czwartek, 27 marca 2014

Rozdział 22 ♞

Po obu stronach stały dobrze zbudowane konie. Wszystkie były kare, kasztanowate albo gniade. Większość posiadała jakieś odmiany, które tylko dodawały im uroku. Podeszłam do najbliższego: karego ogiera Trakusa. Miał lśniącą sierść i krótko przyciętą grzywę. Patrzył na mnie zaciekawionym wzrokiem, a uszy skierował w moją stronę. Pogładziłam go po aksamitnym pysku. Czas jakby się zatrzymał. Słyszałam jedynie prychnięcia dobiegające z sąsiednich boksów.
-Idziemy dalej? -Z transu wyrwał mnie głos Rona. Odsunęłam się od ogiera i zaczęłam iść środkiem stajni. Boksy były całkiem duże i zadbane. Obok każdego z nich wystawał kołek, na którym powieszone było ogłowie lub kantar. Konie z zaciekawieniem wystawiały głowy, gdy koło nich przechodziłam. Podeszłam do karej klaczy pełnej krwi angielskiej. Na czole miała gwiazdkę. Przyjrzałam się jej dobrze; łudząco przypominała legendarną klacz wyścigową Ruffian. Poklepałam ją po szyi i wznowiłam zwiedzanie. Doszłam wreszcie do końca stajni i zawróciłam w stronę wyjścia.
-Jak ci się podobało? -Zapytał mężczyzna niższy ode mnie o głowę.
-Bardzo! -Odrzekłam zgodnie z prawdą.- Ma pan piękne konie. Nie wiedziałam, że to stajnia wyścigowa.
-Cieszę się. -Powiedział uradowany Ron- A jak się miewa Parys?
-Doskonale, biegamy dużo. On to kocha. Też się ścigał?
-Na początku tak, ale później przestał.
Właśnie w tym momencie, do stajni wszedł Philip.
-Dobra, Bob trenuje Bellę. Ellie, wracamy już?
-Nie, no coś ty! Chcę jeszcze trochę popatrzeć. -Philip odetchnął. Chyba nie chciał, żebym tu dłużej została. Nagle zaczęłam dostrzegać ogromne różnice między nim, a jego ojcem. Philip był wysoki, dobrze zbudowany, miał brązowe oczy i był brunetem. Zupełnie nie przypominał niskiego, zielonookiego szatyna, jakim był Ron. Wyszliśmy ze stajni i kierowaliśmy się w stronę wybiegu. Zaczęłam rozmawiać z Ronem na temat jego koni i wyścigów. I nagle poczułam, jak silny podmuch wiatru wytrąca mnie z równowagi.
-WOW -krzyknęłam jak nieokrzesane dziecko- co to było?!
-Ellie, słonko, to koń. Właśnie trwa trening.
Spojrzałam na Evansów z rumieńcem na twarzy. Poczułam się głupio, dlatego szybko odwróciłam się w stronę wybiegu. Dwa folbuty biegły z zawrotną prędkością. Ich długie nogi delikatnie dotykały ziemi, żeby po chwili znów znaleźć się w powietrzu. Otworzyłam usta ze zdumienia. Miałam wrażenie, jakby te dwa gniadosze poruszały się w zwolnionym tempie. Po chwili Philip zaczął mówić coś do Rona, a potem do mnie. Nie zrozumiałam ani słowa z tego, bo nie potrafiłam skupić się na niczym innym, jak na biegnących koniach.
-Ellie, chodź, odwiozę cię.
Posłusznie ruszyłam w stronę samochodu. Pożegnałam się z dżokejem i podziękowałam. Zapięłam pasy i czekałam, aż mój chłopak odpali silnik. Zapadła niezręczna cisza.
-Fajnie mieszkasz. -Powiedziałam.
-Dzięki. -Odpowiedział bez emocji.
-Te wasze konie są w ogóle świetne. A te dwa ogiery, które właśnie biegały - kosmos!
-Super.
-Philip?
-No?
-Ty nie chciałeś, żebym do ciebie przyjechała, prawda?
-Nie chciałem. -Powiedział z kamiennym wyrazem twarzy. Po chwili spojrzał na mnie i chyba zauważył, że poczułam się urażona, bo objął mnie ramieniem i pocałował w czoło.- Jezu, Ellie, kochanie -uwielbiam, gdy mówi do mnie "kochanie".- Słuchaj, to nie chodzi o ciebie.
-A o co? -Spytałam ze łzami w oczach, chociaż starałam się je powstrzymywać.
-No... tak naprawdę to o nic. Po prostu nie lubię zapraszać nikogo do siebie.
-Dlaczego? Przecież twój tata jest całkiem fajny, konie też. -Spojrzałam na niego.- Musi być jakiś powód.
-Nie ma. Przepraszam. Kocham cię. Jedziemy w końcu do domu?

Podróż nie trwała zbyt długo. Okazało się, że Philip mieszka jakieś dwadzieścia kilometrów ode mnie. Zaparkował na podwórku, poczekał aż wysiądę z samochodu i odjechał. Przez prawie całą drogę rozmawialiśmy o naszej przygodzie z koniokradami.
-Zastanawia mnie, czemu oni chcieli zwinąć Parysa. -Powiedział w pewnym momencie Philip.- Ani pochodzenia nie miał, ani umiejętności, to taka bezużyteczna szkapa.
Szturchnęłam go w ramię, potem on zrobił to samo i się roześmialiśmy.
Na podwórku stała zaparkowana ciężarówka do przewozu żywych zwierząt. Zobaczyłam w niej kilka krów. Co tu się dzieje?, pomyślałam. Tata sprzedaje bydło? Ale jak to...
-Mamo, o co chodzi?
-Tata sprzedaje krówki. Nie ma siły na zajmowanie się nimi, a ja nie będę tego robić.
Cała mama. Spojrzałam ostatni raz na te zwierzęta i weszłam do domu. Przeszłam przez korytarz, minęłam kuchnię i wbiegłam po schodach. Otworzyłam drzwi do swojego pokoju. Ściany były pomalowane na fioletowo, wszędzie wisiały plakaty z końmi, figurki i wszystko, co było możliwe. W rogu pokoju leżały buty do jazdy konnej, obok stało wielkie łóżko z wizerunkiem pięknego konia arabskiego na pościeli, a na szafce nocnej czerwony budzik. Zdjęłam w progu buty i rzuciłam się na łóżko. Chociaż mój pokój bardzo mi się podobał, postanowiłam go trochę przerobić. No bo w końcu która piętnastolatka ma na półkach kucyki My Little Pony?
Zaczęłam zdzierać wszystkie plakaty, uważając przy tym, żeby farba nie zeszła razem z taśmą. Po dwudziestu minutach nie było śladu po rzeczach dla dziesięcioletniej koniarki. Cieszyłam się ze swojej roboty, ale jednocześnie w pokoju zrobiło się pusto i ponuro. Musiałam wypełnić czymś te ściany, inaczej bym zwariowała! Wpadłam na pewien pomysł. Podeszłam do jednej z szuflad i zaczęłam w niej szperać. Nic nie ma. W następnej - to samo. Dopiero w trzeciej znalazłam to, co szukałam: pudełko z ramkami do zdjęć i rodzinny album. Otworzyłam na pierwszej stronie i wyjęłam z niej kilka ładnych zdjęć. Potem reszta albumu, aż we wszystkich ramkach pojawiły się fotografie. Postawiłam kilka z nich na półkach. Wyjrzałam przez okno, chcąc sprawdzić, czy ciężarówka nadal stała na podwórku. Nie stała. Zbiegłam więc na dół i odszukałam tatę.
-Przybijesz mi kilka gwoździ do ściany? -Spytałam.
-Eee, no pewnie. Tylko znajdę młotek.
Wróciłam do pokoju. Fioletowe ściany nadal wypełniała pustka. Po chwili usłyszałam kroki na schodach.
-Po co ci te gwoździe? -Spytał w progu tata.
-Chciałam powiesić kilka zdjęć na ścianie, nudno tu.
-OK, gdzie mam je przybić?
-Poczekaj, zaraz ci pokażę.
Tata był u mnie w pokoju jakieś pięć minut. Potem powiesiłam zdjęcia na ścianie i od razu zrobiło się weselej. Podobał mi się nowy wystrój tego miejsca.
Właśnie zachodziło słońce, a ja poczułam okropne zmęczenie. Poszłam do łazienki, która znajdowała się naprzeciw mojego pokoju. Zakluczyłam drzwi i przejrzałam się w lustrze. Wciąż miałam kawałki słomy we włosach. Ja nie rozumiem, jak to się działo, że one zawsze tam były? Przecież się w nich nie tarzałam! Rozpuściłam swoje brązowe włosy wciąż związane w kitka i je rozczesałam. Zmyłam tusz do rzęs, który nakładałam sobie codziennie rano, po czym wskoczyłam do wanny i szybko się umyłam. Ubrałam się w piżamę i położyłam do łóżka. Właśnie odpływałam do magicznej krainy snów, gdy sobie o czymś przypomniałam. Nie byłam dziś u Parysa. Cholera. Wybiegłam z pokoju, nałożyłam na siebie jakieś trampki i popędziłam przez podwórko prosto do stajni. Gdy do niej weszłam, usłyszałam chrupanie ogiera. Dobrze, że tata go nakarmił. Podeszłam bliżej i zobaczyłam pełne do połowy poidło.
-Smakuje sianko? -Powiedziałam, gładząc go delikatnie po pysku.- Przepraszam, że dziś tak mało się widzieliśmy. Nawet nie pamiętam, czy w ogóle u ciebie byłam. -Zaśmiałam się. Parys prychnął w odpowiedzi, jakby wszystko rozumiał i wrócił do posiłku.
-Kocham cię, mój aniołku. Dobranoc. -Pocałowałam go w czoło i wróciłam do domu.
To znaczy wróciłabym.
Zapomniałam, że mam drugiego konia. Albo raczej "mam". Minęłam boks Parysa i doszłam do stanowiska. Niespodzianka stała tam, powoli przeżuwając siano. Gdy do niej podeszłam, skierowała uszy w moją stronę i na chwilę przestała jeść czekając na to, co się wydarzy. Uniosłam rękę, a klacz bacznie obserwowała moje ruchy. Patrząc siwej prosto w oczy dotknęłam ręką jej boku. Pod moimi palcami skóra zadrżała. Przejechałam delikatnie po brzuchu i po grzbiecie. Wsadziłam rękę do kieszeni w poszukiwaniu jakichś smakołyków i znalazłam. Na otwartej dłoni podałam jej lekko ukruszoną kostkę cukru. Ledwie musnęła moją rękę wargami delikatnymi jak piórko. Ostatni raz na nią spojrzałam i odeszłam. Czułam, że Niespodzianka wciąż na mnie patrzy, a po chwili usłyszałam chrupanie. Minęłam Parysa i zamknęłam wielkie, ciężkie drzwi stajenne. Wróciłam do domu i w końcu po ciężkim dniu "pracy" poszłam spać. A sny miałam piękne.

środa, 26 marca 2014

Rozdział 21 ♞

Zsiadłam z Aladara i stępowałam go w ręku. Chodziliśmy tak w kółko przez około dziesięć minut, po czym stwierdziłam, że już wystarczy. Wyszliśmy z hali i wróciliśmy do stajni, do boksu ogiera na samym końcu. Zdjęłam siodło i ogłowie. Pocałowałam Aladara w czoło i zamknęłam boks. Przeszłam przez całą stajnię ze sprzętem, ponieważ siodlarnia znajdowała się przy wejściu. Odszukałam wieszaka z numerkiem mojego siodła. Jak zwykle ktoś pomylił wieszaki. Odwiesiłam sprzęt w inne miejsce i wyszłam ze stajni. Odszukałam wzrokiem Philipa. Dostrzegłam go przy maneżu, z podziwem patrzył na młodych jeźdźców. Podeszłam do niego.
-Hej -zagadnęłam.
-Hej. Już skończyłaś?
-Uhm -odparłam. Jeźdźcy skakali przez całkiem wysokie przeszkody, tak jak wcześniej. Jeździli naprawdę dobrze. Można im pozazdrościć.
-Spójrz na tą dziewczynę -wskazał palcem na chudą jak patyk Zoe- jest niezła.
-Taa, niezła... -Gdyby tylko wiedział, jak się zachowuje, dodałam w myślach. Wszystkie konie w tym samym momencie przeszły do stępa. Zoe spojrzała na mnie z kamiennym wyrazem twarzy. Jakbym jej coś zrobiła. A może była zazdrosna o Aladara? Albo o Philipa? Nie, to przecież absurd. To niemożliwe! Z zamyślenia wyrwał mnie słodki głos mojego chłopaka.
-Wybierzemy się na przejażdżkę?
-Ale teraz? -Spytałam. Byłam trochę obolała po skokach, ale koniec końców się zgodziłam. Przejażdżki z Philipem są zawsze niezwykłe.

Osiodłaliśmy nasze konie i wyruszyliśmy punktualnie o piętnastej. Postanowiliśmy udać się do lasu i nie odjeżdżać za daleko, ponieważ nie znaliśmy terenu. Jechaliśmy na gniadych ogierkach, miały po sześć lat. Mój miał na imię Nolan, od razu przypadł mi do gustu. Zachowywał się jak niesforny źrebak. Philip dosiadał Fogosa. Natura obdarowała go piękną łysiną. Był on bardzo spokojny. Nie wiem, dlaczego ja dosiadałam tego niegrzeczniejszego, skoro Philip jeździł ode mnie o niebo lepiej. Przestałam o tym myśleć, gdy Nolan zaczął serię bryknięć.
-Ej, przestań! Czemu skaczesz?
-Spokojnie Ellie, złap się grzywy. -Powiedział jak zawsze opanowany chłopak. Po krótkim czasie Nolan się uspokoił. A może chciał pobiegać? Skróciłam wodze, przytuliłam ogiera łydkami i przeszliśmy do kłusa. Chwilę później Philip i Fogos zrównali się z nami. Kłusowaliśmy przez kilka minut, po czym zwolniliśmy do stępa. Szliśmy obok siebie, pomiędzy ogromnymi drzewami. Nad nami latały ptaki, słyszeliśmy ich niezwykłe śpiewy. W lesie unosiły się piękne zapachy. Zobaczyłam przed nami łąkę, była bardzo duża. Rosło na niej dużo kwiatów. Chciałam na niej pocwałować. O tak, to wymarzone miejsce na pierwszy cwał. Tak mi się wydaję. Bez dłuższej chwili zastanowienia, popędziłam Nolana. Jeszcze jakiś czas temu nie potrafiłam dobrze kłusować, a teraz potrafię zagalopować ze stępa. Zrobiłam półsiad, po czym ponownie dodałam łydki. Nolan postawił uszy i zaczął cwałować. Po przebiegnięciu kilkudziesięciu metrów, obejrzałam się za siebie; Philip z Fogosem byli już daleko w tyle, wciąż próbowali zagalopować. Chyba ich zaskoczyłam. Ba, na pewno! Byliśmy już prawie na połowie łąki, zaczęłam ściągać wodze i zwalniać. W końcu się zatrzymaliśmy. Poczekałam na Philipa i dałam odsapnąć chwilkę Nolanowi, po czym znów ruszyliśmy galopem. Wjechaliśmy na górkę i znowu stanęliśmy.
-Piękny widok, co? -Zagadnął Philip. Przytaknęłam. Widzieliśmy całą stadninę; za lasem, z którego przyjechaliśmy była droga, a z obu jej stron rosły piękne wiśnie. Dalej stał nieduży dom należący do Grace, obok był parking, a po prawej ogromna hala. Z drugiej strony widziałam plac (na którym konie i jeźdźcy wyglądali jak pracujące mróweczki) oraz długą stajnię w kształcie litery T. Dalej była mała stodoła. A to wszystko było zewsząd otoczone łąkami, lasem i polami, na których leniwie pasły się konie. Cieszyłam się z tego, że znalazłam to miejsce.
-Wracamy?

Rozsiodłaliśmy konie i przetarliśmy je słomą, gdyż się spociły. Nolan i Fogos stali w sąsiednich boksach i chyba bardzo się lubili, bo gdy odeszliśmy, zaczęły się miziać po pyskach. Zabraliśmy cały sprzęt i poszliśmy do siodlarni. Odszukałam wzrokiem numer wieszaka, na którym powinno leżeć siodło Nolana i odwiesiłam je. Philip zrobił to samo ze swoim siodłem w momencie, gdy do pomieszczenia weszła Zoe.
-Hej -powiedział do niej- świetnie jeździsz!
-Dzięki -uśmiechnęła się do niego, ale nie tak normalnie, patrzyła na niego maślanymi oczami. Poczułam się zazdrosna. Idź już stąd, prosiłam w myślach. Nic z tego.
-O, cześć -do siodlarni weszła Nathalie. Spadła mi z nieba!- Ellie, dziękuję ci jeszcze raz za pomoc.
-Nie ma sprawy, do zobaczenia! -Pociągnęłam Philipa za sobą. Wyszliśmy ze stajni i szybkim krokiem wsiedliśmy do samochodu.
-Całkiem udany dzień, prawda?
-Jeszcze jak. -Odpowiedziałam. Zapięłam pasy i czekałam, aż Philip odpali silnik.
-Hej -szturchnął mnie w nogę- co jest?
-Nic.
-Jak to nic? Gapisz się w to okno, jakbyś chciała je rozwalić wzrokiem!
-No bo nie lubię tej Zoe!
-Aha. I to jest powód twojej złości?
Philip miał rację. Poczułam się głupio.
-W sumie... To tak. Słuchaj, ona dzisiaj tak patrzyła na mnie, jak jeździłam na Aladarze, normalnie, jakby mnie chciała z niego zrzucić!
Philip spojrzał na mnie swoimi pięknymi, brązowymi oczami.
-Nie przejmuj się. Wydaje się sympatyczna.
-Co? Zachowujesz się tak, jakbyś nie pamiętał, jak na mnie naskoczyła, wtedy w stajni. -Krzyknęłam.- Ona jest jakaś nienormalna! Rozpieszczona córeczka tatusia...
-Dobra, nieważne. Jedziemy do domu?
Ruszyliśmy. Nareszcie. Wyjechaliśmy z parkingu i ruszyliśmy tą piękną, wiśniową drogą. W samochodzie panował gorąc, dlatego otworzyłam na oścież swoje okno. Doszły mnie piękne zapachy z zewnątrz. Uwielbiam lato. Zaczęłam się zastanawiać, gdzie Philip jeździ. W końcu jest w tym bardzo dobry. Jego tata miał Parysa, ale to nie jest jego jedyny koń. Przecież mój chłopak przyjeżdżał do mnie z jakąś gniadą klaczą. To znaczyło, że tata Philipa miał stajnię. Czyli mieszkali na wsi, ale gdzie? Nie mogło to być daleko, bo inaczej Philip nie przyjeżdżał by do mnie codziennie. Musiałam się tego dowiedzieć.
-Twój tata ma stajnię? -Odpaliłam.
-Ma, a co?
-Nigdy nic nie mówiłeś. Zabierzesz mnie tam kiedyś?
-Jasne, kiedy tylko chcesz. -Mówił bez emocji. Dziwne.
-To ja chcę teraz. -Odpowiedziałam szybko.
-Teraz? Teraz nie bardzo mogę, ja...
-Ale co ty masz do roboty, Philip? -Przerwałam mu.- Oj no proszę, teraz jest dobry moment.
-No OK.
Zgodził się. Jupi! Wreszcie zobaczę, jak ten przystojniak mieszka!

Skręciliśmy w długą drogę prowadzącą do gospodarstwa Evansów. Właśnie tak Philip miał na nazwisko - Evans. Kiedyś zapisałam w zeszycie całą stronę naszymi nazwiskami: Ellie Evans. Ellie i Philip Evansowie. Całkiem fajnie. Przestałam o tym myśleć, gdy zaparkowaliśmy przed dużą stajnią.
Widok karuzeli, kolejnych dwóch stajni i wybiegu treningowego wywarł na mnie ogromne wrażenie. Wysiadłam z auta i otworzyłam usta z podziwu.
-No, jesteśmy. Podoba ci się? -Spytał Philip.
-WOW, nawet bardzo! -Odpowiedziałam.- O, czy to nie twój tata?
Ze stajni wyszedł niski mężczyzna, miał kolorowy kask i prowadził smukłego ogiera z malutkim siodłem na grzbiecie. Zaczęłam myśleć, że to stajnia wyścigowa. Bez chwili namysłu podeszłam do Rona Evansa.
-Dzień dobry! -Przywitałam się.- Pamięta mnie pan?
-Ellie, cześć -powiedział z uśmiechem.- jakbym cię mógł zapomnieć, skoro Philip ciągle mi o tobie opowiada? -Zaśmiał się. Ukradkiem spojrzałam na Philipa, który starał się ukryć zażenowanie. Ja uważałam to za słodkie.
-Czy to jest stajnia wyścigowa? -Spytałam zaciekawiona.
-Tak, Philip ci nie mówił?
-Nie, on dość mało o sobie opowiada.
-Aha, no cóż. Chcesz zobaczyć konie?
-Ja? No pewnie! -Odpowiedziałam podekscytowana.
-Philip, weź Bellę na wybieg, niech Bob na nią wsiądzie.
Ron przekazał wodze chłopakowi, a ze mną wszedł do stajni.

środa, 12 marca 2014

Rozdział 20 ♞

Słucham? -Spytał Philip. Billy stał przed nami, z nienawiścią w oczach.
-Kim ty jesteś, co?
-Ej, a co ty tu w ogóle robisz? -Powiedziałam zdezorientowana. W końcu nie znałam tego gościa!
-Ja -zająknął się- ja przyjechałem do Ellie.
-Co? -Philip spojrzał mi prosto w oczy. A ja sama nie wiedziałam, o co chodzi.
-Dobra, nie wiem, kim jesteś, ani co tu robisz, ale idź już sobie.
I w tym momencie z domu wyszedł Tom Sampson.
-Nie dostaniecie mojego konia. -Krzyczał.- Nie ujdzie wam to płazem, w sądzie czy nie, odzyskam Papugę! Billy, do samochodu!
Stary Sampson zachowywał się jak opętany. Przytuliłam się do Philipa i spojrzałam na tatę, który stał u progu drzwi. Wyglądał na przerażonego. Wystraszyłam się, że Sampsonowie odzyskają Niespodziankę, to znaczy Papugę. Tom odpalił silnik i w końcu odjechał. Gdy przejeżdżał koło mnie i Philipa, zauważyłam, że pokazuje nam środkowy palec. Palant. A Billy, siedzący z tyłu auta, wysłał mi buziaka. Obrzydlistwo!
-Czyli ten mały to syn tego Sampsona? -Przytaknęłam. Złapałam Philipa za rękę i poprowadziłam do domu.
***
Jechaliśmy dobrze już znaną nam drogą do Wiśniowej Doliny. Patrzyłam jak zwykle na pola i otaczające nas lasy. Za każdym razem, gdy tamtędy jechałam, byłam pod jeszcze większym wrażeniem. Oprzytomniałam dopiero, gdy zaparkowaliśmy na parkingu za domem. Wysiadłam z samochodu, ale zamiast pójść czym prędzej do stajni, patrzyłam, jak grupka młodych koniarzy jeździ na maneżu. Skakali bardzo wysoko.
-Jak tu pięknie. -Powiedziałam, gdy Philip stanął za mną i objął mnie w pasie.
-Idealne miejsce na długie tereny. -Przytaknęłam. Zaczęłam iść w stronę stajni. W jednym boksie zauważyłam dziewczynę. Była chyba w moim wieku. Chyba niezbyt sobie radziła z ogromnym ogierem.
-Pomóc ci? -Spytałam.
-Jeśli możesz.
Weszłam do boksu gniadosza. Wzięłam ogłowie nałożyłam je na konia.
-Długo jeździsz? -Zagadnęłam.
-Siedem lat.
-To całkiem sporo.
-Mhm. Ale jak widzisz wciąż mam problemy z siodłaniem. -Powiedziała przygnębiona. Była trochę niższa ode mnie, miała długie blond włosy i piękne, niebieskie oczy.
-To nic. A tak w ogóle to jestem Ellie. -Uśmiechnęłam się do niej i podałam jej dłoń.
-A ja Nathalie. Jestem ze Szwecji.
-O, naprawdę? To fajnie. Mieszkasz w Australii?
-Tak, kilka kilometrów stąd. Uwielbiam to miejsce! -Powiedziała podekscytowana. Zgodziłam się z nią. Trudno byłoby tego nie zrobić.
-O, proszę. -Powiedziałam, gdy skończyłam siodłać ogiera.- Ja już muszę iść do swojego konia. Cześć.
-Cześć -odpowiedziała- Ellie na co wsiadasz?
-Na Aladara -uśmiechnęłam się do niej i odeszłam. Widziałam, jak otwiera usta ze zdziwienia. Ja też nie przypuszczałam nigdy, że wsiądę na takiego konia. A tym bardziej, że skradnie mi on serce. Minęłam wszystkie gniade konie i doszłam do tego jedynego.
-Aladar -szepnęłam, podnosząc rękę. Pogładziłam go po czole i dałam cukierka. Po chwili przyszedł Philip z siodłem.- Będziesz mi teraz za każdym razem przynosił sprzęt? -Zaśmiałam się.- Dzięki.
Weszłam do boksu Aladara i zaczęłam go czyścić. Był wyluzowany. Po kilku minutach zabrałam się za siodłanie. Najpierw ogłowie, później czaprak i siodło. Zapięłam popręg po czym wyprowadziłam Aladara z boksu i wyszłam z nim ze stajni. Zobaczyłam Nathalie wsiadającą na swojego konia. Nie miała stołka, więc próbowała wejść na ogiera z ziemi. Zabawnie to wyglądało, ale nie miałam czasu na oglądanie mojej nowej koleżanki. Ruszyłam dalej w stronę hali. Wsiadłam na Aladara i zaczęłam rozgrzewkę. Kilka kółek w stępie i króciutki kłusik. Dużo myślałam w tamtym momencie, głównie o koniach. Układałam w głowie wszystkie fakty, po kolei. Gdyby rodzice nie kupili mi Parysa, nie poznałabym Philipa. Gdybym nie spadła z niego podczas skoków, pewnie nie znalazłabym Wiśniowej Doliny i tym samym nie ujarzmiła Aladara ani nie poznała Nathalie. A gdyby on mi nie zwiał wtedy w lesie, nie znalazłabym Niespodzianki... To Parys tak na prawdę zmienia moje życie. W takich momentach kocham go jeszcze mocniej.
-Ellie, skoczysz tą kopertę? -Głos Grace przywołał mnie do porządku i tym samym przypomniał, po co przyjechałam do Wiśniowej Doliny.
-Już skaczę. -Nakierowałam Aladara na przeszkodę. Odbił się tuż przed nią.- Ellie, nie zrobiłaś półsiadu! -Powiedziała podchodząc do mnie.- Mało brakowało, a byś spadła. Pamiętaj, gdy koń się odbija - półsiad, oddajesz wodze i masz piękny skok!
-Dobrze, już rozumiem. -Skoczyłam jeszcze kilka razy. Gdy Aladar odbił się po raz ostatni, spojrzałam przez otwarte drzwi od hali. Stała przed nimi Zoe, a obok niej izabelowaty kuc. Patrzyła na mnie z zazdrością. Gdy już wylądowaliśmy na ziemi, a ja wyjrzałam przez drzwi po raz kolejny, dziewczyny tam nie było. Zdążyłam zauważyć znikający za ścianą ogon.






***
Skończyłam 20 rozdział! W związku z tym chciałam napisać dla Was podziękowania. :D
A więc tak (wiem, że zdań nie zaczyna się od 'a więc' ale nie wiem jak inaczej zacząć, więc jest tak) chciałam Wam podziękować za ponad tysiąc wejść, nie sądziłam nawet, że dojdziemy do 100, a tu proszę! Jestem jeszcze szczęśliwsza, gdy widzę nowy komentarz pod rozdziałem, jesteście takim moim motorkiem:))  Jak mam się Wam odwdzięczyć? <3 
Słuchajcie, mam prośbę:) Jeśli zobaczycie jakieś błędy, czy cokolwiek, nieporozumienia, to piszcie w komentarzach lub na email (dobreo20@gmail.com) albo jak macie pytania to też wyślijcie mi je na email. ;)
Dziękuję, że tu jesteście, że mnie wspieracie, że komentujecie i wchodzicie... Powiem Wam tylko, że jeżeli będziecie zainteresowani, będzie więcej komentarzy, to może napiszę też drugą część ;) To będzie The Way: Szansa na lepsze jutro. Co Wy na to? :D Tylko od Was zależy, czy napiszę drugą część. :D 

Dziękuję, idę pisać 21 rozdział. ^^

PS. Jeśli serio podoba Wam się moje opowiadanie, udostępniajcie, komentujcie, dajcie okejkę i czytajcie!^^

poniedziałek, 10 marca 2014

Rozdział 19 ♞

Wstałam jak zwykle z samego rana. Nałożyłam na siebie spodnie, które wieczorem zostawiłam na oparciu krzesła. Gdy się przeciągałam, poczułam głód. Zbiegłam po schodach i od razu udałam się do kuchni. Wyjęłam bułkę z chlebaka, a potem posmarowałam ją dżemem truskawkowym mojej babci. Zjadłam ją szybko, po czym założyłam kalosze i ruszyłam prosto w stronę stajni. Rozsunęłam ogromne drzwi. Poczułam słodki zapach siana. Szłam w stronę jedynego boksu. Wcześniej nie zauważyłam w nim ogiera, pewnie leżał. Ale gdy podeszłam bliżej, zorientowałam się, że to nie Parys, a Niespodzianka. Ucięła sobie drzemkę. Chwyciłam kantar wiszący obok i wpełzłam do boksu. Zaczęłam mówić spokojnym tonem czekając, aż klacz się obudzi. Po chwili zaczęła się podnosić. Założyłam kantar na jej piękny siwy łeb i wyprowadziłam ze stajni. Prowadziłam Niespodziankę w stronę bramy, jednocześnie zastanawiając się, na jakie pole mam ją wypuścić. Na tym po prawej są krowy, a przed nami Parys. Wypuszczę ją na to po lewej. Rozsunęłam bramę i przeprowadziłam przez nią siwą. Gdy tylko poczuła, że już jej nie trzymam, zaczęła galopować i brykać. Podbiegła do ogrodzenia, przy którym już stał Parys. Zaczęli trącać się nosami. Wyglądali razem przeuroczo! Patrzyłam na nich i zastanawiałam się, ile lat ma ta kobyłka. Wygląda na siedem. Z tyłu usłyszałam szczekanie psów. Odwróciłam się i zobaczyłam białe auto wjeżdżające na nasze podwórko. Zupełnie nie wiedziałam o co chodzi. Po chwilo jednak wysiadł z niego Sampson.
-Witaj! -Krzyknął do mnie. Ujrzałam jego szczerbaty uśmiech- Gdzie Adam?
Do czego mu jest potrzebny mój tata?
-W domu. Ma pan do niego jakąś sprawę? -Odpowiedziałam zgryźliwie. Jednak nie usłyszał chyba końcówki zdania, bo już szedł w kierunku mojego domu. Patrzyłam na niego z obrzydzeniem.
-Cześć! -Usłyszałam jakby koło ucha- Jestem Billy, a ty?
Kurczę, skąd on się wziął?! Metr trzydzieści (w pasie zapewne więcej), pryszcze w każdym zakątku twarzy, tłuste włosy, okularki w jakieś żółwie no i aparat na zęby. Oczywiście nie miałam nic przeciwko temu ostatniemu. Ale na jego żółtych zębach wyglądał okropnie. Patrzyłam na niego ze zdziwieniem. Już miałam zamiar się ulotnić, gdy usłyszałam kolejny samochód.
-Philip! -Krzyknęłam i odepchnęłam Billa, po czym popędziłam do mojego chłopaka.
-Ellie, kochanie.
Tym razem się nie pocałowaliśmy, ale za to naprawdę mocno przytuliliśmy. Było mi cieplutko. Jednak ta chwila rozkoszy się skończyła, kiedy podszedł do nas Billy.
-Ej! -Spojrzeliśmy oboje na niego- Kim ty jesteś, co?! -Zwrócił się do Philipa. Byłam równie zdziwiona, co on.