sobota, 20 lipca 2013

Rozdział 6 ♞

Philip prędko wrócił do pojazdu i wjechaliśmy na podwórko. Dziwnie się czułam, gdy on wszystko robił, a ja tylko siedziałam w kabinie i patrzyłam. Czułam się taka bezużyteczna. Wychodząc z wozu jeszcze raz spojrzałam na ganek. Nie widziałam tam już mamy. Razem z Philipem wyprowadziliśmy Parysa z przyczepy. Gdy tylko usłyszałam jego wesołe rżenie pocieszyłam się. Tutaj już nic mu nie groziło. Taką miałam nadzieję. Zaprowadziłam go do swojego boksu. Chciałam wyczyścić ogiera, ale ciężko mi było to zrobić lewą ręką. Poprosiłam więc o pomoc Philipa. Szybko uwinęliśmy się z pracą.
-Pójdę do pokoju. -Powiedziałam. -Dziękuję za pomoc, Philip.
Odłożyłam zgrzebło i zaczęłam iść do pokoju. Philip szedł za mną. Dziwne to było. W końcu weszliśmy do pomieszczenia. Próbowałam zdjąć sweter, jednak było mi ciężko wyciągnąć z niego gips.
-Czekaj, pomogę ci. -Powiedział troskliwym głosem i zdjął ze mnie sweter. Uśmiechnęłam się do niego, a on spojrzał na mnie czule. Czułam się nieswojo. Zaczął przybliżać do mnie swoje usta, bardzo powoli. Nagle do pokoju weszła mama. Na szczęście nic nie widziała, bo nic się jeszcze nie stało.
-Kochanie, eee, Ellie z tatą jedziemy do Rona. Philip, możesz posiedzieć z Ellie do naszego powrotu? Pomożesz jej, OK?
-Tak, oczywiście.
Mama wyszła. Oboje z tatą wsiedli do zaparkowanego samochodu i odjechali. Patrzyliśmy jeszcze chwilkę za nimi. Chłopak znowu zaczął patrzeć na mnie swoimi pięknymi brązowymi oczami. Obejmował mnie głębokim spojrzeniem, potem objął w pasie. Rękoma, nie wzrokiem. Patrzyłam na niego, a on znowu zbliżał do mnie swoje usta. Wydawało mi się, że zaraz zemdleję. Nie wiedziałam co się dzieje. Znowu się całowaliśmy. Po raz drugi. Tym razem nie byliśmy w szpitalu i nie bolała mnie głowa. Tulił mnie do siebie i całował. Nigdy czegoś takiego nie przeżyłam. Nie pragnęłam nic innego jak tylko pozostać w opiekuńczym uścisku i być dotykana delikatnymi ustami. Minęła chwila, Philip się odsunął. Złapał mnie za rękę i wyprowadził z domu. Ciągnął mnie za sobą. Nie rozumiałam, o co mu chodzi, gdzie mnie prowadzi? Doszliśmy do łąki.
Na niskim wzniesieniu leżał kocyk. Philip delikatnie trzymał mnie za rękę i powoli prowadził. Szedł przede mną i cały czas się uśmiechał. Podeszliśmy do kocyka i na nim usiedliśmy.

Siedzieliśmy przytuleni do siebie chyba 30 minut. Patrzyliśmy na Parysa pasącego się kilkadziesiąt metrów przed nami. Milczeliśmy. Nie wiem, o czym myślał Philip, ale ja pragnęłam tylko, żeby coś się wydarzyło. Było bardzo przyjemnie, lecz robiło się już nudno.
-Wiesz, co jest dziwne? - zagadnęłam.
-Nie. Co masz na myśli?
-Chodzi mi o to, że w filmach ludzie zawsze wszystko przeciągają. Nikt nie powie ci wprost, że cię kocha. A potem robi się z tego kaszanka.
-Rzeczywiście, to zaczyna być nudne.
Ciepły dreszcz przeszedł przez moje ciało.
-Nie lubię tego przeciągania i kłamstw, żeby tylko coś odwlec. Kocham cię... - wyszeptałam.
Mimo, że powiedziałam to bardzo cicho, Philip najwyraźniej usłyszał. Odwrócił twarz w moją stronę, dzięki czemu mogłam podziwiać jego delikatne rysy twarzy.
-Ja też cię kocham.

piątek, 19 lipca 2013

Rozdział 5 ♞

Czekałam jedną, okropnie długą chwilę. Mama w końcu postanowiła mi wyjaśnić.
-Eh, Parys, jest u weterynarza. -powiedziała nie patrząc mi w oczy. -Zawieźliśmy go dziś przed twoim powrotem.
-Co? Ale coś mu się stało? -wypytywałam. -Przecież ja z niego spadłam. Nie rozumiem. Zsunęłam się z niego i spadłam, a on chyba dalej biegł, o co chodzi mamo?!
-Nie, Parysowi się nic nie stało. Zawieźliśmy go do weterynarza, żeby go uśpił.
Te słowa były jak najpotężniejszy cios. Nie dowierzałam. Rodzice chcieli uśpić Parysa?! Ale za co?
-Co proszę? Chcecie go uśpić? Ale co on zrobił?
-Skarbie, on jest nieprzewidywalny! Zrzucił cię z grzbietu, kto wie, co jeszcze mógłby zrobić?
-Skąd wzięłaś ten pomysł, że on mnie zrzucił? Podskoczyłam na nim i obiłam piętami o jego boki, więc zaczął galopować! Jest dobrze nauczony. To wy jesteście nieprzewidywalni! -wykrzyczałam to mamie prosto w twarz i wybiegłam z domu. Wyszłam na drogę i szybko zadzwoniłam do Philipa. Nie wiem nawet skąd miałam jego numer. Nie musiałam długo czekać, aż odbierze.
-Philip? Proszę, przyjedź po mnie! Idę w stronę weterynarza, szybko! Oni chcą uśpić Parysa! -powiedziałam łamiącym głosem.
-Dobrze, zaraz cię znajdę.
Zaczęłam biec. Chciałam jak najszybciej dotrzeć do weterynarza. Nie mogłam dopuścić do tego, aby zabili mojego konia! Tylko on się dla mnie liczył... Jest dla mnie najważniejszy, nie chcę wracać do przeszłości bez żadnego przyjaciela! Ale rodzice chyba tego nie rozumieją. Przez łzy w oczach dostrzegłam samochód Philipa. Przyspieszyłam i wsiadłam czym prędzej do wozu. Chłopak szybko przycisnął pedał gazu, ledwo zdążyłam zamknąć drzwi. Jechał z bardzo dużą prędkością. Po chwili zatrzymał się pod budynkiem weterynaryjnym. Wypadłam z kabiny i popędziłam do gabinetu. Wbiegłam do niego i ujrzałam mojego konia i stojącego mężczyznę z pistoletem weterynaryjnym.
-Nie! -krzyknęłam. W samą porę, bo mężczyzna już przykładał pistolet do czoła ogiera.
-Przepraszam, kim pani jest? -spytał.
-Parys to mój koń i nie zgadzam się na jego uśpienie!
-Ale jak to, przecież właściciel wyraził zgodę. -weterynarz odłożył narzędzie i zajrzał do papierów. -Pan Adam Carter podpisał wszelkie papiery i oddał konia do uśpienia.
-A ja jestem Ellie Carter jego córka, a Parys jest prawnie moim koniem. I to ja jestem jego właścicielką, a nie mój tata. Zabieram konia ze sobą! -obok na stole leżał kantar, więc założyłam go na ogiera i wyprowadziłam z gabinetu. Philip już czekał z otwartymi drzwiami w przyczepie. Gdy pojawiłam się przed budynkiem z koniem, brązowooki szeroko się uśmiechnął. Podeszłam do niego i uścisnęłam, a konia wprowadziliśmy razem do przyczepy.
-Wiedziałem, że ci się uda, Ellie! Jestem z ciebie taki dumny. -Powiedział. Ja też byłam z siebie dumna. Oboje weszliśmy do kabiny i pojechaliśmy do domu. Chłopak poszedł otworzyć bramę, a ja siedząc w samochodzie ujrzałam mamę na ganku. Niedobrze mi się zrobiło na jej widok. Po chwili Philip wrócił i wjechaliśmy na podwórko.

czwartek, 18 lipca 2013

Rozdział 4 ♞

Otworzyłam oczy. Tam, gdzie się znajdowałam było bardzo cicho. Przez ostre światło zaczęła boleć mnie głowa, więc ją odwróciłam w prawą stronę. Stała tam metalowa szafeczka, na niej butelka wody i jabłko, kawałek dalej białe drzwi a nad nimi krzyż. Obejrzałam się w drugą stronę. Ujrzałam Philipa śpiącego obok mnie na krześle.
-Philip -powiedziałam cichym głosem. -Philip - wciąż spał. Szturchnęłam go najmocniej jak mogłam ręką w żebra. Najwidoczniej podziałało. - Philip, co się dzieję? Czy ja jestem w szpitalu?
-Tak -powiedział i uśmiechnął się. Złapał mnie za rękę. -Tak, tak, spokojnie miałaś wypadek. Lekarze powiedzieli, że byłaś w stanie śmierci klinicznej. To cud, że się obudziłaś, Ellie! Bardzo się cieszę. Przeze mnie... -urwał. Widocznie nie potrafił wypowiedzieć jakiegoś zdania. -Mogłaś umrzeć. 
Widziałam, że żałował namówienia mnie na galop. Ja jednak nie. 
-Śmierć kliniczna? Nic się nie stało, galop był cudowny! Przynajmniej mam jakieś wspomnienia. -zaśmiałam się. Mój głos był lekko ochrypnięty i cichutki. Zaczęło mnie zastanawiać, gdzie moja rodzina! W końcu spadłam z konia, więc nie wierzę, że mogli by nie wiedzieć co się stało. To pytanie było bardzo nurtujące.
-Ej, a gdzie moi rodzice? Ty jesteś, ale najbliższych nie ma... 
-A więc ja nie jestem twoim najbliższym? -powiedział to zdanie tak uroczo i mnie.... pocałował. Delikatnie w usta. Odwzajemniłam pocałunek. Pierwszy w moim życiu, był tak cudowny jak ten galop. Nie byłam w stanie się oderwać. Być może dlatego, że Philip przyciskał mnie lekko do poduszki, albo dlatego, że było to niezwykłe uczucie. Nie wiem ile dokładnie się całowaliśmy, chyba dosyć długo. W końcu chłopak przestał. Usiadł na krześle z głupią miną.
-Przepraszam Ellie.... Nie wiem, co we mnie wstąpiło. Głupio mi. -jego przeprosimy także były urocze. Od razu pojawił mi się uśmiech na ustach. 
-Spokojnie, to było bardzo przyjemne. -zaśmiałam się, Philip też. Zasnęłam. Byłam bardzo zmęczona. 
Gdy się zbudziłam było bardzo jasno na dworze, ostrego światła już nie było, tak samo jak wody i jabłka na szafce. Także w pokoju byłam tylko ja. Philip gdzieś poszedł, posmutniałam. Nagle do pokoju weszła mama. 
-Córeczko, jak się czujesz, nic cię nie boli? -zalała mnie wiadrem pytań. -Jesteś głodna? Zabrałam tą wodę i twoje jabłuszko, może je teraz zjesz słoneczko?
Na wszystkie jej pytania odpowiadałam kręcąc głową. Nie zauważyłam, że obok mamy stanęła pielęgniarka.
-Ellie, potwierdziliśmy wyniki badań i tak, jak się spodziewaliśmy nic ci nie jest. -powiedziała zakończając uśmiechem. -Miałaś wstrząśnienie mózgu, ponieważ jak zeznał twój przyjaciel, uderzyłaś mocno głową w ogrodzenie spadając z konia. A przy upadku złamałaś rękę. 
Spojrzałam na ręce, rzeczywiście, prawa była w gipsie. 
Podziękowałam pielęgniarce. Pozwoliła mi wyjść ze szpitala. Ale wciąż pozostawało pytanie, gdzie jest Philip? Wróciłam z mamą do domu. Zaniosła ona moje rzeczy do pokoju. Pomogła mi się przebrać w luźne rzeczy. Powoli poszłam do stajni. W boksie nie było Parysa. Postanowiłam się przejść na łąkę. Było tam tylko bydło. Poczułam ból w głowie i poszłam do domu najszybciej, jak to było możliwe. Ból narastał, a ja nie wiedziałam co jest z Parysem, no i z Philipem. Godzinę leżałam w łóżku i trzymałam się za głowę. Ból minął. Poszłam do pokoju, w którym siedziała mama. 
-Mamo, co z Philipem, gdzie on jest? -spytałam.
-Kochanie, on jest na pewno u siebie w domu. Zresztą, skąd mam wiedzieć? -powiedziała typowo słodkim głosem. 
-A Parys?
Mama się nie odzywała. Zajęła się z powrotem czytaniem gazety i piciem kawy. Spytałam jeszcze raz, tylko bardziej stanowczo, jakbym to ja była mamą i pytała się, czemu w poduszkach jest bita śmietana.
-Mamo! Gdzie jest Parys? 

środa, 17 lipca 2013

Rozdział 3 ♞

Noc minęła bardzo szybko. Miałam piękne sny związane z Parysem. Śniło mi się, jak galopowaliśmy na oklep po łąkach, on taki piękny i wolny, ja z rozpuszczonymi włosami, bez toczka i w samej, powiewającej na wietrze sukience (nie miałam na sobie żadnych butów, niczego!). Ale to był tylko sen. Bardzo piękny. Obudziło mnie szczekanie mojego psa, Saby. Moje okno wychodziło na podwórko, więc szczekanie było u mnie dosyć głośne, w dodatku miałam otwarte okno. Spojrzałam na zegarek - 6.30. Pomyślałam, że zabiję tego psa. Pomyślałam też, że to dobry czas na zajęcie się koniem. Szybko się ubrałam i poszłam po cichu do stajni. Kiedy otwierałam drzwi, Parys prychnął i skierował łeb w moją stronę. Gdy mnie zobaczył zarżał. Podchodząc do boksu próbowałam go rozpracować. Znamy się prawie dobę, a on się zachowuje jakbym miała go od urodzenia! Dziwiło mnie to, ale jednocześnie cieszyło. Weszłam do boksu i zaczęłam go czyścić. Sprawiało mi to wiele radości. Moja ręka przesuwała się powoli po muskularnym ciele ogiera. Ta czynność zajęła mi półtorej godziny. Później rozplotłam koniowi koreczki. Dochodziła godzina 8. Ponieważ doszło nowe zwierzę do gospodarstwa i było ono moje, poranne czynności mnie omijały, więc mogłam spokojnie zająć się koniem. Słyszałam zresztą, jak mój tata chodzi po domu. Przypięłam Parysowi lonże do kantara i wyszłam z nim na podwórko. Nagle ogier się zatrzymał i skierował uszy w stronę drogi. Zaczął nasłuchiwać, a ja nie wiedziałam o co mu chodzi. W końcu i ja coś usłyszałam. Dźwięk był coraz głośniejszy, a Parys zaczął się wyrywać. Przed naszą bramą stanęła ta sama przyczepa, którą wczoraj odjechał Ron. Przypomniałam sobie, że wspominał coś o swoim synu. Miał przyjechać. Nie mogłam utrzymać Parysa, wyrwał mi się i popędził do wozu. Pobiegłam za nim i otworzyłam bramę. Chłopak wjechał na podwórko. Spodziewałam się jakiegoś dorosłego mężczyzny z wąsami i lekką łysiną, źle się spodziewałam. Z kabiny wysiadł młody chłopak z brązowymi oczami. Był to przystojny i wysoki brunet. Podszedł do mnie i uśmiechnął się. Byłam nim oczarowana.
-Cześć. -powiedział przystojniak.- Jestem Philip, Parys był koniem mojego ojca.
-Tak, tak wiem.-odwzajemniłam uśmiech.- Widać, że Parys cię zna. Prawie mi rękę urwał, gdy zobaczył przyczepę!
-Ojejku, ale nic ci się nie stało? -powiedział z troską, chociaż widziałam uśmiech rysujący mu się na twarzy.
Dobra, pierwsze lody przełamane.
-Wiesz, właśnie miałam zaprowadzić Parysa na łąkę, pójdziesz ze mną? -spytałam.
-No pewnie! -na szczęście się zgodził.
Łąka była bardzo blisko, więc szliśmy krótko.
-A tak w ogóle, to jak ty się nazywasz, co? -spytał. No tak, przecież nie powiedziałam mu jak się nazywam!
-Ellie -zrobiłam głupią minę wypowiadając moje imię, ale na szczęście Philip nie widział. -Ile masz lat, Philip?
-Siedemnaście. -był taki dumny wypowiadając tę liczbę. -A ty?
-Piętnaście... -ja za to powiedziałam to jakimś smutnym tonem.
Doszliśmy do łąki. Odsunęłam bramę i wpuściłam tam konia. Parys od razu zaczął brykać. Wróciliśmy z Philipem do wozu.
-A właśnie, miałeś mi coś dać dla konia? -spytałam zaciekawiona.
-Ah, no tak. -sięgnął do kabiny. -Tutaj masz owies dla Parysa, jego czaprak, owijki, lekarstwa i prezent dla ciebie od taty.
-Dla mnie? -bardzo się zdziwiłam. Nie znałam praktycznie Rona, a on mi dawał jakieś prezenty!
-Tak, dla ciebie. To sztyblety, twój rozmiar, to znaczy mam nadzieję, że twój. -wręczył mi piękne brązowe buty. Bardzo się ucieszyłam z tego podarunku. Nie spodziewałam się tego, a jazda w czymś innym niż w jakiś starych gumowcach musi być przyjemniejsza.
-Ja już pojadę. -powiedział chłopak.
-Co? Nie! Poczekaj, Philip! -zatrzymałam go. Na szczęście.-Ale, gdzie ci się tak spieszy, co? Może wejdziesz, chwilkę pogadamy, popijemy herbatkę... -w tym momencie pacnęłam się ręką w czoło. Popijemy herbatkę? Co ja wyprawiałam... Ale szybko o tym zapomniałam, bo usłyszałam głośne rżenie konia. Spojrzałam na łąkę, ale to na pewno nie był Parys, bo brzmiał znacznie inaczej i właśnie w skupieniu gapił się na krowy na sąsiednim polu. Spojrzałam na Philipa. Serce mocniej mi biło ze strachu.
-Eee, właściwie Ellie, to ja miałem troszkę inne plany... -zastanawiałam się, o co mu chodzi- Bo widzisz, ja mam tutaj takiego mojego przyjaciela.
Chłopak podszedł do tylnych drzwi przyczepy i wyprowadził stamtąd piękną gniadą klacz. To była wspaniała klacz. Miała końcówkę ogona białego, nigdy jeszcze nie widziałam czegoś takiego u konia. Philip podprowadził ją do mnie.
-Ja wziąłem ją ze sobą z nadzieją, że wybierzemy się na przejażdżkę. Co ty na to? -klacz była już osiodłana. Nie rozumiem, co oni mieli z tymi osiodłanymi końmi w przyczepie! Ale zgodziłam się. Koniec końców, Philip wydawał się fajny, więc co mi było szkoda? Pobiegłam na łąkę po Parysa a potem do stajni, żeby go osiodłać. Tuż przed wejściem Philip zatrzymał mnie.
-Ellie, poczekaj. Nie chciałem koni z rana obciążać, więc pojedźmy na oklep!
-Ale ja nie umiem! Potrafię jedynie kłusować! -pomimo tego nie umiałam mu odmówić. Chłopak pomógł mi wsiąść na konia a potem sam wsiadł na swojego. Szedł pierwszy. Nie wiem czemu, w końcu to moje gospodarstwo i ja znałam je lepiej! Ale nie chciałam się spierać. Wjechaliśmy na łąkę, na której minutę temu pasł się Parys. Philip przyspieszył do kłusa. Powtórzyłam to za nim. Zauważyłam, że chłopak zwalnia i wkrótce kłusowaliśmy obok siebie. Ten pierwszy raz na oklep był cudowny! Grzbiet Parysa był wygodny i ogrzewał moje zimne nogi. Ta jazda, była jak dotąd najlepszą jaką kiedykolwiek przeżyłam! W pewnym momencie podskoczyłam na ogierze i nie chcący kopnęłam go piętami. On najwyraźniej zrozumiał to jako znak, żeby przyspieszył. Nie wróżyło to nic dobrego. Zaczęłam panikować, trzymałam się mocno grzywy, ale w pewnym momencie zaczęłam się zsuwać... Philip to zauważył i coś do mnie krzyknął.
-Ellie! -tylko to usłyszałam... Potem było ciemno.

wtorek, 16 lipca 2013

Rozdział 2 ♞

Koń szedł płynnym krokiem, czułam motylki w brzuchu, zresztą jak na każdej jeździe. Nagle zatrzymałam karego i spuściłam głowę. Spojrzałam na moje ręce, które trzymały wodze. Zacisnęłam na nich mocniej dłonie. Wypuściłam z siebie wstrzymywane powietrze i zsunęłam się z siodła. Wydawało mi się, że wszyscy na mnie patrzą. Stanęłam z przodu ogiera i pocałowałam go w chrapy. Byłam w takiej pozycji przez chwilę. Złapałam konia za wodze i powoli prowadziłam ku stajni. Tuż przed nią zatrzymałam się, aby ogier mógł się  rozejrzeć. Czekałam, aż sam do niej wejdzie. Nie trwało to długo i pierwsze kopyto dotknęło betonowej podłogi. Uśmiechnęłam się delikatnie. Po chwili drugie kopyto pojawiło się w stajni. Wkrótce cały koń szedł pewnym krokiem i obwąchiwał różne przedmioty. Poprowadziłam go do jedynego boksu, bo inne zostały przeznaczone dla krów i cielaków. Koń bardzo chętnie wszedł do swojego nowego mieszkania. Zdjęłam z niego cały sprzęt. Rozglądałam się po boksie, zastanawiając się, czy wystarczy miejsca dla ogiera, gdy w rogu zobaczyłam wiadro, którego wcześniej tam nie było. Zajrzałam do niego. W środku znajdowało się zgrzebło, kopystka i gumeczki do zaplatania grzywy oraz grzebień. Chwyciłam zgrzebło i zaczęłam czyścić Parysa. To było niesamowite uczucie, Parys był przy tym bardzo spokojny. Odwrócił głowę w moją stronę i szturchnął mnie lekko w ramie. Zaśmiałam się i pogłaskałam go po chrapach. Byłam bardzo szczęśliwa. Zniżałam się do kopyt a karus zaczął jeść mi włosy. Uderzył mnie w czoło a ja przewróciłam się na ściółkę. Śmiałam się przy tym jak nigdy. Dotąd moje życie to nic innego jak nudna szkoła, zajmowanie się z rodzicami gospodarstwem i brak przyjaciół. Ale w tym momencie to nie było ważne, wręcz przeciwnie. Cieszyłam się z tej chwili, z mojej chwili. Parys trzymał głowę tuż nade mną, więc chwyciłam się jego grzywy, a on jakby czytając mi w myślach podniósł swój piękny łeb. Wznowiłam czyszczenie. Przyniosło mi to dużo radości. Nagle zaczęłam śpiewać. Konik kilka razy prychnął. Odłożyłam zgrzebło i zabrałam kopystkę. Jednak Parys miał czyste kopyta, więc wzięłam się za czesanie jego pięknej, długiej grzywy. To było tak przyjemne, że nie mogłam się oderwać i zajęło mi jakieś 20 minut. Po tym czasie stwierdziłam, że grzywa jest już wystarczająco rozczesana. Zastanawiało mnie tylko jedno: w co mam tego konia uczesać! Miałam do wyboru siateczkę, dobierańca i koreczki, ale skoro to ogier, postanowiłam zrobić mu koreczki. Wyszły idealnie! Założyłam Parysowi jego kantar i wyprowadziłam ze stajni. Nikogo nie było na dworze, więc poszłam z koniem do ogrodu. Przez okno zobaczyłam, że wszyscy siedzą w pokoju i piją kawę. Fu, najgorsze picie, jakie człowiek mógł wymyślić! Podeszliśmy do okna i zapukałam. Wszyscy się odwrócili. Mama, która siedziała najbliżej okna aż podskoczyła na krześle. Był to komiczny widok i zaczęłam się śmiać. Zauważyłam radość rodziców, widziałam, jak cieszyli się z tego, że jestem wesoła i szczęśliwa.
-Spójrzcie na jego grzywę! -krzyknęłam do nich.- Podoba wam się?
-Bardzo ładna kochanie! -odkrzyknęła babcia.
Nagle Ron wstał. Podziękował za kawę i odszedł od stołu. Wyszłam z ogrodu i poszłam na podwórko. Z domu wyszedł pan dżokej.
-Ellie -zawołał mnie- chodź, chcę ci coś dać.
Podeszłam do niego, nie wiedząc o co mu chodzi. Dał mi lonże.
-Dziękuję panu za lonże. Jest piękna! Nie widziałam nigdy takiej kolorowej. -Ron podarował mi lonże we wszystkich kolorach tęczy. Wielki uśmiech pojawił się na moich ustach. Na Rona zresztą też.
-Ale to nie to chciałem ci dać. To znaczy nie tylko to. -poprawił się.
Naprawdę nie wiedziałam, o co mu chodzi. Wziął ode mnie lonże i przypiął ją do konia a potem zawiązał wokół drzewa. Zajrzał do kabiny samochodu i wyjął jakieś papiery. Przewrócił na odpowiednią stronę i podał mi je. Spojrzałam na nie i zaniemówiłam. Jak się okazało Ron był właścicielem Parysa, albo raczej - byłym właścicielem. Chciał sprzedać mi swojego konia!
-Wystarczy, że tu popiszesz i Parys jest już twój! -powiedział. Nie wiedziałam co zrobić. Dopiero, co poznałam tego pięknego konia, a już się w nim zakochałam! Widziałam żal w oczach Rona, gdy podawał mi długopis. Powoli skończyłam pisać na kartce swoje nazwisko. Oddałam długopis i spojrzałam na mężczyznę. Ten odwrócił się i wszedł do samochodu. Przez otwarte okno krzyknął tylko:
-Niedługo przyjedzie tutaj mój syn sprawdzić co u konia i przywiezie ci resztę rzeczy. Do widzenia Ellie!
Pomachałam mu na pożegnanie. Gdy już straciłam go z oczu postanowiłam pojeździć na moim Parysie. Zaprowadziłam go do stajni i założyłam na niego siodło. Wyprowadziłam na zewnątrz.Usłyszałam, jak babcia zapala silnik i odjeżdża swoim starym autem, a rodzice siedzieli wciąż w domu, więc nie wiedzieli, że chcę "wypróbować" karego. Ale chyba się domyślali i nie chcieli mi przeszkadzać. Zastanawiałam się, gdzie by pojechać. Postanowiłam udać się do lasu i zatrzymać nad strumieniem, które płynęło nieopodal. Tego dnia było gorąco, więc pomyślałam, że to idealny dzień na taką wycieczkę. Wsiadłam na konia i popędziłam go. Jechaliśmy spokojnym kłusem, bo nie uczyłam się jeszcze galopować. Kusiło mnie na galop, ale powstrzymywałam się z trudem. Dotarliśmy do strumyczka i zeszłam z Parysa. Podeszliśmy do wody. Puściłam konia, a sama usiadłam na trawie. Od razu spuścił głowę i zajadał się trawą. Siedziałam i patrzyłam  na mojego ogiera przez jakieś 10 minut. Zdjęłam siodło i polałam konia wodą, bo się spocił. Przytuliłam się do niego. Spojrzałam nad grzbietem i zobaczyłam stado krów. Zapomniałam, że w upalne dni zawsze sprowadzaliśmy bydło do lasu. Nagle zorientowałam się, że się ściemnia. Nałożyłam z powrotem siodło i wsiadłam na karego. Szybko wróciliśmy do domu. Zaprowadziłam go do stajni i poszłam do swojego pokoju. Był cały w plakatach z końmi, pościel także się nie różniła. Położyłam się na niej i zasnęłam z uśmiechem na ustach.

poniedziałek, 15 lipca 2013

Rozdział 1 ♞

To była ta chwila. Zaraz powinien zadzwonić dzwonek startowy. Czekałam z zapartym tchem, można powiedzieć, że odizolowałam się od całego świata. Słyszałam tylko bicie swojego serca, bardzo mocne bicie. Dzwonek. Popędziłam konia i przed pierwszą przeszkodą... koń się potknął. Ja przeleciałam przez przeszkodę, a mój koń złamał nogę. To było straszne. Obudziłam się. Na szczęście to był tylko zły sen. Ale pomimo tego nie mogłam się otrząsnąć, to, co było w tym śnie bardzo mnie przeraziło. Usiadłam na łóżku i spuściłam głowę. Podeszłam do szafy i przez przypadek wzięłam bryczesy. Założyłam je, a także jakąś żółtą koszulę. Zeszłam na dół i otworzyłam lodówkę. Jednak, gdy tylko spojrzałam na jedzenie, chęć na nie szybko mnie opuściła. Poszłam do przedpokoju i założyłam na siebie swoje brązowe gumiaki i wyszłam na podwórko. Chciałam pochodzić po polach, jednak plany się popsuły. Na dworze stała przyczepa a obok niej moi rodzice i jakiś bardzo niski pan. Podeszłam do babci, która siedziała na schodach koło domu. Spytałam:
-Babciu, o co chodzi? Co ten pan tutaj robi!? Czy to jest to, o czym myślę...
-Tak. -powiedziała z uśmiechem na ustach.
Spojrzałam na przyczepę i na to wszystko. Czułam się zakłopotana. Odwróciłam się i miałam zamiar wejść do pustej stajni, kiedy mama mnie zawołała. Podeszłam do niej.
-Załóż toczek. -Powiedziała i podała mi go.
Zrobiłam jak kazała, a nieznajomy pan przywołał mnie do siebie ruchem ręki. Stanęłam obok niego, a on otworzył boczne drzwi do przyczepki. Usłyszałam cichutkie rżenie. Przeszedł mnie dreszcz. Tata otworzył tylne drzwi przyczepy i razem z panem Ronem, czyli z dżokejem, wyprowadzili karego, pięknego ogiera.
-To Parys, jest rasy trakeńskiej. -powiedział Ron.- Chciałbym, abyś się na nim przejechała.
-Ja?! -krzyknęłam.
Ja nie umiem jeździć.... to było straszne! Stał przede mną najpiękniejszy koń jakiego kiedykolwiek widziałam. Ron wyciągnął rękę, w której trzymał wodze, bo koń był osiodłany. Przejęłam je od niego. Koń patrzył mi prosto w oczy, wydawało mi się, że mówi do mnie, żebym na niego wsiadła. Oczarowana jego spojrzeniem włożyłam lewą stopę w strzemię i usiadłam na jego grzbiecie. Zamknęłam oczy i dotknęłam rękoma jego grzywy. Pięty w dół, plecy prosto, kolana do siodła.... przypominając sobie te nieliczne lekcje jazdy popędziłam niezwykłego ogiera. Byłam zdziwiona, że jak na razie gładko mi idzie jazda.