Czekałam jedną, okropnie długą chwilę. Mama w końcu postanowiła mi wyjaśnić.
-Eh, Parys, jest u weterynarza. -powiedziała nie patrząc mi w oczy. -Zawieźliśmy go dziś przed twoim powrotem.
-Co? Ale coś mu się stało? -wypytywałam. -Przecież ja z niego spadłam. Nie rozumiem. Zsunęłam się z niego i spadłam, a on chyba dalej biegł, o co chodzi mamo?!
-Nie, Parysowi się nic nie stało. Zawieźliśmy go do weterynarza, żeby go uśpił.
Te słowa były jak najpotężniejszy cios. Nie dowierzałam. Rodzice chcieli uśpić Parysa?! Ale za co?
-Co proszę? Chcecie go uśpić? Ale co on zrobił?
-Skarbie, on jest nieprzewidywalny! Zrzucił cię z grzbietu, kto wie, co jeszcze mógłby zrobić?
-Skąd wzięłaś ten pomysł, że on mnie zrzucił? Podskoczyłam na nim i obiłam piętami o jego boki, więc zaczął galopować! Jest dobrze nauczony. To wy jesteście nieprzewidywalni! -wykrzyczałam to mamie prosto w twarz i wybiegłam z domu. Wyszłam na drogę i szybko zadzwoniłam do Philipa. Nie wiem nawet skąd miałam jego numer. Nie musiałam długo czekać, aż odbierze.
-Philip? Proszę, przyjedź po mnie! Idę w stronę weterynarza, szybko! Oni chcą uśpić Parysa! -powiedziałam łamiącym głosem.
-Dobrze, zaraz cię znajdę.
Zaczęłam biec. Chciałam jak najszybciej dotrzeć do weterynarza. Nie mogłam dopuścić do tego, aby zabili mojego konia! Tylko on się dla mnie liczył... Jest dla mnie najważniejszy, nie chcę wracać do przeszłości bez żadnego przyjaciela! Ale rodzice chyba tego nie rozumieją. Przez łzy w oczach dostrzegłam samochód Philipa. Przyspieszyłam i wsiadłam czym prędzej do wozu. Chłopak szybko przycisnął pedał gazu, ledwo zdążyłam zamknąć drzwi. Jechał z bardzo dużą prędkością. Po chwili zatrzymał się pod budynkiem weterynaryjnym. Wypadłam z kabiny i popędziłam do gabinetu. Wbiegłam do niego i ujrzałam mojego konia i stojącego mężczyznę z pistoletem weterynaryjnym.
-Nie! -krzyknęłam. W samą porę, bo mężczyzna już przykładał pistolet do czoła ogiera.
-Przepraszam, kim pani jest? -spytał.
-Parys to mój koń i nie zgadzam się na jego uśpienie!
-Ale jak to, przecież właściciel wyraził zgodę. -weterynarz odłożył narzędzie i zajrzał do papierów. -Pan Adam Carter podpisał wszelkie papiery i oddał konia do uśpienia.
-A ja jestem Ellie Carter jego córka, a Parys jest prawnie moim koniem. I to ja jestem jego właścicielką, a nie mój tata. Zabieram konia ze sobą! -obok na stole leżał kantar, więc założyłam go na ogiera i wyprowadziłam z gabinetu. Philip już czekał z otwartymi drzwiami w przyczepie. Gdy pojawiłam się przed budynkiem z koniem, brązowooki szeroko się uśmiechnął. Podeszłam do niego i uścisnęłam, a konia wprowadziliśmy razem do przyczepy.
-Wiedziałem, że ci się uda, Ellie! Jestem z ciebie taki dumny. -Powiedział. Ja też byłam z siebie dumna. Oboje weszliśmy do kabiny i pojechaliśmy do domu. Chłopak poszedł otworzyć bramę, a ja siedząc w samochodzie ujrzałam mamę na ganku. Niedobrze mi się zrobiło na jej widok. Po chwili Philip wrócił i wjechaliśmy na podwórko.
Kocham to opowiadanie. Mam nadzieję, że szybko dodasz next'a, a co do Ellie i jej mamy... Szkoda słów. Dobrze, że zdążyła go uratować. Świetne opowiadanie! xD
OdpowiedzUsuńZapraszam tutaj:
iwantyoumydarling.blogspot.com
Pewnie, że dobrze ;) Ellie ma złote serce dla zwierząt, ale ludziom nie przepuści XD Dziękuję za opinie ;) Wejdę chętnie na twojego :) | allowc-3
Usuń