sięgnęłam do szafy po stare dresy, bluzę, założyłam na nogi kalosze i zbiegłam po schodach. Związałam po drodze włosy w kitkę. Minęłam pokój rodziców i kuchnię, po czym wyszłam na podwórko. Na zewnątrz chlapa. Kałuże były dosłownie wszędzie. Nie miałam co liczyć dzisiaj na jazdę na Parysie, zrobię mu dzień wolny. Jutro też. Cholera, jak będę mu tak często odpuszczać, zrobi się gruby. Przebiegłam przez kałuże i otworzyłam drzwi do stajni. Usłyszałam miłe prychnięcie. Uśmiechnęłam się. Podeszłam do mojego wierzchowca, który jak zwykle miał słomę między zębami. Sięgnęłam po szczotki, weszłam do jego boksu i zaczęłam go czyścić. Nagle usłyszałam huk. Podskoczyłam, a zaniepokojony Parys zarżał. Zaczęłam mówić do niego, chociaż chyba tak naprawdę próbowałam uspokoić samą siebie. Poczułam się samotna. Nagle poczułam silną potrzebę przytulenia się do kogoś. Philipa ani rodziców nie było przy mnie, pozostawał więc tylko koń. Objęłam lśniącą szyję mojego ogiera. Od razu lepiej. I jeszcze ta świadomość, że mogę to robić tyle czasu, ile mi się podoba. Kolejny grzmot. I następny. Kurczę, chyba rozpętała się prawdziwa burza. Mocno się wystraszyłam. Spojrzałam na Parysa: oaza spokoju. Jest najwyraźniej doskonale wyszkolony. A myślałam, że konie wyścigowe są nerwowe. Bo Parys chyba się ścigał? A może się mylę.
Kontynuowałam czyszczenie. Kary się chyba tarzał, bo miał pełno sklejek, nad którymi musiałam się bardzo namęczyć. Wyczyściłam mu kopyta, rozczesałam porządnie grzywę i zastanawiałam się, co będę robić. Może porysuję? Dawno tego nie robiłam. Zamknęłam za sobą boks, wyszłam ze stajni i przebiegłam szybko przez podwórko. Zrzuciłam mokre kalosze w przedpokoju, pobiegłam na górę i sięgnęłam do szafki po zeszyt oraz ołówek. Wróciłam pędem do stajni. Wpełzłam do boksu i usiadłam. Zaczęłam szkicować Parysa. Starałam się skupić całą swoją uwagę na rysowaniu i zapomnieć o walce żywiołów na zewnątrz. Najpierw głowa, umięśniony korpus, długie i szczupłe nogi, lśniąca grzywa delikatnie opadająca na szyję. Na koniec pocieniować. Jest, idealne proporcje. Rysowanie to moja druga pasja, chociaż bardziej (i to o wiele!) lubię jeździectwo. Parys zaczął prychać, pogrzebał nogą w ściółce i po chwili uwalił się na ziemię. Konie tak śmiesznie się kładą: przednie nogi, tylne, i całe ciałko. Przewinęłam kartkę i zaczęłam ponownie szkicować mojego ogiera. Miałam mały problem z kopytami, jak zawsze. Gdy byłam mała i nie miałam co robić, wyjmowałam szkicownik i rysowałam wszystko, co zobaczyłam. Mama ma chyba trzy kartony z moimi dziełami, babcia też. Zaczęło mi się nudzić. Kurcze, co mogę jeszcze zrobić? Sprzątnąć stajnię? Nie... To nie jest ciekawe zajęcie. Odłożyłam szkicownik i wsłuchiwałam się w burzę. Usłyszałam huk. Podskoczyłam w miejscu, a zaciekawiony Parys odwrócił łeb w moją stronę.
-Spokojnie malutki. -Powiedziałam, próbując się jednocześnie uspokoić. Wyjrzałam przez okno w boksie i zobaczyłam, jak ciemne niebo przecina ogromna biała strzała. Czekałam znowu na ten przerażający dźwięk, jednak nic nie usłyszałam. Otworzyłam okno, a do budynku wleciało świeże powietrze. Miało przyjemny zapach. Poczułam się bardzo przytulnie w chłodnej stajni. Kolejny grzmot. Zaczęłam się bardziej przysłuchiwać dźwiękom dochodzącym z zewnątrz. Z każdą chwilą czułam się lepiej. Ta burza zaczynała mi się podobać! Chyba ją nawet polubiłam.
Nudziło mi się. Spojrzałam na Parysa, nie miał już co jeść. Wstałam i wyszłam z boksu. Wzięłam widły i podeszłam do jednego z balotów ustawionych w kupce, po czym go rozwaliłam tak, że dookoła mnie walały się pojedyncze wiązki siana. Nadziałam je na widły i przerzuciłam nad ścianką boksu, potem rzuciłam je też pod nos Niespodzianki.
-Ellie! -Usłyszałam stłumione wołanie.- Gdzie jesteś?
Odłożyłam widły, a do stajni wszedł tata.
-O, tu się schowałaś -powiedział.- Jadłaś śniadanie? Chodź, mama zrobiła grzanki.
Wyszliśmy z budynku. Przestało już padać, ale dalej było mroczno, a w oddali słychać było pojedyncze grzmoty. Tata otworzył przede mną drzwi do domu. Już w progu czułam nieziemski zapach smażonego chleba.
-Zjem kilka -odezwałam się znienacka.- Albo najlepiej wszystkie. Jestem głodna.

czwartek, 27 marca 2014

Rozdział 22 ♞

Po obu stronach stały dobrze zbudowane konie. Wszystkie były kare, kasztanowate albo gniade. Większość posiadała jakieś odmiany, które tylko dodawały im uroku. Podeszłam do najbliższego: karego ogiera Trakusa. Miał lśniącą sierść i krótko przyciętą grzywę. Patrzył na mnie zaciekawionym wzrokiem, a uszy skierował w moją stronę. Pogładziłam go po aksamitnym pysku. Czas jakby się zatrzymał. Słyszałam jedynie prychnięcia dobiegające z sąsiednich boksów.
-Idziemy dalej? -Z transu wyrwał mnie głos Rona. Odsunęłam się od ogiera i zaczęłam iść środkiem stajni. Boksy były całkiem duże i zadbane. Obok każdego z nich wystawał kołek, na którym powieszone było ogłowie lub kantar. Konie z zaciekawieniem wystawiały głowy, gdy koło nich przechodziłam. Podeszłam do karej klaczy pełnej krwi angielskiej. Na czole miała gwiazdkę. Przyjrzałam się jej dobrze; łudząco przypominała legendarną klacz wyścigową Ruffian. Poklepałam ją po szyi i wznowiłam zwiedzanie. Doszłam wreszcie do końca stajni i zawróciłam w stronę wyjścia.
-Jak ci się podobało? -Zapytał mężczyzna niższy ode mnie o głowę.
-Bardzo! -Odrzekłam zgodnie z prawdą.- Ma pan piękne konie. Nie wiedziałam, że to stajnia wyścigowa.
-Cieszę się. -Powiedział uradowany Ron- A jak się miewa Parys?
-Doskonale, biegamy dużo. On to kocha. Też się ścigał?
-Na początku tak, ale później przestał.
Właśnie w tym momencie, do stajni wszedł Philip.
-Dobra, Bob trenuje Bellę. Ellie, wracamy już?
-Nie, no coś ty! Chcę jeszcze trochę popatrzeć. -Philip odetchnął. Chyba nie chciał, żebym tu dłużej została. Nagle zaczęłam dostrzegać ogromne różnice między nim, a jego ojcem. Philip był wysoki, dobrze zbudowany, miał brązowe oczy i był brunetem. Zupełnie nie przypominał niskiego, zielonookiego szatyna, jakim był Ron. Wyszliśmy ze stajni i kierowaliśmy się w stronę wybiegu. Zaczęłam rozmawiać z Ronem na temat jego koni i wyścigów. I nagle poczułam, jak silny podmuch wiatru wytrąca mnie z równowagi.
-WOW -krzyknęłam jak nieokrzesane dziecko- co to było?!
-Ellie, słonko, to koń. Właśnie trwa trening.
Spojrzałam na Evansów z rumieńcem na twarzy. Poczułam się głupio, dlatego szybko odwróciłam się w stronę wybiegu. Dwa folbuty biegły z zawrotną prędkością. Ich długie nogi delikatnie dotykały ziemi, żeby po chwili znów znaleźć się w powietrzu. Otworzyłam usta ze zdumienia. Miałam wrażenie, jakby te dwa gniadosze poruszały się w zwolnionym tempie. Po chwili Philip zaczął mówić coś do Rona, a potem do mnie. Nie zrozumiałam ani słowa z tego, bo nie potrafiłam skupić się na niczym innym, jak na biegnących koniach.
-Ellie, chodź, odwiozę cię.
Posłusznie ruszyłam w stronę samochodu. Pożegnałam się z dżokejem i podziękowałam. Zapięłam pasy i czekałam, aż mój chłopak odpali silnik. Zapadła niezręczna cisza.
-Fajnie mieszkasz. -Powiedziałam.
-Dzięki. -Odpowiedział bez emocji.
-Te wasze konie są w ogóle świetne. A te dwa ogiery, które właśnie biegały - kosmos!
-Super.
-Philip?
-No?
-Ty nie chciałeś, żebym do ciebie przyjechała, prawda?
-Nie chciałem. -Powiedział z kamiennym wyrazem twarzy. Po chwili spojrzał na mnie i chyba zauważył, że poczułam się urażona, bo objął mnie ramieniem i pocałował w czoło.- Jezu, Ellie, kochanie -uwielbiam, gdy mówi do mnie "kochanie".- Słuchaj, to nie chodzi o ciebie.
-A o co? -Spytałam ze łzami w oczach, chociaż starałam się je powstrzymywać.
-No... tak naprawdę to o nic. Po prostu nie lubię zapraszać nikogo do siebie.
-Dlaczego? Przecież twój tata jest całkiem fajny, konie też. -Spojrzałam na niego.- Musi być jakiś powód.
-Nie ma. Przepraszam. Kocham cię. Jedziemy w końcu do domu?

Podróż nie trwała zbyt długo. Okazało się, że Philip mieszka jakieś dwadzieścia kilometrów ode mnie. Zaparkował na podwórku, poczekał aż wysiądę z samochodu i odjechał. Przez prawie całą drogę rozmawialiśmy o naszej przygodzie z koniokradami.
-Zastanawia mnie, czemu oni chcieli zwinąć Parysa. -Powiedział w pewnym momencie Philip.- Ani pochodzenia nie miał, ani umiejętności, to taka bezużyteczna szkapa.
Szturchnęłam go w ramię, potem on zrobił to samo i się roześmialiśmy.
Na podwórku stała zaparkowana ciężarówka do przewozu żywych zwierząt. Zobaczyłam w niej kilka krów. Co tu się dzieje?, pomyślałam. Tata sprzedaje bydło? Ale jak to...
-Mamo, o co chodzi?
-Tata sprzedaje krówki. Nie ma siły na zajmowanie się nimi, a ja nie będę tego robić.
Cała mama. Spojrzałam ostatni raz na te zwierzęta i weszłam do domu. Przeszłam przez korytarz, minęłam kuchnię i wbiegłam po schodach. Otworzyłam drzwi do swojego pokoju. Ściany były pomalowane na fioletowo, wszędzie wisiały plakaty z końmi, figurki i wszystko, co było możliwe. W rogu pokoju leżały buty do jazdy konnej, obok stało wielkie łóżko z wizerunkiem pięknego konia arabskiego na pościeli, a na szafce nocnej czerwony budzik. Zdjęłam w progu buty i rzuciłam się na łóżko. Chociaż mój pokój bardzo mi się podobał, postanowiłam go trochę przerobić. No bo w końcu która piętnastolatka ma na półkach kucyki My Little Pony?
Zaczęłam zdzierać wszystkie plakaty, uważając przy tym, żeby farba nie zeszła razem z taśmą. Po dwudziestu minutach nie było śladu po rzeczach dla dziesięcioletniej koniarki. Cieszyłam się ze swojej roboty, ale jednocześnie w pokoju zrobiło się pusto i ponuro. Musiałam wypełnić czymś te ściany, inaczej bym zwariowała! Wpadłam na pewien pomysł. Podeszłam do jednej z szuflad i zaczęłam w niej szperać. Nic nie ma. W następnej - to samo. Dopiero w trzeciej znalazłam to, co szukałam: pudełko z ramkami do zdjęć i rodzinny album. Otworzyłam na pierwszej stronie i wyjęłam z niej kilka ładnych zdjęć. Potem reszta albumu, aż we wszystkich ramkach pojawiły się fotografie. Postawiłam kilka z nich na półkach. Wyjrzałam przez okno, chcąc sprawdzić, czy ciężarówka nadal stała na podwórku. Nie stała. Zbiegłam więc na dół i odszukałam tatę.
-Przybijesz mi kilka gwoździ do ściany? -Spytałam.
-Eee, no pewnie. Tylko znajdę młotek.
Wróciłam do pokoju. Fioletowe ściany nadal wypełniała pustka. Po chwili usłyszałam kroki na schodach.
-Po co ci te gwoździe? -Spytał w progu tata.
-Chciałam powiesić kilka zdjęć na ścianie, nudno tu.
-OK, gdzie mam je przybić?
-Poczekaj, zaraz ci pokażę.
Tata był u mnie w pokoju jakieś pięć minut. Potem powiesiłam zdjęcia na ścianie i od razu zrobiło się weselej. Podobał mi się nowy wystrój tego miejsca.
Właśnie zachodziło słońce, a ja poczułam okropne zmęczenie. Poszłam do łazienki, która znajdowała się naprzeciw mojego pokoju. Zakluczyłam drzwi i przejrzałam się w lustrze. Wciąż miałam kawałki słomy we włosach. Ja nie rozumiem, jak to się działo, że one zawsze tam były? Przecież się w nich nie tarzałam! Rozpuściłam swoje brązowe włosy wciąż związane w kitka i je rozczesałam. Zmyłam tusz do rzęs, który nakładałam sobie codziennie rano, po czym wskoczyłam do wanny i szybko się umyłam. Ubrałam się w piżamę i położyłam do łóżka. Właśnie odpływałam do magicznej krainy snów, gdy sobie o czymś przypomniałam. Nie byłam dziś u Parysa. Cholera. Wybiegłam z pokoju, nałożyłam na siebie jakieś trampki i popędziłam przez podwórko prosto do stajni. Gdy do niej weszłam, usłyszałam chrupanie ogiera. Dobrze, że tata go nakarmił. Podeszłam bliżej i zobaczyłam pełne do połowy poidło.
-Smakuje sianko? -Powiedziałam, gładząc go delikatnie po pysku.- Przepraszam, że dziś tak mało się widzieliśmy. Nawet nie pamiętam, czy w ogóle u ciebie byłam. -Zaśmiałam się. Parys prychnął w odpowiedzi, jakby wszystko rozumiał i wrócił do posiłku.
-Kocham cię, mój aniołku. Dobranoc. -Pocałowałam go w czoło i wróciłam do domu.
To znaczy wróciłabym.
Zapomniałam, że mam drugiego konia. Albo raczej "mam". Minęłam boks Parysa i doszłam do stanowiska. Niespodzianka stała tam, powoli przeżuwając siano. Gdy do niej podeszłam, skierowała uszy w moją stronę i na chwilę przestała jeść czekając na to, co się wydarzy. Uniosłam rękę, a klacz bacznie obserwowała moje ruchy. Patrząc siwej prosto w oczy dotknęłam ręką jej boku. Pod moimi palcami skóra zadrżała. Przejechałam delikatnie po brzuchu i po grzbiecie. Wsadziłam rękę do kieszeni w poszukiwaniu jakichś smakołyków i znalazłam. Na otwartej dłoni podałam jej lekko ukruszoną kostkę cukru. Ledwie musnęła moją rękę wargami delikatnymi jak piórko. Ostatni raz na nią spojrzałam i odeszłam. Czułam, że Niespodzianka wciąż na mnie patrzy, a po chwili usłyszałam chrupanie. Minęłam Parysa i zamknęłam wielkie, ciężkie drzwi stajenne. Wróciłam do domu i w końcu po ciężkim dniu "pracy" poszłam spać. A sny miałam piękne.

środa, 26 marca 2014

Rozdział 21 ♞

Zsiadłam z Aladara i stępowałam go w ręku. Chodziliśmy tak w kółko przez około dziesięć minut, po czym stwierdziłam, że już wystarczy. Wyszliśmy z hali i wróciliśmy do stajni, do boksu ogiera na samym końcu. Zdjęłam siodło i ogłowie. Pocałowałam Aladara w czoło i zamknęłam boks. Przeszłam przez całą stajnię ze sprzętem, ponieważ siodlarnia znajdowała się przy wejściu. Odszukałam wieszaka z numerkiem mojego siodła. Jak zwykle ktoś pomylił wieszaki. Odwiesiłam sprzęt w inne miejsce i wyszłam ze stajni. Odszukałam wzrokiem Philipa. Dostrzegłam go przy maneżu, z podziwem patrzył na młodych jeźdźców. Podeszłam do niego.
-Hej -zagadnęłam.
-Hej. Już skończyłaś?
-Uhm -odparłam. Jeźdźcy skakali przez całkiem wysokie przeszkody, tak jak wcześniej. Jeździli naprawdę dobrze. Można im pozazdrościć.
-Spójrz na tą dziewczynę -wskazał palcem na chudą jak patyk Zoe- jest niezła.
-Taa, niezła... -Gdyby tylko wiedział, jak się zachowuje, dodałam w myślach. Wszystkie konie w tym samym momencie przeszły do stępa. Zoe spojrzała na mnie z kamiennym wyrazem twarzy. Jakbym jej coś zrobiła. A może była zazdrosna o Aladara? Albo o Philipa? Nie, to przecież absurd. To niemożliwe! Z zamyślenia wyrwał mnie słodki głos mojego chłopaka.
-Wybierzemy się na przejażdżkę?
-Ale teraz? -Spytałam. Byłam trochę obolała po skokach, ale koniec końców się zgodziłam. Przejażdżki z Philipem są zawsze niezwykłe.

Osiodłaliśmy nasze konie i wyruszyliśmy punktualnie o piętnastej. Postanowiliśmy udać się do lasu i nie odjeżdżać za daleko, ponieważ nie znaliśmy terenu. Jechaliśmy na gniadych ogierkach, miały po sześć lat. Mój miał na imię Nolan, od razu przypadł mi do gustu. Zachowywał się jak niesforny źrebak. Philip dosiadał Fogosa. Natura obdarowała go piękną łysiną. Był on bardzo spokojny. Nie wiem, dlaczego ja dosiadałam tego niegrzeczniejszego, skoro Philip jeździł ode mnie o niebo lepiej. Przestałam o tym myśleć, gdy Nolan zaczął serię bryknięć.
-Ej, przestań! Czemu skaczesz?
-Spokojnie Ellie, złap się grzywy. -Powiedział jak zawsze opanowany chłopak. Po krótkim czasie Nolan się uspokoił. A może chciał pobiegać? Skróciłam wodze, przytuliłam ogiera łydkami i przeszliśmy do kłusa. Chwilę później Philip i Fogos zrównali się z nami. Kłusowaliśmy przez kilka minut, po czym zwolniliśmy do stępa. Szliśmy obok siebie, pomiędzy ogromnymi drzewami. Nad nami latały ptaki, słyszeliśmy ich niezwykłe śpiewy. W lesie unosiły się piękne zapachy. Zobaczyłam przed nami łąkę, była bardzo duża. Rosło na niej dużo kwiatów. Chciałam na niej pocwałować. O tak, to wymarzone miejsce na pierwszy cwał. Tak mi się wydaję. Bez dłuższej chwili zastanowienia, popędziłam Nolana. Jeszcze jakiś czas temu nie potrafiłam dobrze kłusować, a teraz potrafię zagalopować ze stępa. Zrobiłam półsiad, po czym ponownie dodałam łydki. Nolan postawił uszy i zaczął cwałować. Po przebiegnięciu kilkudziesięciu metrów, obejrzałam się za siebie; Philip z Fogosem byli już daleko w tyle, wciąż próbowali zagalopować. Chyba ich zaskoczyłam. Ba, na pewno! Byliśmy już prawie na połowie łąki, zaczęłam ściągać wodze i zwalniać. W końcu się zatrzymaliśmy. Poczekałam na Philipa i dałam odsapnąć chwilkę Nolanowi, po czym znów ruszyliśmy galopem. Wjechaliśmy na górkę i znowu stanęliśmy.
-Piękny widok, co? -Zagadnął Philip. Przytaknęłam. Widzieliśmy całą stadninę; za lasem, z którego przyjechaliśmy była droga, a z obu jej stron rosły piękne wiśnie. Dalej stał nieduży dom należący do Grace, obok był parking, a po prawej ogromna hala. Z drugiej strony widziałam plac (na którym konie i jeźdźcy wyglądali jak pracujące mróweczki) oraz długą stajnię w kształcie litery T. Dalej była mała stodoła. A to wszystko było zewsząd otoczone łąkami, lasem i polami, na których leniwie pasły się konie. Cieszyłam się z tego, że znalazłam to miejsce.
-Wracamy?

Rozsiodłaliśmy konie i przetarliśmy je słomą, gdyż się spociły. Nolan i Fogos stali w sąsiednich boksach i chyba bardzo się lubili, bo gdy odeszliśmy, zaczęły się miziać po pyskach. Zabraliśmy cały sprzęt i poszliśmy do siodlarni. Odszukałam wzrokiem numer wieszaka, na którym powinno leżeć siodło Nolana i odwiesiłam je. Philip zrobił to samo ze swoim siodłem w momencie, gdy do pomieszczenia weszła Zoe.
-Hej -powiedział do niej- świetnie jeździsz!
-Dzięki -uśmiechnęła się do niego, ale nie tak normalnie, patrzyła na niego maślanymi oczami. Poczułam się zazdrosna. Idź już stąd, prosiłam w myślach. Nic z tego.
-O, cześć -do siodlarni weszła Nathalie. Spadła mi z nieba!- Ellie, dziękuję ci jeszcze raz za pomoc.
-Nie ma sprawy, do zobaczenia! -Pociągnęłam Philipa za sobą. Wyszliśmy ze stajni i szybkim krokiem wsiedliśmy do samochodu.
-Całkiem udany dzień, prawda?
-Jeszcze jak. -Odpowiedziałam. Zapięłam pasy i czekałam, aż Philip odpali silnik.
-Hej -szturchnął mnie w nogę- co jest?
-Nic.
-Jak to nic? Gapisz się w to okno, jakbyś chciała je rozwalić wzrokiem!
-No bo nie lubię tej Zoe!
-Aha. I to jest powód twojej złości?
Philip miał rację. Poczułam się głupio.
-W sumie... To tak. Słuchaj, ona dzisiaj tak patrzyła na mnie, jak jeździłam na Aladarze, normalnie, jakby mnie chciała z niego zrzucić!
Philip spojrzał na mnie swoimi pięknymi, brązowymi oczami.
-Nie przejmuj się. Wydaje się sympatyczna.
-Co? Zachowujesz się tak, jakbyś nie pamiętał, jak na mnie naskoczyła, wtedy w stajni. -Krzyknęłam.- Ona jest jakaś nienormalna! Rozpieszczona córeczka tatusia...
-Dobra, nieważne. Jedziemy do domu?
Ruszyliśmy. Nareszcie. Wyjechaliśmy z parkingu i ruszyliśmy tą piękną, wiśniową drogą. W samochodzie panował gorąc, dlatego otworzyłam na oścież swoje okno. Doszły mnie piękne zapachy z zewnątrz. Uwielbiam lato. Zaczęłam się zastanawiać, gdzie Philip jeździ. W końcu jest w tym bardzo dobry. Jego tata miał Parysa, ale to nie jest jego jedyny koń. Przecież mój chłopak przyjeżdżał do mnie z jakąś gniadą klaczą. To znaczyło, że tata Philipa miał stajnię. Czyli mieszkali na wsi, ale gdzie? Nie mogło to być daleko, bo inaczej Philip nie przyjeżdżał by do mnie codziennie. Musiałam się tego dowiedzieć.
-Twój tata ma stajnię? -Odpaliłam.
-Ma, a co?
-Nigdy nic nie mówiłeś. Zabierzesz mnie tam kiedyś?
-Jasne, kiedy tylko chcesz. -Mówił bez emocji. Dziwne.
-To ja chcę teraz. -Odpowiedziałam szybko.
-Teraz? Teraz nie bardzo mogę, ja...
-Ale co ty masz do roboty, Philip? -Przerwałam mu.- Oj no proszę, teraz jest dobry moment.
-No OK.
Zgodził się. Jupi! Wreszcie zobaczę, jak ten przystojniak mieszka!

Skręciliśmy w długą drogę prowadzącą do gospodarstwa Evansów. Właśnie tak Philip miał na nazwisko - Evans. Kiedyś zapisałam w zeszycie całą stronę naszymi nazwiskami: Ellie Evans. Ellie i Philip Evansowie. Całkiem fajnie. Przestałam o tym myśleć, gdy zaparkowaliśmy przed dużą stajnią.
Widok karuzeli, kolejnych dwóch stajni i wybiegu treningowego wywarł na mnie ogromne wrażenie. Wysiadłam z auta i otworzyłam usta z podziwu.
-No, jesteśmy. Podoba ci się? -Spytał Philip.
-WOW, nawet bardzo! -Odpowiedziałam.- O, czy to nie twój tata?
Ze stajni wyszedł niski mężczyzna, miał kolorowy kask i prowadził smukłego ogiera z malutkim siodłem na grzbiecie. Zaczęłam myśleć, że to stajnia wyścigowa. Bez chwili namysłu podeszłam do Rona Evansa.
-Dzień dobry! -Przywitałam się.- Pamięta mnie pan?
-Ellie, cześć -powiedział z uśmiechem.- jakbym cię mógł zapomnieć, skoro Philip ciągle mi o tobie opowiada? -Zaśmiał się. Ukradkiem spojrzałam na Philipa, który starał się ukryć zażenowanie. Ja uważałam to za słodkie.
-Czy to jest stajnia wyścigowa? -Spytałam zaciekawiona.
-Tak, Philip ci nie mówił?
-Nie, on dość mało o sobie opowiada.
-Aha, no cóż. Chcesz zobaczyć konie?
-Ja? No pewnie! -Odpowiedziałam podekscytowana.
-Philip, weź Bellę na wybieg, niech Bob na nią wsiądzie.
Ron przekazał wodze chłopakowi, a ze mną wszedł do stajni.