Chciałabym Was baaaardzo przeprosić, zawieszam bloga, nie będę juz na niego nic dodawać. Dziękuję Wam kochani za te wszystkie cudowne opinie, jesteście najlepsi!<3 Za parę miesięcy wrócę do Was, żeby pochwalić się moja inną książką, którą nie wiem jeszcze czy zaniosę do wydawnictwa, czy po prostu wydrukuję i sprzedawać będę w Internecie, jak uważacie? Ksiazka tez jest o koniach (ale jest na faktach!).
No cóż, do zobaczenia! Ta książkę też kiedys dokoncze i wydam ;)
Dzieki Wam uwierzyłam w swoje możliwości i teraz juz wiem, ze stać mnie na własną książkę, kochani <3
piątek, 1 sierpnia 2014
sobota, 5 lipca 2014
2,000!
Licznik odwiedzin przekroczył DWA TYSIĄCE.
Jejku, dziękuję!! Już to kiedyś pisałam, ale nie zaszkodzi jak to zrobię znowu, nie sądziłam, że dobijemy do paru setek, a tu proszę, kolejny tysiąc! <3 To teraz tylko czekać na następny, który, mam nadzieję, szybko się pojawi. :)
Szkoda tylko, że nie ma komentarzy :/
Bardzo się staram, żeby każdy rozdział był lepszy od poprzedniego, biorę przykład ze wspaniałych książek (przede wszystkim z serii Jutro) i staram się być oryginalna. Nie lubię oklepanych tekstów i myślę, że nie ma ich w mojej historii (albo jest ich mało). A pomysły na treść i różne przygody biorę po prostu z życia codziennego (np. wątek o mężczyźnie z nożem w domu Ellie wziął się z tego, że myłam naczynia) i ze swoich snów (dzięki jednemu cudownemu i realistycznemu snu mam pomysł na kolejną część, The Way 2: Szansa na lepsze jutro, ps tytuł wciąż dopracowywany ;))
No i cóż mogę jeszcze powiedzieć? Proszę Was bardzo kochani o komentarze! Gdy napiszę rozdział, a po kilku dniach wciąż nie dostaję powiadomienia o komentarzach jest mi trochę przykro. Mam poważne plany co do tej książki (chyba pewna część z Was się domyśla) i KAŻDA opinia jest dla mnie na wagę złota.
Mam pomysł, co Wy na to, żebyśmy zrobili wymianę? Ja udostępnię Waszego bloga na moim (na stronie głównej, w pasku zakładek pt. Co czytam) i Wy zrobicie to samo? :)
Plus, jeśli znacie jakąś fajną ocenialnię to podeślijcie mi linka, chętnie skorzystam!
No, po prostu dziękuję. Jesteście wspaniali! Niedługo pojawią się (mam nadzieję) nowe rozdziały i (mam nadzieję) że będą komentarze.
Jejku, dziękuję!! Już to kiedyś pisałam, ale nie zaszkodzi jak to zrobię znowu, nie sądziłam, że dobijemy do paru setek, a tu proszę, kolejny tysiąc! <3 To teraz tylko czekać na następny, który, mam nadzieję, szybko się pojawi. :)
Szkoda tylko, że nie ma komentarzy :/
Bardzo się staram, żeby każdy rozdział był lepszy od poprzedniego, biorę przykład ze wspaniałych książek (przede wszystkim z serii Jutro) i staram się być oryginalna. Nie lubię oklepanych tekstów i myślę, że nie ma ich w mojej historii (albo jest ich mało). A pomysły na treść i różne przygody biorę po prostu z życia codziennego (np. wątek o mężczyźnie z nożem w domu Ellie wziął się z tego, że myłam naczynia) i ze swoich snów (dzięki jednemu cudownemu i realistycznemu snu mam pomysł na kolejną część, The Way 2: Szansa na lepsze jutro, ps tytuł wciąż dopracowywany ;))
No i cóż mogę jeszcze powiedzieć? Proszę Was bardzo kochani o komentarze! Gdy napiszę rozdział, a po kilku dniach wciąż nie dostaję powiadomienia o komentarzach jest mi trochę przykro. Mam poważne plany co do tej książki (chyba pewna część z Was się domyśla) i KAŻDA opinia jest dla mnie na wagę złota.
Mam pomysł, co Wy na to, żebyśmy zrobili wymianę? Ja udostępnię Waszego bloga na moim (na stronie głównej, w pasku zakładek pt. Co czytam) i Wy zrobicie to samo? :)
Plus, jeśli znacie jakąś fajną ocenialnię to podeślijcie mi linka, chętnie skorzystam!
No, po prostu dziękuję. Jesteście wspaniali! Niedługo pojawią się (mam nadzieję) nowe rozdziały i (mam nadzieję) że będą komentarze.
piątek, 6 czerwca 2014
Rozdział 26 ♞
Wyszłam z domu ubrana w czarną koszulkę włożoną w dżinsy z wysokim stanem. Na nogach miałam najzwyklejsze trampki, a włosy rozpuściłam. Do skórzanej, czarnej torebki wrzuciłam telefon, klucze, portfel i kilka innych potrzebnych rzeczy. Była godzina szesnasta, Philip właśnie zaparkował samochód pod moim domem.
-Witaj! -Powiedziałam uszczęśliwiona do chłopaka, gdy wysiadł z wozu.
-Cześć piękna -pocałował mnie w usta.- Na serio ślicznie wyglądasz. Wreszcie jak człowiek! -Walnęłam go w ramię i zaczęliśmy się śmiać.
-Gdzie pojedziemy? Może na lody? Dawno nie jadłam -zaproponowałam.
-Jasne -powiedział i wsiedliśmy do samochodu. Ruszyliśmy w stronę miasta słuchając muzyki z radia.
-Dziękuję ci za prezent -powiedziałam.
-Jaki prezent? -Zdziwił się Philip.
-Jak to: jaki? No ten wisiorek. Urocze.
-Nie dawałem ci żadnego wisiorka.
-Na serio?
-Na serio. O co chodzi?
-O nic. -odpowiedziałam. Już więcej o tym nie rozmawialiśmy. Po dwudziestu minutach dotarliśmy do lodziarni. Philip kupił mi pyszne lody o smaku toffi, wanilii i śmietany z kolorową posypką, a sobie najzwyklejsze waniliowe i toffi.
-Jak dziecko -stwierdził, gdy po raz enty ubrudziłam się deserem. Dokończyliśmy lody. Obok nas ciągle przechodziły jakieś dzieci i kupowały mnóstwo lodów.
-Jak się miewa Niespodzianka? -Zagadnął mnie Philip.
-Kto? -Zamyśliłam się.- Ach, Niespodzianka. Dobrze.
-To dobrze.
-Ale wiesz co? Dzisiaj, gdy rano poszłam do stajni, zastałam dziwny widok. Ona stała przed boksem Parysa.
-Naprawdę?
-Tak. Na dodatek miała przerwany uwiąz, a na szyi ranę, której wcześniej tam nie było. A w nocy usłyszałam jakiś krzyk, i Sally chodziła po podwórku.
-Przyśniło ci się. A uwiąz mogła sobie sama zerwać.
-Nie. Ona chyba nie jest taka silna. To bardzo wytrzymały uwiąz. Wiesz... a może to Sampson próbował ją ukraść, przeciął uwiąz jednocześnie robiąc jej ranę na szyi, ale Sally weszła do stajni, ugryzła go w nogę, a on krzycząc z bólu uciekł, pozostawiając Niespodziankę samą?!
-Zwariowałaś -zaśmiał się Philip.
-Nie żartuj z tego.
-Nie żartuję. Po prostu uważam, że twoja teoria jest idiotyczna.
-A niby dlaczego? -Spytałam z drwiną w głosie.- Drzwi od stajni były otwarte. Ja zawsze zamykam, poza tym tata tam na pewno chodził, a on by nie zostawił otwartej stajni na noc.
-Na serio zwariowałaś. To pewnie od tych lodów, zamroziły ci mózg. -Zrobiłam naburmuszoną minę i przestałam się odzywać do Philipa. Po chwili on, widząc to, zaczął mnie przepraszać i usiadł koło mnie.
-Ellie, słonko -przytulił mnie do siebie. Nadal go ignorowałam, ale z coraz większym trudem. Philip był uroczy.- Odwołuję. Nie zamroziło ci mózgu, serio. Na przeprosiny kupię ci tyle lodów, ile tylko zdołasz wepchnąć do tej małej twarzyczki. -I pocałował mnie w czoło. Uśmiechnęłam się do niego.
-Chodźmy do kina -zaproponowałam.
Przez dwie godziny oglądaliśmy nudny film o snobistycznej dziewczynie z miasta, która wyjeżdża na farmę i tam poznaje przystojnego rolnika, z którym potem bierze ślub.
-Ten film był beznadziejny. -Powiedziałam, gdy już wyszliśmy z kina.- Ani żadnej strzelaniny, ani krwi, tylko gęsi bez głów!
-Tak, to było dziwne.
-No bo zawsze jest to samo... Dziewczyna z miasta, bogata zakupoholiczka, piękna, śliczna i w ogóle, z niewiadomych przyczyn wyjeżdża na wieś, ma wszystkiego dość, aż tu nagle poznaje ślicznego farmera, który pokazuje jej, jak cieszyć się życiem. Nie wiem, dlaczego poszliśmy właśnie na ten film.
-Sama go wybrałaś -zaśmiał się Philip.
-Naprawdę? Mogłeś mnie powstrzymać.
Philip odwiózł mnie do domu. Drzwi od garażu były otwarte, a rodziców nie było w domu. Poczułam się dziwnie.
-Wejdziesz? Wejdź. -Powiedziałam i wyciągnęłam go z samochodu. Nie chciałam tu zostać sama.
-Ellie, może...
-Ciii -położyłam mu palec na ustach.- Nic nie mów. Chcę buziaka.
Philip już zbliżał swoją twarz do mojej, gdy nagle usłyszeliśmy krzyk. Pobiegliśmy szybko w jego stronę - do stajni.
-Uspokój się ty durna chabeto! -Krzyknął Sampson. Trzymał Niespodziankę na sznurze, a ona rzucała się i próbowała dębować. Parys też się niepokoił i nerwowo rżał z wnętrza swojego wielkiego boksu. Kątem oka zauważyłam Billy'ego, który stał z moim kantarem, uwiązem oraz z wiadrem szczotek w ręku i mi się przyglądał.
-Puść ją, słyszysz?! -Rzucił się na niego Philip. Odtrącił Sampsona i wywrócił na ziemię. Podbiegłam do Niespodzianki i złapałam za kantar, po czym zaczęłam ją uspokajać. Philip podniósł Sampsona i przycisnął do ściany, po czym zadzwonił na policję.
-Już jadą. A ty pójdziesz do pierdla -zwrócił się do mężczyzny.
-Zabiję was. Zabiję! -Wykrzyczał Sampson. Był wściekły, nie wiem dlaczego. Przecież to wszystko jego wina, to przez niego Niespodzianka uciekła i to przez siebie samego pójdzie teraz siedzieć. Naprawdę nie rozumiem, dlaczego jest wściekły.
-To tylko puste słowa, ale jeśli powiesz coś więcej, szybko z więzienia nie wyjdziesz.
Półgodziny później, kiedy konie się trochę uspokoiły, a niedoszły złodziej próbujący ukraść swojego konia trochę znormalniał, przyjechała policja.
I zabrała dwóch oprychów.
A ja mogłam wrócić do swoich zajęć.
Zaczęłam od przeniesienia Niespodzianki do boksu Parysa, a jego, z pomocą Philipa, wypędziliśmy na padok.
-Możesz na nim pojeździć. -Powiedziałam, sięgając po szczotki, które musiałam wyrwać Billy'emu z rąk.- To nawet wskazane.
Chłopaki wyszli ze stajni, a ja zaczęłam oporządzać klacz. Nie wiem, co z nią będzie. Mam nadzieję, że ją zatrzymamy, ale nie jestem tego pewna. Niczego już nie jestem pewna.
-Witaj! -Powiedziałam uszczęśliwiona do chłopaka, gdy wysiadł z wozu.
-Cześć piękna -pocałował mnie w usta.- Na serio ślicznie wyglądasz. Wreszcie jak człowiek! -Walnęłam go w ramię i zaczęliśmy się śmiać.
-Gdzie pojedziemy? Może na lody? Dawno nie jadłam -zaproponowałam.
-Jasne -powiedział i wsiedliśmy do samochodu. Ruszyliśmy w stronę miasta słuchając muzyki z radia.
-Dziękuję ci za prezent -powiedziałam.
-Jaki prezent? -Zdziwił się Philip.
-Jak to: jaki? No ten wisiorek. Urocze.
-Nie dawałem ci żadnego wisiorka.
-Na serio?
-Na serio. O co chodzi?
-O nic. -odpowiedziałam. Już więcej o tym nie rozmawialiśmy. Po dwudziestu minutach dotarliśmy do lodziarni. Philip kupił mi pyszne lody o smaku toffi, wanilii i śmietany z kolorową posypką, a sobie najzwyklejsze waniliowe i toffi.
-Jak dziecko -stwierdził, gdy po raz enty ubrudziłam się deserem. Dokończyliśmy lody. Obok nas ciągle przechodziły jakieś dzieci i kupowały mnóstwo lodów.
-Jak się miewa Niespodzianka? -Zagadnął mnie Philip.
-Kto? -Zamyśliłam się.- Ach, Niespodzianka. Dobrze.
-To dobrze.
-Ale wiesz co? Dzisiaj, gdy rano poszłam do stajni, zastałam dziwny widok. Ona stała przed boksem Parysa.
-Naprawdę?
-Tak. Na dodatek miała przerwany uwiąz, a na szyi ranę, której wcześniej tam nie było. A w nocy usłyszałam jakiś krzyk, i Sally chodziła po podwórku.
-Przyśniło ci się. A uwiąz mogła sobie sama zerwać.
-Nie. Ona chyba nie jest taka silna. To bardzo wytrzymały uwiąz. Wiesz... a może to Sampson próbował ją ukraść, przeciął uwiąz jednocześnie robiąc jej ranę na szyi, ale Sally weszła do stajni, ugryzła go w nogę, a on krzycząc z bólu uciekł, pozostawiając Niespodziankę samą?!
-Zwariowałaś -zaśmiał się Philip.
-Nie żartuj z tego.
-Nie żartuję. Po prostu uważam, że twoja teoria jest idiotyczna.
-A niby dlaczego? -Spytałam z drwiną w głosie.- Drzwi od stajni były otwarte. Ja zawsze zamykam, poza tym tata tam na pewno chodził, a on by nie zostawił otwartej stajni na noc.
-Na serio zwariowałaś. To pewnie od tych lodów, zamroziły ci mózg. -Zrobiłam naburmuszoną minę i przestałam się odzywać do Philipa. Po chwili on, widząc to, zaczął mnie przepraszać i usiadł koło mnie.
-Ellie, słonko -przytulił mnie do siebie. Nadal go ignorowałam, ale z coraz większym trudem. Philip był uroczy.- Odwołuję. Nie zamroziło ci mózgu, serio. Na przeprosiny kupię ci tyle lodów, ile tylko zdołasz wepchnąć do tej małej twarzyczki. -I pocałował mnie w czoło. Uśmiechnęłam się do niego.
-Chodźmy do kina -zaproponowałam.
Przez dwie godziny oglądaliśmy nudny film o snobistycznej dziewczynie z miasta, która wyjeżdża na farmę i tam poznaje przystojnego rolnika, z którym potem bierze ślub.
-Ten film był beznadziejny. -Powiedziałam, gdy już wyszliśmy z kina.- Ani żadnej strzelaniny, ani krwi, tylko gęsi bez głów!
-Tak, to było dziwne.
-No bo zawsze jest to samo... Dziewczyna z miasta, bogata zakupoholiczka, piękna, śliczna i w ogóle, z niewiadomych przyczyn wyjeżdża na wieś, ma wszystkiego dość, aż tu nagle poznaje ślicznego farmera, który pokazuje jej, jak cieszyć się życiem. Nie wiem, dlaczego poszliśmy właśnie na ten film.
-Sama go wybrałaś -zaśmiał się Philip.
-Naprawdę? Mogłeś mnie powstrzymać.
Philip odwiózł mnie do domu. Drzwi od garażu były otwarte, a rodziców nie było w domu. Poczułam się dziwnie.
-Wejdziesz? Wejdź. -Powiedziałam i wyciągnęłam go z samochodu. Nie chciałam tu zostać sama.
-Ellie, może...
-Ciii -położyłam mu palec na ustach.- Nic nie mów. Chcę buziaka.
Philip już zbliżał swoją twarz do mojej, gdy nagle usłyszeliśmy krzyk. Pobiegliśmy szybko w jego stronę - do stajni.
-Uspokój się ty durna chabeto! -Krzyknął Sampson. Trzymał Niespodziankę na sznurze, a ona rzucała się i próbowała dębować. Parys też się niepokoił i nerwowo rżał z wnętrza swojego wielkiego boksu. Kątem oka zauważyłam Billy'ego, który stał z moim kantarem, uwiązem oraz z wiadrem szczotek w ręku i mi się przyglądał.
-Puść ją, słyszysz?! -Rzucił się na niego Philip. Odtrącił Sampsona i wywrócił na ziemię. Podbiegłam do Niespodzianki i złapałam za kantar, po czym zaczęłam ją uspokajać. Philip podniósł Sampsona i przycisnął do ściany, po czym zadzwonił na policję.
-Już jadą. A ty pójdziesz do pierdla -zwrócił się do mężczyzny.
-Zabiję was. Zabiję! -Wykrzyczał Sampson. Był wściekły, nie wiem dlaczego. Przecież to wszystko jego wina, to przez niego Niespodzianka uciekła i to przez siebie samego pójdzie teraz siedzieć. Naprawdę nie rozumiem, dlaczego jest wściekły.
-To tylko puste słowa, ale jeśli powiesz coś więcej, szybko z więzienia nie wyjdziesz.
Półgodziny później, kiedy konie się trochę uspokoiły, a niedoszły złodziej próbujący ukraść swojego konia trochę znormalniał, przyjechała policja.
I zabrała dwóch oprychów.
A ja mogłam wrócić do swoich zajęć.
Zaczęłam od przeniesienia Niespodzianki do boksu Parysa, a jego, z pomocą Philipa, wypędziliśmy na padok.
-Możesz na nim pojeździć. -Powiedziałam, sięgając po szczotki, które musiałam wyrwać Billy'emu z rąk.- To nawet wskazane.
Chłopaki wyszli ze stajni, a ja zaczęłam oporządzać klacz. Nie wiem, co z nią będzie. Mam nadzieję, że ją zatrzymamy, ale nie jestem tego pewna. Niczego już nie jestem pewna.
piątek, 9 maja 2014
Proszę o pomoc
Zagląda Was tu całkiem sporo, więc pomyślałam, czemu by tego nie wykorzystać. Więc chodzi o to, że jestem wolontariuszką w fundacji. Mamy sześć koni uratowanych przed śmiercią. Jeden jest to koń wyścigowy, złamał nogę, która później źle się zrosła, a Perfect Chief (nasza wyścigówa) trafił do Nowakowa, do fundacji. Jak wiecie, fundacje potrzebują #OGROMNIE pieniędzy, których niestety mają strasznie mało. Perfect jest ogierem, a fundacja musi go wykastrować, bo istnieje ryzyko, że znowu złamie sobie nogę, a tego byśmy nie przeżyli ;( Chciałam Was prosić o pomoc, polubcie tą stronę na facebooku: Patrol Interwencyjny ds. Zwierząt Gospodarskich, obserwujcie ją, polecajcie znajomym, komentujcie, lajkujcie, udostępniajcie... To już jest jakaś pomoc, jeśli więcej osób dowie się o fundacji, więcej osób się nią zainteresuje, może będzie w końcu możliwość wykupienia większej ilości koni! W weekend fundacja jedzie na targ koński. Tym razem udało się uzbierać pieniądze dzięki pomocy takich ludzi. Pomóżcie, jeżeli możecie, proszę...
Z poważaniem, założycielka bloga:)
PS W razie pytań, piszcie w komentarzach lub na email: dobreo20@gmail.com! :)
Mam nadzieję, że też pomożecie!
Z poważaniem, założycielka bloga:)
PS W razie pytań, piszcie w komentarzach lub na email: dobreo20@gmail.com! :)
Mam nadzieję, że też pomożecie!
środa, 7 maja 2014
Rozdział 25 ♞
Mama wyszła z domu i podeszła do skrzynki pocztowej. Otworzyła ją i wyjęła z niej kilka listów. Były wśród nich rachunki, pocztówki od rodziny i coś jeszcze.
-Ellie, chodź na chwilę! -Krzyknęła do mnie mama. Zawróciłam Parysa w drugą stronę i zeskoczyłam z niego tuż przed mamą.- Proszę, to do ciebie.
-Co to jest... -Wyjęłam z jej rąk kopertę. Była różowa i miała namalowane kwiatki. Zaadresowana oczywiście do mnie, a nad "i" w moim imieniu zamiast kropki było maleńkie serce.
-No otwórz. -Ponagliła mnie mama. Chociaż widziałam ją gazylion razy, tak naprawdę nigdy dobrze jej się nie przyjrzałam. Jej brązowe lśniące włosy sięgały długością do ramion, miała podkrążone oczy, ale ich zielony kolor nie stracił jeszcze blasku. Teraz byłyśmy tego samego wzrostu. Wsunęłam palec do koperty i przejechałam nim po długości. Wyjęłam list. Był on spryskany jakimiś wstrętnymi perfumami. Musiałam zakaszleć, żeby się nie udusić. Ktoś go napisał odręcznie, w dodatku bardzo brzydko.
-Przeczytaj go -poleciła mama.
-"Droga Ellie".
-Nieźle się zaczyna -stwierdziła.
-"Droga Ellie" -kontynuowałam.- "Gdy ujrzałem Cię pierwszy raz, nie mogłem się oprzeć, by na Ciebie choć raz nie spojrzeć. Twoja uroda wręcz powaliła mnie na kolana. Masz taki lekki głosik i pachnące perfumy... Myślałem, że jesteś księżniczką z bajki. To, jak się poruszasz, ubierasz, porozumiewasz ze mną, odnosisz się do świata..."
-Odnosisz się do świata?
-Cicho. "i Twój cudowny charakter sprawiły, że nie marzę o niczym innym, jak tylko spędzić z Tobą resztę życia... Jesteś najniezwyklejszą osobą, jaką kiedykolwiek poznałem i mam nadzieję, że docenisz mnie w przyszłości. Proszę, przyjmij ten skromny dar na dowód mojej miłości... Noś go, noś go zawsze... Twój cichy wielbiciel. PS Kocham Cię."
-Piękne, ale czy on ci się oświadcza?! -Wykrzyknęła mama zdziwiona.
-Co? -Nie zrozumiałam.
-No... Spójrz tylko, o tu: "spędzić z Tobą resztę życia..."
-Mamo! -Zaśmiałam się.- Oczywiście, że mi się nie oświadcza.
-Wiesz kto go napisał?
-Nie.
-Może to Philip? To w jego stylu.
-To kompletnie nie jest w jego stylu. -Zaprzeczyłam.
-No to kto? Albo Philip albo nikt.
Zaczęłam się nad tym zastanawiać. Kto mógł wysłać mi ten list? Może to jednak Philip... Pogrzebałam ręką w kopercie i znalazłam naszyjnik, a na nim uwieszone serduszko. Przyjrzałam się bliżej, naszyjnik się otworzył. W środku była karteczka z napisem "kocham Cię. Pamiętaj". Uśmiechnęłam się do siebie. Poprosiłam mamę, aby zaniosła prezent do mojego pokoju, a ja z powrotem wskoczyłam na Parysa.
-Jak cudownie jest znowu siedzieć w siodle! -Wykrzyknęłam uszczęśliwiona. Naprawdę się cieszyłam. Przez ostatnie piętnaście lat nie marzyłam o niczym innym, jak tylko zaczynać dzień na końskim grzbiecie. Ale nigdy nie sądziłam, że będę to mogła robić na własnym koniu...
-Ellie, chodź na chwilę! -Krzyknęła do mnie mama. Zawróciłam Parysa w drugą stronę i zeskoczyłam z niego tuż przed mamą.- Proszę, to do ciebie.
-Co to jest... -Wyjęłam z jej rąk kopertę. Była różowa i miała namalowane kwiatki. Zaadresowana oczywiście do mnie, a nad "i" w moim imieniu zamiast kropki było maleńkie serce.
-No otwórz. -Ponagliła mnie mama. Chociaż widziałam ją gazylion razy, tak naprawdę nigdy dobrze jej się nie przyjrzałam. Jej brązowe lśniące włosy sięgały długością do ramion, miała podkrążone oczy, ale ich zielony kolor nie stracił jeszcze blasku. Teraz byłyśmy tego samego wzrostu. Wsunęłam palec do koperty i przejechałam nim po długości. Wyjęłam list. Był on spryskany jakimiś wstrętnymi perfumami. Musiałam zakaszleć, żeby się nie udusić. Ktoś go napisał odręcznie, w dodatku bardzo brzydko.
-Przeczytaj go -poleciła mama.
-"Droga Ellie".
-Nieźle się zaczyna -stwierdziła.
-"Droga Ellie" -kontynuowałam.- "Gdy ujrzałem Cię pierwszy raz, nie mogłem się oprzeć, by na Ciebie choć raz nie spojrzeć. Twoja uroda wręcz powaliła mnie na kolana. Masz taki lekki głosik i pachnące perfumy... Myślałem, że jesteś księżniczką z bajki. To, jak się poruszasz, ubierasz, porozumiewasz ze mną, odnosisz się do świata..."
-Odnosisz się do świata?
-Cicho. "i Twój cudowny charakter sprawiły, że nie marzę o niczym innym, jak tylko spędzić z Tobą resztę życia... Jesteś najniezwyklejszą osobą, jaką kiedykolwiek poznałem i mam nadzieję, że docenisz mnie w przyszłości. Proszę, przyjmij ten skromny dar na dowód mojej miłości... Noś go, noś go zawsze... Twój cichy wielbiciel. PS Kocham Cię."
-Piękne, ale czy on ci się oświadcza?! -Wykrzyknęła mama zdziwiona.
-Co? -Nie zrozumiałam.
-No... Spójrz tylko, o tu: "spędzić z Tobą resztę życia..."
-Mamo! -Zaśmiałam się.- Oczywiście, że mi się nie oświadcza.
-Wiesz kto go napisał?
-Nie.
-Może to Philip? To w jego stylu.
-To kompletnie nie jest w jego stylu. -Zaprzeczyłam.
-No to kto? Albo Philip albo nikt.
Zaczęłam się nad tym zastanawiać. Kto mógł wysłać mi ten list? Może to jednak Philip... Pogrzebałam ręką w kopercie i znalazłam naszyjnik, a na nim uwieszone serduszko. Przyjrzałam się bliżej, naszyjnik się otworzył. W środku była karteczka z napisem "kocham Cię. Pamiętaj". Uśmiechnęłam się do siebie. Poprosiłam mamę, aby zaniosła prezent do mojego pokoju, a ja z powrotem wskoczyłam na Parysa.
-Jak cudownie jest znowu siedzieć w siodle! -Wykrzyknęłam uszczęśliwiona. Naprawdę się cieszyłam. Przez ostatnie piętnaście lat nie marzyłam o niczym innym, jak tylko zaczynać dzień na końskim grzbiecie. Ale nigdy nie sądziłam, że będę to mogła robić na własnym koniu...
wtorek, 6 maja 2014
Rozdział 24 ♞
Bum, bum, bum.
Tyle usłyszałam, gdy obudziłam się w środku nocy. To, i jakiś krzyk, chociaż nie jestem do końca pewna, czy mi się nie przyśnił. Na zewnątrz było ciemno. Podeszłam do okna otworzyłam je, padał deszcz, a zimne powietrze wleciało do mojego pokoju. Poczułam zapach charakterystyczny dla deszczu. Padało i wiało. Wiało i padało. Bez końca, od kilku dni. Spojrzałam na niebo i nie widziałam nic, jakby wszystko połknęła czarna dziura. Jak gdybym ja była w takiej dziurze. Nie zapaliłam światła, więc w moim pokoju także panował mrok. Spojrzałam na stajnię i... coś zobaczyłam. Jakiś cień. Czarny i schylony, poruszał się szybko. Wytężyłam wzrok. Przyjrzałam się dokładniej. Czyżby koniokradzi? A może to stary Sampson chciał odzyskać Niespodziankę? To niemożliwe. Ten cień to tak naprawdę nie cień, a pies, Sally. Zastanawia mnie tylko, czemu ona chodzi po podwórku w środku nocy? Nigdy tego nie robiła. A może się czegoś wystraszyła. Zrobiło mi się zimno i zamarzyłam o ciepłym kocu. Usiadłam na łóżku i spojrzałam na telefon. Wskazywał godzinę trzecią. I przyszedł do mnie też SMS. Od Philipa. Napisał: "Ellie, czy moglibyśmy się spotkać jutro o szesnastej? Proszę. Słodkich snów, Philip." Słodkich snów, zakpiłam, gdybym tylko mogła spać...
Zastanowiłam się. Czy coś się stało? Dlaczego wysłał mi tego SMS-a? Mam złe przeczucie, jestem pewna, że coś się święci.
Tylko co?
Co jest takiego ważnego, że Philip wręcz błagał mnie o spotkanie?
Bał się, że nie przyjdę?
Bzdura. Kocham go, nie mogłabym nie przyjść. Aha, nie napisał tylko, gdzie chce się spotkać. Może pójdziemy do miasta.
Przykryłam się kocem i od razu poczułam się senna. Położyłam głowę na miękkiej poduszce w kształcie świnki i zasnęłam.
Promienie słoneczne prześwitywały przez zasłony i oświetlały pokój. Otworzyłam na oścież okno, a moją twarz owiał chłodny wiaterek. Było zimno, chociaż mieliśmy środek lata. Wyjrzałam na podwórko. Nie było śladu po deszczu, słońce osuszyło ziemię. Dzień wydawał się idealny na wszystko, a zwłaszcza na jazdę konną. Wyjęłam z szafy bryczesy i luźną czarną bluzę. Szybko się ubrałam i umyłam oraz pościeliłam łóżko. Zbiegłam po schodach do kuchni. Mama już przygotowywała śniadanie - jajecznicę z bekonem. Pycha. Usiadłam przy stole, a mama nałożyła mi na talerz jedzenie. Zaczęłam się zajadać. Obok mnie usiadł tata.
-Pojeździsz dziś na Parysie? -Spytał, smarując sobie masłem chleb.- Dawno go nie ruszałaś. Zastoi się.
-Miałam zamiar dziś na niego wsiąść. Może pojedziemy do lasu. Podasz mi pieprz?
-Proszę -powiedział, podając mi przyprawę.- To fajnie. Tylko nie przyprowadzaj mi tu znowu jakiegoś konia -zaśmiał się.
-Nie masz się o co martwić. A właśnie, jak się toczą sprawy z Niespodzianką? -Mama postawiła mi przed nosem herbatę. Posłodziłam ją i upiłam łyk.- Simpson próbuje ją odzyskać?
-Chyba sobie odpuścił. Mam nadzieję. Ale po takich osobach można się spodziewać wszystkiego. To psychol.
Zaśmiałam się. Odłożyłam naczynia do zlewu i poszłam do przedpokoju. Założyłam sztyblety, po czym pobiegłam do stajni. Drzwi były lekko uchylone. Dziwne. Jestem pewna, że je wieczorem zamykałam. Weszłam do środka i zastałam zaskakujący widok; Niespodzianka stała przed boksem Parysa. Oboje spojrzeli na mnie zaciekawionym wzrokiem. Podeszłam do klaczy. Miała na sobie kantar i pół uwiązu. Przyjrzałam się bardziej. Dziwnie to wyglądało. Wyglądał na przerwany, ale ona chyba nie mogła sama go urwać. Znalazłam jakiś sznurek i z powrotem przywiązałam Niespodziankę do stanowiska. Zaczęłam ją czyścić. Na szyi zobaczyłam ranę, długości kciuka. Jestem pewna, że tam nie miała rany. Na sto procent. Na dowód tego wokół niej była zaschnięta krew. Sama sobie to zrobiła? Szczerze w to wątpię. W dodatku rana była na wysokości uwiązu...
Zostawiłam klacz i poszłam zająć się Parysem. Później pomyślę. Wyczyściłam porządnie karego i nałożyłam na niego siodło oraz ogłowie. Chwilę zajęło mi przekonanie go, żeby włożył wędzidło do pyska, ale udało się. On nie był złośliwy. Zachowywał się bardziej jak potulny kucyk, niż jak wielki i potężny ogier, który z łatwością mógłby mnie zgnieść. Przerzuciłam wodze nad głową i złapałam je za sprzączkę. Wyszłam ze stajni zostawiając za sobą otwarte drzwi. Zrobiło się gorąco. Wyszłam na pole, dociągnęłam popręg do siodła i wskoczyłam na Parysa.
Tyle usłyszałam, gdy obudziłam się w środku nocy. To, i jakiś krzyk, chociaż nie jestem do końca pewna, czy mi się nie przyśnił. Na zewnątrz było ciemno. Podeszłam do okna otworzyłam je, padał deszcz, a zimne powietrze wleciało do mojego pokoju. Poczułam zapach charakterystyczny dla deszczu. Padało i wiało. Wiało i padało. Bez końca, od kilku dni. Spojrzałam na niebo i nie widziałam nic, jakby wszystko połknęła czarna dziura. Jak gdybym ja była w takiej dziurze. Nie zapaliłam światła, więc w moim pokoju także panował mrok. Spojrzałam na stajnię i... coś zobaczyłam. Jakiś cień. Czarny i schylony, poruszał się szybko. Wytężyłam wzrok. Przyjrzałam się dokładniej. Czyżby koniokradzi? A może to stary Sampson chciał odzyskać Niespodziankę? To niemożliwe. Ten cień to tak naprawdę nie cień, a pies, Sally. Zastanawia mnie tylko, czemu ona chodzi po podwórku w środku nocy? Nigdy tego nie robiła. A może się czegoś wystraszyła. Zrobiło mi się zimno i zamarzyłam o ciepłym kocu. Usiadłam na łóżku i spojrzałam na telefon. Wskazywał godzinę trzecią. I przyszedł do mnie też SMS. Od Philipa. Napisał: "Ellie, czy moglibyśmy się spotkać jutro o szesnastej? Proszę. Słodkich snów, Philip." Słodkich snów, zakpiłam, gdybym tylko mogła spać...
Zastanowiłam się. Czy coś się stało? Dlaczego wysłał mi tego SMS-a? Mam złe przeczucie, jestem pewna, że coś się święci.
Tylko co?
Co jest takiego ważnego, że Philip wręcz błagał mnie o spotkanie?
Bał się, że nie przyjdę?
Bzdura. Kocham go, nie mogłabym nie przyjść. Aha, nie napisał tylko, gdzie chce się spotkać. Może pójdziemy do miasta.
Przykryłam się kocem i od razu poczułam się senna. Położyłam głowę na miękkiej poduszce w kształcie świnki i zasnęłam.
Promienie słoneczne prześwitywały przez zasłony i oświetlały pokój. Otworzyłam na oścież okno, a moją twarz owiał chłodny wiaterek. Było zimno, chociaż mieliśmy środek lata. Wyjrzałam na podwórko. Nie było śladu po deszczu, słońce osuszyło ziemię. Dzień wydawał się idealny na wszystko, a zwłaszcza na jazdę konną. Wyjęłam z szafy bryczesy i luźną czarną bluzę. Szybko się ubrałam i umyłam oraz pościeliłam łóżko. Zbiegłam po schodach do kuchni. Mama już przygotowywała śniadanie - jajecznicę z bekonem. Pycha. Usiadłam przy stole, a mama nałożyła mi na talerz jedzenie. Zaczęłam się zajadać. Obok mnie usiadł tata.
-Pojeździsz dziś na Parysie? -Spytał, smarując sobie masłem chleb.- Dawno go nie ruszałaś. Zastoi się.
-Miałam zamiar dziś na niego wsiąść. Może pojedziemy do lasu. Podasz mi pieprz?
-Proszę -powiedział, podając mi przyprawę.- To fajnie. Tylko nie przyprowadzaj mi tu znowu jakiegoś konia -zaśmiał się.
-Nie masz się o co martwić. A właśnie, jak się toczą sprawy z Niespodzianką? -Mama postawiła mi przed nosem herbatę. Posłodziłam ją i upiłam łyk.- Simpson próbuje ją odzyskać?
-Chyba sobie odpuścił. Mam nadzieję. Ale po takich osobach można się spodziewać wszystkiego. To psychol.
Zaśmiałam się. Odłożyłam naczynia do zlewu i poszłam do przedpokoju. Założyłam sztyblety, po czym pobiegłam do stajni. Drzwi były lekko uchylone. Dziwne. Jestem pewna, że je wieczorem zamykałam. Weszłam do środka i zastałam zaskakujący widok; Niespodzianka stała przed boksem Parysa. Oboje spojrzeli na mnie zaciekawionym wzrokiem. Podeszłam do klaczy. Miała na sobie kantar i pół uwiązu. Przyjrzałam się bardziej. Dziwnie to wyglądało. Wyglądał na przerwany, ale ona chyba nie mogła sama go urwać. Znalazłam jakiś sznurek i z powrotem przywiązałam Niespodziankę do stanowiska. Zaczęłam ją czyścić. Na szyi zobaczyłam ranę, długości kciuka. Jestem pewna, że tam nie miała rany. Na sto procent. Na dowód tego wokół niej była zaschnięta krew. Sama sobie to zrobiła? Szczerze w to wątpię. W dodatku rana była na wysokości uwiązu...
Zostawiłam klacz i poszłam zająć się Parysem. Później pomyślę. Wyczyściłam porządnie karego i nałożyłam na niego siodło oraz ogłowie. Chwilę zajęło mi przekonanie go, żeby włożył wędzidło do pyska, ale udało się. On nie był złośliwy. Zachowywał się bardziej jak potulny kucyk, niż jak wielki i potężny ogier, który z łatwością mógłby mnie zgnieść. Przerzuciłam wodze nad głową i złapałam je za sprzączkę. Wyszłam ze stajni zostawiając za sobą otwarte drzwi. Zrobiło się gorąco. Wyszłam na pole, dociągnęłam popręg do siodła i wskoczyłam na Parysa.
czwartek, 10 kwietnia 2014
Rozdział 23 ♞
-Matko Boska ratuj mnie! -Krzyknęłam zupełnie zdezorientowana. Za oknem zobaczyłam deszcz, a na niebie czarne chmury. Szlag, burza. Miałam ochotę zawinąć się w koc, zasnąć i nigdy nie obudzić. Po chwili jednak przypomniałam sobie, że kilka metrów dalej, w stajni, czeka na mnie cudowne stworzenie. Dwa stworzenia. Podniosłam więc cztery litery, sięgnęłam do szafy po stare dresy, bluzę, założyłam na nogi kalosze i zbiegłam po schodach. Związałam po drodze włosy w kitkę. Minęłam pokój rodziców i kuchnię, po czym wyszłam na podwórko. Na zewnątrz chlapa. Kałuże były dosłownie wszędzie. Nie miałam co liczyć dzisiaj na jazdę na Parysie, zrobię mu dzień wolny. Jutro też. Cholera, jak będę mu tak często odpuszczać, zrobi się gruby. Przebiegłam przez kałuże i otworzyłam drzwi do stajni. Usłyszałam miłe prychnięcie. Uśmiechnęłam się. Podeszłam do mojego wierzchowca, który jak zwykle miał słomę między zębami. Sięgnęłam po szczotki, weszłam do jego boksu i zaczęłam go czyścić. Nagle usłyszałam huk. Podskoczyłam, a zaniepokojony Parys zarżał. Zaczęłam mówić do niego, chociaż chyba tak naprawdę próbowałam uspokoić samą siebie. Poczułam się samotna. Nagle poczułam silną potrzebę przytulenia się do kogoś. Philipa ani rodziców nie było przy mnie, pozostawał więc tylko koń. Objęłam lśniącą szyję mojego ogiera. Od razu lepiej. I jeszcze ta świadomość, że mogę to robić tyle czasu, ile mi się podoba. Kolejny grzmot. I następny. Kurczę, chyba rozpętała się prawdziwa burza. Mocno się wystraszyłam. Spojrzałam na Parysa: oaza spokoju. Jest najwyraźniej doskonale wyszkolony. A myślałam, że konie wyścigowe są nerwowe. Bo Parys chyba się ścigał? A może się mylę.
Kontynuowałam czyszczenie. Kary się chyba tarzał, bo miał pełno sklejek, nad którymi musiałam się bardzo namęczyć. Wyczyściłam mu kopyta, rozczesałam porządnie grzywę i zastanawiałam się, co będę robić. Może porysuję? Dawno tego nie robiłam. Zamknęłam za sobą boks, wyszłam ze stajni i przebiegłam szybko przez podwórko. Zrzuciłam mokre kalosze w przedpokoju, pobiegłam na górę i sięgnęłam do szafki po zeszyt oraz ołówek. Wróciłam pędem do stajni. Wpełzłam do boksu i usiadłam. Zaczęłam szkicować Parysa. Starałam się skupić całą swoją uwagę na rysowaniu i zapomnieć o walce żywiołów na zewnątrz. Najpierw głowa, umięśniony korpus, długie i szczupłe nogi, lśniąca grzywa delikatnie opadająca na szyję. Na koniec pocieniować. Jest, idealne proporcje. Rysowanie to moja druga pasja, chociaż bardziej (i to o wiele!) lubię jeździectwo. Parys zaczął prychać, pogrzebał nogą w ściółce i po chwili uwalił się na ziemię. Konie tak śmiesznie się kładą: przednie nogi, tylne, i całe ciałko. Przewinęłam kartkę i zaczęłam ponownie szkicować mojego ogiera. Miałam mały problem z kopytami, jak zawsze. Gdy byłam mała i nie miałam co robić, wyjmowałam szkicownik i rysowałam wszystko, co zobaczyłam. Mama ma chyba trzy kartony z moimi dziełami, babcia też. Zaczęło mi się nudzić. Kurcze, co mogę jeszcze zrobić? Sprzątnąć stajnię? Nie... To nie jest ciekawe zajęcie. Odłożyłam szkicownik i wsłuchiwałam się w burzę. Usłyszałam huk. Podskoczyłam w miejscu, a zaciekawiony Parys odwrócił łeb w moją stronę.
-Spokojnie malutki. -Powiedziałam, próbując się jednocześnie uspokoić. Wyjrzałam przez okno w boksie i zobaczyłam, jak ciemne niebo przecina ogromna biała strzała. Czekałam znowu na ten przerażający dźwięk, jednak nic nie usłyszałam. Otworzyłam okno, a do budynku wleciało świeże powietrze. Miało przyjemny zapach. Poczułam się bardzo przytulnie w chłodnej stajni. Kolejny grzmot. Zaczęłam się bardziej przysłuchiwać dźwiękom dochodzącym z zewnątrz. Z każdą chwilą czułam się lepiej. Ta burza zaczynała mi się podobać! Chyba ją nawet polubiłam.
Nudziło mi się. Spojrzałam na Parysa, nie miał już co jeść. Wstałam i wyszłam z boksu. Wzięłam widły i podeszłam do jednego z balotów ustawionych w kupce, po czym go rozwaliłam tak, że dookoła mnie walały się pojedyncze wiązki siana. Nadziałam je na widły i przerzuciłam nad ścianką boksu, potem rzuciłam je też pod nos Niespodzianki.
-Ellie! -Usłyszałam stłumione wołanie.- Gdzie jesteś?
Odłożyłam widły, a do stajni wszedł tata.
-O, tu się schowałaś -powiedział.- Jadłaś śniadanie? Chodź, mama zrobiła grzanki.
Wyszliśmy z budynku. Przestało już padać, ale dalej było mroczno, a w oddali słychać było pojedyncze grzmoty. Tata otworzył przede mną drzwi do domu. Już w progu czułam nieziemski zapach smażonego chleba.
-Zjem kilka -odezwałam się znienacka.- Albo najlepiej wszystkie. Jestem głodna.
Kontynuowałam czyszczenie. Kary się chyba tarzał, bo miał pełno sklejek, nad którymi musiałam się bardzo namęczyć. Wyczyściłam mu kopyta, rozczesałam porządnie grzywę i zastanawiałam się, co będę robić. Może porysuję? Dawno tego nie robiłam. Zamknęłam za sobą boks, wyszłam ze stajni i przebiegłam szybko przez podwórko. Zrzuciłam mokre kalosze w przedpokoju, pobiegłam na górę i sięgnęłam do szafki po zeszyt oraz ołówek. Wróciłam pędem do stajni. Wpełzłam do boksu i usiadłam. Zaczęłam szkicować Parysa. Starałam się skupić całą swoją uwagę na rysowaniu i zapomnieć o walce żywiołów na zewnątrz. Najpierw głowa, umięśniony korpus, długie i szczupłe nogi, lśniąca grzywa delikatnie opadająca na szyję. Na koniec pocieniować. Jest, idealne proporcje. Rysowanie to moja druga pasja, chociaż bardziej (i to o wiele!) lubię jeździectwo. Parys zaczął prychać, pogrzebał nogą w ściółce i po chwili uwalił się na ziemię. Konie tak śmiesznie się kładą: przednie nogi, tylne, i całe ciałko. Przewinęłam kartkę i zaczęłam ponownie szkicować mojego ogiera. Miałam mały problem z kopytami, jak zawsze. Gdy byłam mała i nie miałam co robić, wyjmowałam szkicownik i rysowałam wszystko, co zobaczyłam. Mama ma chyba trzy kartony z moimi dziełami, babcia też. Zaczęło mi się nudzić. Kurcze, co mogę jeszcze zrobić? Sprzątnąć stajnię? Nie... To nie jest ciekawe zajęcie. Odłożyłam szkicownik i wsłuchiwałam się w burzę. Usłyszałam huk. Podskoczyłam w miejscu, a zaciekawiony Parys odwrócił łeb w moją stronę.
-Spokojnie malutki. -Powiedziałam, próbując się jednocześnie uspokoić. Wyjrzałam przez okno w boksie i zobaczyłam, jak ciemne niebo przecina ogromna biała strzała. Czekałam znowu na ten przerażający dźwięk, jednak nic nie usłyszałam. Otworzyłam okno, a do budynku wleciało świeże powietrze. Miało przyjemny zapach. Poczułam się bardzo przytulnie w chłodnej stajni. Kolejny grzmot. Zaczęłam się bardziej przysłuchiwać dźwiękom dochodzącym z zewnątrz. Z każdą chwilą czułam się lepiej. Ta burza zaczynała mi się podobać! Chyba ją nawet polubiłam.
Nudziło mi się. Spojrzałam na Parysa, nie miał już co jeść. Wstałam i wyszłam z boksu. Wzięłam widły i podeszłam do jednego z balotów ustawionych w kupce, po czym go rozwaliłam tak, że dookoła mnie walały się pojedyncze wiązki siana. Nadziałam je na widły i przerzuciłam nad ścianką boksu, potem rzuciłam je też pod nos Niespodzianki.
-Ellie! -Usłyszałam stłumione wołanie.- Gdzie jesteś?
Odłożyłam widły, a do stajni wszedł tata.
-O, tu się schowałaś -powiedział.- Jadłaś śniadanie? Chodź, mama zrobiła grzanki.
Wyszliśmy z budynku. Przestało już padać, ale dalej było mroczno, a w oddali słychać było pojedyncze grzmoty. Tata otworzył przede mną drzwi do domu. Już w progu czułam nieziemski zapach smażonego chleba.
-Zjem kilka -odezwałam się znienacka.- Albo najlepiej wszystkie. Jestem głodna.
czwartek, 27 marca 2014
Rozdział 22 ♞
Po obu stronach stały dobrze zbudowane konie. Wszystkie były kare, kasztanowate albo gniade. Większość posiadała jakieś odmiany, które tylko dodawały im uroku. Podeszłam do najbliższego: karego ogiera Trakusa. Miał lśniącą sierść i krótko przyciętą grzywę. Patrzył na mnie zaciekawionym wzrokiem, a uszy skierował w moją stronę. Pogładziłam go po aksamitnym pysku. Czas jakby się zatrzymał. Słyszałam jedynie prychnięcia dobiegające z sąsiednich boksów.
-Idziemy dalej? -Z transu wyrwał mnie głos Rona. Odsunęłam się od ogiera i zaczęłam iść środkiem stajni. Boksy były całkiem duże i zadbane. Obok każdego z nich wystawał kołek, na którym powieszone było ogłowie lub kantar. Konie z zaciekawieniem wystawiały głowy, gdy koło nich przechodziłam. Podeszłam do karej klaczy pełnej krwi angielskiej. Na czole miała gwiazdkę. Przyjrzałam się jej dobrze; łudząco przypominała legendarną klacz wyścigową Ruffian. Poklepałam ją po szyi i wznowiłam zwiedzanie. Doszłam wreszcie do końca stajni i zawróciłam w stronę wyjścia.
-Jak ci się podobało? -Zapytał mężczyzna niższy ode mnie o głowę.
-Bardzo! -Odrzekłam zgodnie z prawdą.- Ma pan piękne konie. Nie wiedziałam, że to stajnia wyścigowa.
-Cieszę się. -Powiedział uradowany Ron- A jak się miewa Parys?
-Doskonale, biegamy dużo. On to kocha. Też się ścigał?
-Na początku tak, ale później przestał.
Właśnie w tym momencie, do stajni wszedł Philip.
-Dobra, Bob trenuje Bellę. Ellie, wracamy już?
-Nie, no coś ty! Chcę jeszcze trochę popatrzeć. -Philip odetchnął. Chyba nie chciał, żebym tu dłużej została. Nagle zaczęłam dostrzegać ogromne różnice między nim, a jego ojcem. Philip był wysoki, dobrze zbudowany, miał brązowe oczy i był brunetem. Zupełnie nie przypominał niskiego, zielonookiego szatyna, jakim był Ron. Wyszliśmy ze stajni i kierowaliśmy się w stronę wybiegu. Zaczęłam rozmawiać z Ronem na temat jego koni i wyścigów. I nagle poczułam, jak silny podmuch wiatru wytrąca mnie z równowagi.
-WOW -krzyknęłam jak nieokrzesane dziecko- co to było?!
-Ellie, słonko, to koń. Właśnie trwa trening.
Spojrzałam na Evansów z rumieńcem na twarzy. Poczułam się głupio, dlatego szybko odwróciłam się w stronę wybiegu. Dwa folbuty biegły z zawrotną prędkością. Ich długie nogi delikatnie dotykały ziemi, żeby po chwili znów znaleźć się w powietrzu. Otworzyłam usta ze zdumienia. Miałam wrażenie, jakby te dwa gniadosze poruszały się w zwolnionym tempie. Po chwili Philip zaczął mówić coś do Rona, a potem do mnie. Nie zrozumiałam ani słowa z tego, bo nie potrafiłam skupić się na niczym innym, jak na biegnących koniach.
-Ellie, chodź, odwiozę cię.
Posłusznie ruszyłam w stronę samochodu. Pożegnałam się z dżokejem i podziękowałam. Zapięłam pasy i czekałam, aż mój chłopak odpali silnik. Zapadła niezręczna cisza.
-Fajnie mieszkasz. -Powiedziałam.
-Dzięki. -Odpowiedział bez emocji.
-Te wasze konie są w ogóle świetne. A te dwa ogiery, które właśnie biegały - kosmos!
-Super.
-Philip?
-No?
-Ty nie chciałeś, żebym do ciebie przyjechała, prawda?
-Nie chciałem. -Powiedział z kamiennym wyrazem twarzy. Po chwili spojrzał na mnie i chyba zauważył, że poczułam się urażona, bo objął mnie ramieniem i pocałował w czoło.- Jezu, Ellie, kochanie -uwielbiam, gdy mówi do mnie "kochanie".- Słuchaj, to nie chodzi o ciebie.
-A o co? -Spytałam ze łzami w oczach, chociaż starałam się je powstrzymywać.
-No... tak naprawdę to o nic. Po prostu nie lubię zapraszać nikogo do siebie.
-Dlaczego? Przecież twój tata jest całkiem fajny, konie też. -Spojrzałam na niego.- Musi być jakiś powód.
-Nie ma. Przepraszam. Kocham cię. Jedziemy w końcu do domu?
Podróż nie trwała zbyt długo. Okazało się, że Philip mieszka jakieś dwadzieścia kilometrów ode mnie. Zaparkował na podwórku, poczekał aż wysiądę z samochodu i odjechał. Przez prawie całą drogę rozmawialiśmy o naszej przygodzie z koniokradami.
-Zastanawia mnie, czemu oni chcieli zwinąć Parysa. -Powiedział w pewnym momencie Philip.- Ani pochodzenia nie miał, ani umiejętności, to taka bezużyteczna szkapa.
Szturchnęłam go w ramię, potem on zrobił to samo i się roześmialiśmy.
Na podwórku stała zaparkowana ciężarówka do przewozu żywych zwierząt. Zobaczyłam w niej kilka krów. Co tu się dzieje?, pomyślałam. Tata sprzedaje bydło? Ale jak to...
-Mamo, o co chodzi?
-Tata sprzedaje krówki. Nie ma siły na zajmowanie się nimi, a ja nie będę tego robić.
Cała mama. Spojrzałam ostatni raz na te zwierzęta i weszłam do domu. Przeszłam przez korytarz, minęłam kuchnię i wbiegłam po schodach. Otworzyłam drzwi do swojego pokoju. Ściany były pomalowane na fioletowo, wszędzie wisiały plakaty z końmi, figurki i wszystko, co było możliwe. W rogu pokoju leżały buty do jazdy konnej, obok stało wielkie łóżko z wizerunkiem pięknego konia arabskiego na pościeli, a na szafce nocnej czerwony budzik. Zdjęłam w progu buty i rzuciłam się na łóżko. Chociaż mój pokój bardzo mi się podobał, postanowiłam go trochę przerobić. No bo w końcu która piętnastolatka ma na półkach kucyki My Little Pony?
Zaczęłam zdzierać wszystkie plakaty, uważając przy tym, żeby farba nie zeszła razem z taśmą. Po dwudziestu minutach nie było śladu po rzeczach dla dziesięcioletniej koniarki. Cieszyłam się ze swojej roboty, ale jednocześnie w pokoju zrobiło się pusto i ponuro. Musiałam wypełnić czymś te ściany, inaczej bym zwariowała! Wpadłam na pewien pomysł. Podeszłam do jednej z szuflad i zaczęłam w niej szperać. Nic nie ma. W następnej - to samo. Dopiero w trzeciej znalazłam to, co szukałam: pudełko z ramkami do zdjęć i rodzinny album. Otworzyłam na pierwszej stronie i wyjęłam z niej kilka ładnych zdjęć. Potem reszta albumu, aż we wszystkich ramkach pojawiły się fotografie. Postawiłam kilka z nich na półkach. Wyjrzałam przez okno, chcąc sprawdzić, czy ciężarówka nadal stała na podwórku. Nie stała. Zbiegłam więc na dół i odszukałam tatę.
-Przybijesz mi kilka gwoździ do ściany? -Spytałam.
-Eee, no pewnie. Tylko znajdę młotek.
Wróciłam do pokoju. Fioletowe ściany nadal wypełniała pustka. Po chwili usłyszałam kroki na schodach.
-Po co ci te gwoździe? -Spytał w progu tata.
-Chciałam powiesić kilka zdjęć na ścianie, nudno tu.
-OK, gdzie mam je przybić?
-Poczekaj, zaraz ci pokażę.
Tata był u mnie w pokoju jakieś pięć minut. Potem powiesiłam zdjęcia na ścianie i od razu zrobiło się weselej. Podobał mi się nowy wystrój tego miejsca.
Właśnie zachodziło słońce, a ja poczułam okropne zmęczenie. Poszłam do łazienki, która znajdowała się naprzeciw mojego pokoju. Zakluczyłam drzwi i przejrzałam się w lustrze. Wciąż miałam kawałki słomy we włosach. Ja nie rozumiem, jak to się działo, że one zawsze tam były? Przecież się w nich nie tarzałam! Rozpuściłam swoje brązowe włosy wciąż związane w kitka i je rozczesałam. Zmyłam tusz do rzęs, który nakładałam sobie codziennie rano, po czym wskoczyłam do wanny i szybko się umyłam. Ubrałam się w piżamę i położyłam do łóżka. Właśnie odpływałam do magicznej krainy snów, gdy sobie o czymś przypomniałam. Nie byłam dziś u Parysa. Cholera. Wybiegłam z pokoju, nałożyłam na siebie jakieś trampki i popędziłam przez podwórko prosto do stajni. Gdy do niej weszłam, usłyszałam chrupanie ogiera. Dobrze, że tata go nakarmił. Podeszłam bliżej i zobaczyłam pełne do połowy poidło.
-Smakuje sianko? -Powiedziałam, gładząc go delikatnie po pysku.- Przepraszam, że dziś tak mało się widzieliśmy. Nawet nie pamiętam, czy w ogóle u ciebie byłam. -Zaśmiałam się. Parys prychnął w odpowiedzi, jakby wszystko rozumiał i wrócił do posiłku.
-Kocham cię, mój aniołku. Dobranoc. -Pocałowałam go w czoło i wróciłam do domu.
To znaczy wróciłabym.
Zapomniałam, że mam drugiego konia. Albo raczej "mam". Minęłam boks Parysa i doszłam do stanowiska. Niespodzianka stała tam, powoli przeżuwając siano. Gdy do niej podeszłam, skierowała uszy w moją stronę i na chwilę przestała jeść czekając na to, co się wydarzy. Uniosłam rękę, a klacz bacznie obserwowała moje ruchy. Patrząc siwej prosto w oczy dotknęłam ręką jej boku. Pod moimi palcami skóra zadrżała. Przejechałam delikatnie po brzuchu i po grzbiecie. Wsadziłam rękę do kieszeni w poszukiwaniu jakichś smakołyków i znalazłam. Na otwartej dłoni podałam jej lekko ukruszoną kostkę cukru. Ledwie musnęła moją rękę wargami delikatnymi jak piórko. Ostatni raz na nią spojrzałam i odeszłam. Czułam, że Niespodzianka wciąż na mnie patrzy, a po chwili usłyszałam chrupanie. Minęłam Parysa i zamknęłam wielkie, ciężkie drzwi stajenne. Wróciłam do domu i w końcu po ciężkim dniu "pracy" poszłam spać. A sny miałam piękne.
-Idziemy dalej? -Z transu wyrwał mnie głos Rona. Odsunęłam się od ogiera i zaczęłam iść środkiem stajni. Boksy były całkiem duże i zadbane. Obok każdego z nich wystawał kołek, na którym powieszone było ogłowie lub kantar. Konie z zaciekawieniem wystawiały głowy, gdy koło nich przechodziłam. Podeszłam do karej klaczy pełnej krwi angielskiej. Na czole miała gwiazdkę. Przyjrzałam się jej dobrze; łudząco przypominała legendarną klacz wyścigową Ruffian. Poklepałam ją po szyi i wznowiłam zwiedzanie. Doszłam wreszcie do końca stajni i zawróciłam w stronę wyjścia.
-Jak ci się podobało? -Zapytał mężczyzna niższy ode mnie o głowę.
-Bardzo! -Odrzekłam zgodnie z prawdą.- Ma pan piękne konie. Nie wiedziałam, że to stajnia wyścigowa.
-Cieszę się. -Powiedział uradowany Ron- A jak się miewa Parys?
-Doskonale, biegamy dużo. On to kocha. Też się ścigał?
-Na początku tak, ale później przestał.
Właśnie w tym momencie, do stajni wszedł Philip.
-Dobra, Bob trenuje Bellę. Ellie, wracamy już?
-Nie, no coś ty! Chcę jeszcze trochę popatrzeć. -Philip odetchnął. Chyba nie chciał, żebym tu dłużej została. Nagle zaczęłam dostrzegać ogromne różnice między nim, a jego ojcem. Philip był wysoki, dobrze zbudowany, miał brązowe oczy i był brunetem. Zupełnie nie przypominał niskiego, zielonookiego szatyna, jakim był Ron. Wyszliśmy ze stajni i kierowaliśmy się w stronę wybiegu. Zaczęłam rozmawiać z Ronem na temat jego koni i wyścigów. I nagle poczułam, jak silny podmuch wiatru wytrąca mnie z równowagi.
-WOW -krzyknęłam jak nieokrzesane dziecko- co to było?!
-Ellie, słonko, to koń. Właśnie trwa trening.
Spojrzałam na Evansów z rumieńcem na twarzy. Poczułam się głupio, dlatego szybko odwróciłam się w stronę wybiegu. Dwa folbuty biegły z zawrotną prędkością. Ich długie nogi delikatnie dotykały ziemi, żeby po chwili znów znaleźć się w powietrzu. Otworzyłam usta ze zdumienia. Miałam wrażenie, jakby te dwa gniadosze poruszały się w zwolnionym tempie. Po chwili Philip zaczął mówić coś do Rona, a potem do mnie. Nie zrozumiałam ani słowa z tego, bo nie potrafiłam skupić się na niczym innym, jak na biegnących koniach.
-Ellie, chodź, odwiozę cię.
Posłusznie ruszyłam w stronę samochodu. Pożegnałam się z dżokejem i podziękowałam. Zapięłam pasy i czekałam, aż mój chłopak odpali silnik. Zapadła niezręczna cisza.
-Fajnie mieszkasz. -Powiedziałam.
-Dzięki. -Odpowiedział bez emocji.
-Te wasze konie są w ogóle świetne. A te dwa ogiery, które właśnie biegały - kosmos!
-Super.
-Philip?
-No?
-Ty nie chciałeś, żebym do ciebie przyjechała, prawda?
-Nie chciałem. -Powiedział z kamiennym wyrazem twarzy. Po chwili spojrzał na mnie i chyba zauważył, że poczułam się urażona, bo objął mnie ramieniem i pocałował w czoło.- Jezu, Ellie, kochanie -uwielbiam, gdy mówi do mnie "kochanie".- Słuchaj, to nie chodzi o ciebie.
-A o co? -Spytałam ze łzami w oczach, chociaż starałam się je powstrzymywać.
-No... tak naprawdę to o nic. Po prostu nie lubię zapraszać nikogo do siebie.
-Dlaczego? Przecież twój tata jest całkiem fajny, konie też. -Spojrzałam na niego.- Musi być jakiś powód.
-Nie ma. Przepraszam. Kocham cię. Jedziemy w końcu do domu?
Podróż nie trwała zbyt długo. Okazało się, że Philip mieszka jakieś dwadzieścia kilometrów ode mnie. Zaparkował na podwórku, poczekał aż wysiądę z samochodu i odjechał. Przez prawie całą drogę rozmawialiśmy o naszej przygodzie z koniokradami.
-Zastanawia mnie, czemu oni chcieli zwinąć Parysa. -Powiedział w pewnym momencie Philip.- Ani pochodzenia nie miał, ani umiejętności, to taka bezużyteczna szkapa.
Szturchnęłam go w ramię, potem on zrobił to samo i się roześmialiśmy.
Na podwórku stała zaparkowana ciężarówka do przewozu żywych zwierząt. Zobaczyłam w niej kilka krów. Co tu się dzieje?, pomyślałam. Tata sprzedaje bydło? Ale jak to...
-Mamo, o co chodzi?
-Tata sprzedaje krówki. Nie ma siły na zajmowanie się nimi, a ja nie będę tego robić.
Cała mama. Spojrzałam ostatni raz na te zwierzęta i weszłam do domu. Przeszłam przez korytarz, minęłam kuchnię i wbiegłam po schodach. Otworzyłam drzwi do swojego pokoju. Ściany były pomalowane na fioletowo, wszędzie wisiały plakaty z końmi, figurki i wszystko, co było możliwe. W rogu pokoju leżały buty do jazdy konnej, obok stało wielkie łóżko z wizerunkiem pięknego konia arabskiego na pościeli, a na szafce nocnej czerwony budzik. Zdjęłam w progu buty i rzuciłam się na łóżko. Chociaż mój pokój bardzo mi się podobał, postanowiłam go trochę przerobić. No bo w końcu która piętnastolatka ma na półkach kucyki My Little Pony?
Zaczęłam zdzierać wszystkie plakaty, uważając przy tym, żeby farba nie zeszła razem z taśmą. Po dwudziestu minutach nie było śladu po rzeczach dla dziesięcioletniej koniarki. Cieszyłam się ze swojej roboty, ale jednocześnie w pokoju zrobiło się pusto i ponuro. Musiałam wypełnić czymś te ściany, inaczej bym zwariowała! Wpadłam na pewien pomysł. Podeszłam do jednej z szuflad i zaczęłam w niej szperać. Nic nie ma. W następnej - to samo. Dopiero w trzeciej znalazłam to, co szukałam: pudełko z ramkami do zdjęć i rodzinny album. Otworzyłam na pierwszej stronie i wyjęłam z niej kilka ładnych zdjęć. Potem reszta albumu, aż we wszystkich ramkach pojawiły się fotografie. Postawiłam kilka z nich na półkach. Wyjrzałam przez okno, chcąc sprawdzić, czy ciężarówka nadal stała na podwórku. Nie stała. Zbiegłam więc na dół i odszukałam tatę.
-Przybijesz mi kilka gwoździ do ściany? -Spytałam.
-Eee, no pewnie. Tylko znajdę młotek.
Wróciłam do pokoju. Fioletowe ściany nadal wypełniała pustka. Po chwili usłyszałam kroki na schodach.
-Po co ci te gwoździe? -Spytał w progu tata.
-Chciałam powiesić kilka zdjęć na ścianie, nudno tu.
-OK, gdzie mam je przybić?
-Poczekaj, zaraz ci pokażę.
Tata był u mnie w pokoju jakieś pięć minut. Potem powiesiłam zdjęcia na ścianie i od razu zrobiło się weselej. Podobał mi się nowy wystrój tego miejsca.
Właśnie zachodziło słońce, a ja poczułam okropne zmęczenie. Poszłam do łazienki, która znajdowała się naprzeciw mojego pokoju. Zakluczyłam drzwi i przejrzałam się w lustrze. Wciąż miałam kawałki słomy we włosach. Ja nie rozumiem, jak to się działo, że one zawsze tam były? Przecież się w nich nie tarzałam! Rozpuściłam swoje brązowe włosy wciąż związane w kitka i je rozczesałam. Zmyłam tusz do rzęs, który nakładałam sobie codziennie rano, po czym wskoczyłam do wanny i szybko się umyłam. Ubrałam się w piżamę i położyłam do łóżka. Właśnie odpływałam do magicznej krainy snów, gdy sobie o czymś przypomniałam. Nie byłam dziś u Parysa. Cholera. Wybiegłam z pokoju, nałożyłam na siebie jakieś trampki i popędziłam przez podwórko prosto do stajni. Gdy do niej weszłam, usłyszałam chrupanie ogiera. Dobrze, że tata go nakarmił. Podeszłam bliżej i zobaczyłam pełne do połowy poidło.
-Smakuje sianko? -Powiedziałam, gładząc go delikatnie po pysku.- Przepraszam, że dziś tak mało się widzieliśmy. Nawet nie pamiętam, czy w ogóle u ciebie byłam. -Zaśmiałam się. Parys prychnął w odpowiedzi, jakby wszystko rozumiał i wrócił do posiłku.
-Kocham cię, mój aniołku. Dobranoc. -Pocałowałam go w czoło i wróciłam do domu.
To znaczy wróciłabym.
Zapomniałam, że mam drugiego konia. Albo raczej "mam". Minęłam boks Parysa i doszłam do stanowiska. Niespodzianka stała tam, powoli przeżuwając siano. Gdy do niej podeszłam, skierowała uszy w moją stronę i na chwilę przestała jeść czekając na to, co się wydarzy. Uniosłam rękę, a klacz bacznie obserwowała moje ruchy. Patrząc siwej prosto w oczy dotknęłam ręką jej boku. Pod moimi palcami skóra zadrżała. Przejechałam delikatnie po brzuchu i po grzbiecie. Wsadziłam rękę do kieszeni w poszukiwaniu jakichś smakołyków i znalazłam. Na otwartej dłoni podałam jej lekko ukruszoną kostkę cukru. Ledwie musnęła moją rękę wargami delikatnymi jak piórko. Ostatni raz na nią spojrzałam i odeszłam. Czułam, że Niespodzianka wciąż na mnie patrzy, a po chwili usłyszałam chrupanie. Minęłam Parysa i zamknęłam wielkie, ciężkie drzwi stajenne. Wróciłam do domu i w końcu po ciężkim dniu "pracy" poszłam spać. A sny miałam piękne.
środa, 26 marca 2014
Rozdział 21 ♞
Zsiadłam z Aladara i stępowałam go w ręku. Chodziliśmy tak w kółko przez około dziesięć minut, po czym stwierdziłam, że już wystarczy. Wyszliśmy z hali i wróciliśmy do stajni, do boksu ogiera na samym końcu. Zdjęłam siodło i ogłowie. Pocałowałam Aladara w czoło i zamknęłam boks. Przeszłam przez całą stajnię ze sprzętem, ponieważ siodlarnia znajdowała się przy wejściu. Odszukałam wieszaka z numerkiem mojego siodła. Jak zwykle ktoś pomylił wieszaki. Odwiesiłam sprzęt w inne miejsce i wyszłam ze stajni. Odszukałam wzrokiem Philipa. Dostrzegłam go przy maneżu, z podziwem patrzył na młodych jeźdźców. Podeszłam do niego.
-Hej -zagadnęłam.
-Hej. Już skończyłaś?
-Uhm -odparłam. Jeźdźcy skakali przez całkiem wysokie przeszkody, tak jak wcześniej. Jeździli naprawdę dobrze. Można im pozazdrościć.
-Spójrz na tą dziewczynę -wskazał palcem na chudą jak patyk Zoe- jest niezła.
-Taa, niezła... -Gdyby tylko wiedział, jak się zachowuje, dodałam w myślach. Wszystkie konie w tym samym momencie przeszły do stępa. Zoe spojrzała na mnie z kamiennym wyrazem twarzy. Jakbym jej coś zrobiła. A może była zazdrosna o Aladara? Albo o Philipa? Nie, to przecież absurd. To niemożliwe! Z zamyślenia wyrwał mnie słodki głos mojego chłopaka.
-Wybierzemy się na przejażdżkę?
-Ale teraz? -Spytałam. Byłam trochę obolała po skokach, ale koniec końców się zgodziłam. Przejażdżki z Philipem są zawsze niezwykłe.
Osiodłaliśmy nasze konie i wyruszyliśmy punktualnie o piętnastej. Postanowiliśmy udać się do lasu i nie odjeżdżać za daleko, ponieważ nie znaliśmy terenu. Jechaliśmy na gniadych ogierkach, miały po sześć lat. Mój miał na imię Nolan, od razu przypadł mi do gustu. Zachowywał się jak niesforny źrebak. Philip dosiadał Fogosa. Natura obdarowała go piękną łysiną. Był on bardzo spokojny. Nie wiem, dlaczego ja dosiadałam tego niegrzeczniejszego, skoro Philip jeździł ode mnie o niebo lepiej. Przestałam o tym myśleć, gdy Nolan zaczął serię bryknięć.
-Ej, przestań! Czemu skaczesz?
-Spokojnie Ellie, złap się grzywy. -Powiedział jak zawsze opanowany chłopak. Po krótkim czasie Nolan się uspokoił. A może chciał pobiegać? Skróciłam wodze, przytuliłam ogiera łydkami i przeszliśmy do kłusa. Chwilę później Philip i Fogos zrównali się z nami. Kłusowaliśmy przez kilka minut, po czym zwolniliśmy do stępa. Szliśmy obok siebie, pomiędzy ogromnymi drzewami. Nad nami latały ptaki, słyszeliśmy ich niezwykłe śpiewy. W lesie unosiły się piękne zapachy. Zobaczyłam przed nami łąkę, była bardzo duża. Rosło na niej dużo kwiatów. Chciałam na niej pocwałować. O tak, to wymarzone miejsce na pierwszy cwał. Tak mi się wydaję. Bez dłuższej chwili zastanowienia, popędziłam Nolana. Jeszcze jakiś czas temu nie potrafiłam dobrze kłusować, a teraz potrafię zagalopować ze stępa. Zrobiłam półsiad, po czym ponownie dodałam łydki. Nolan postawił uszy i zaczął cwałować. Po przebiegnięciu kilkudziesięciu metrów, obejrzałam się za siebie; Philip z Fogosem byli już daleko w tyle, wciąż próbowali zagalopować. Chyba ich zaskoczyłam. Ba, na pewno! Byliśmy już prawie na połowie łąki, zaczęłam ściągać wodze i zwalniać. W końcu się zatrzymaliśmy. Poczekałam na Philipa i dałam odsapnąć chwilkę Nolanowi, po czym znów ruszyliśmy galopem. Wjechaliśmy na górkę i znowu stanęliśmy.
-Piękny widok, co? -Zagadnął Philip. Przytaknęłam. Widzieliśmy całą stadninę; za lasem, z którego przyjechaliśmy była droga, a z obu jej stron rosły piękne wiśnie. Dalej stał nieduży dom należący do Grace, obok był parking, a po prawej ogromna hala. Z drugiej strony widziałam plac (na którym konie i jeźdźcy wyglądali jak pracujące mróweczki) oraz długą stajnię w kształcie litery T. Dalej była mała stodoła. A to wszystko było zewsząd otoczone łąkami, lasem i polami, na których leniwie pasły się konie. Cieszyłam się z tego, że znalazłam to miejsce.
-Wracamy?
Rozsiodłaliśmy konie i przetarliśmy je słomą, gdyż się spociły. Nolan i Fogos stali w sąsiednich boksach i chyba bardzo się lubili, bo gdy odeszliśmy, zaczęły się miziać po pyskach. Zabraliśmy cały sprzęt i poszliśmy do siodlarni. Odszukałam wzrokiem numer wieszaka, na którym powinno leżeć siodło Nolana i odwiesiłam je. Philip zrobił to samo ze swoim siodłem w momencie, gdy do pomieszczenia weszła Zoe.
-Hej -powiedział do niej- świetnie jeździsz!
-Dzięki -uśmiechnęła się do niego, ale nie tak normalnie, patrzyła na niego maślanymi oczami. Poczułam się zazdrosna. Idź już stąd, prosiłam w myślach. Nic z tego.
-O, cześć -do siodlarni weszła Nathalie. Spadła mi z nieba!- Ellie, dziękuję ci jeszcze raz za pomoc.
-Nie ma sprawy, do zobaczenia! -Pociągnęłam Philipa za sobą. Wyszliśmy ze stajni i szybkim krokiem wsiedliśmy do samochodu.
-Całkiem udany dzień, prawda?
-Jeszcze jak. -Odpowiedziałam. Zapięłam pasy i czekałam, aż Philip odpali silnik.
-Hej -szturchnął mnie w nogę- co jest?
-Nic.
-Jak to nic? Gapisz się w to okno, jakbyś chciała je rozwalić wzrokiem!
-No bo nie lubię tej Zoe!
-Aha. I to jest powód twojej złości?
Philip miał rację. Poczułam się głupio.
-W sumie... To tak. Słuchaj, ona dzisiaj tak patrzyła na mnie, jak jeździłam na Aladarze, normalnie, jakby mnie chciała z niego zrzucić!
Philip spojrzał na mnie swoimi pięknymi, brązowymi oczami.
-Nie przejmuj się. Wydaje się sympatyczna.
-Co? Zachowujesz się tak, jakbyś nie pamiętał, jak na mnie naskoczyła, wtedy w stajni. -Krzyknęłam.- Ona jest jakaś nienormalna! Rozpieszczona córeczka tatusia...
-Dobra, nieważne. Jedziemy do domu?
Ruszyliśmy. Nareszcie. Wyjechaliśmy z parkingu i ruszyliśmy tą piękną, wiśniową drogą. W samochodzie panował gorąc, dlatego otworzyłam na oścież swoje okno. Doszły mnie piękne zapachy z zewnątrz. Uwielbiam lato. Zaczęłam się zastanawiać, gdzie Philip jeździ. W końcu jest w tym bardzo dobry. Jego tata miał Parysa, ale to nie jest jego jedyny koń. Przecież mój chłopak przyjeżdżał do mnie z jakąś gniadą klaczą. To znaczyło, że tata Philipa miał stajnię. Czyli mieszkali na wsi, ale gdzie? Nie mogło to być daleko, bo inaczej Philip nie przyjeżdżał by do mnie codziennie. Musiałam się tego dowiedzieć.
-Twój tata ma stajnię? -Odpaliłam.
-Ma, a co?
-Nigdy nic nie mówiłeś. Zabierzesz mnie tam kiedyś?
-Jasne, kiedy tylko chcesz. -Mówił bez emocji. Dziwne.
-To ja chcę teraz. -Odpowiedziałam szybko.
-Teraz? Teraz nie bardzo mogę, ja...
-Ale co ty masz do roboty, Philip? -Przerwałam mu.- Oj no proszę, teraz jest dobry moment.
-No OK.
Zgodził się. Jupi! Wreszcie zobaczę, jak ten przystojniak mieszka!
Skręciliśmy w długą drogę prowadzącą do gospodarstwa Evansów. Właśnie tak Philip miał na nazwisko - Evans. Kiedyś zapisałam w zeszycie całą stronę naszymi nazwiskami: Ellie Evans. Ellie i Philip Evansowie. Całkiem fajnie. Przestałam o tym myśleć, gdy zaparkowaliśmy przed dużą stajnią.
Widok karuzeli, kolejnych dwóch stajni i wybiegu treningowego wywarł na mnie ogromne wrażenie. Wysiadłam z auta i otworzyłam usta z podziwu.
-No, jesteśmy. Podoba ci się? -Spytał Philip.
-WOW, nawet bardzo! -Odpowiedziałam.- O, czy to nie twój tata?
Ze stajni wyszedł niski mężczyzna, miał kolorowy kask i prowadził smukłego ogiera z malutkim siodłem na grzbiecie. Zaczęłam myśleć, że to stajnia wyścigowa. Bez chwili namysłu podeszłam do Rona Evansa.
-Dzień dobry! -Przywitałam się.- Pamięta mnie pan?
-Ellie, cześć -powiedział z uśmiechem.- jakbym cię mógł zapomnieć, skoro Philip ciągle mi o tobie opowiada? -Zaśmiał się. Ukradkiem spojrzałam na Philipa, który starał się ukryć zażenowanie. Ja uważałam to za słodkie.
-Czy to jest stajnia wyścigowa? -Spytałam zaciekawiona.
-Tak, Philip ci nie mówił?
-Nie, on dość mało o sobie opowiada.
-Aha, no cóż. Chcesz zobaczyć konie?
-Ja? No pewnie! -Odpowiedziałam podekscytowana.
-Philip, weź Bellę na wybieg, niech Bob na nią wsiądzie.
Ron przekazał wodze chłopakowi, a ze mną wszedł do stajni.
-Hej -zagadnęłam.
-Hej. Już skończyłaś?
-Uhm -odparłam. Jeźdźcy skakali przez całkiem wysokie przeszkody, tak jak wcześniej. Jeździli naprawdę dobrze. Można im pozazdrościć.
-Spójrz na tą dziewczynę -wskazał palcem na chudą jak patyk Zoe- jest niezła.
-Taa, niezła... -Gdyby tylko wiedział, jak się zachowuje, dodałam w myślach. Wszystkie konie w tym samym momencie przeszły do stępa. Zoe spojrzała na mnie z kamiennym wyrazem twarzy. Jakbym jej coś zrobiła. A może była zazdrosna o Aladara? Albo o Philipa? Nie, to przecież absurd. To niemożliwe! Z zamyślenia wyrwał mnie słodki głos mojego chłopaka.
-Wybierzemy się na przejażdżkę?
-Ale teraz? -Spytałam. Byłam trochę obolała po skokach, ale koniec końców się zgodziłam. Przejażdżki z Philipem są zawsze niezwykłe.
Osiodłaliśmy nasze konie i wyruszyliśmy punktualnie o piętnastej. Postanowiliśmy udać się do lasu i nie odjeżdżać za daleko, ponieważ nie znaliśmy terenu. Jechaliśmy na gniadych ogierkach, miały po sześć lat. Mój miał na imię Nolan, od razu przypadł mi do gustu. Zachowywał się jak niesforny źrebak. Philip dosiadał Fogosa. Natura obdarowała go piękną łysiną. Był on bardzo spokojny. Nie wiem, dlaczego ja dosiadałam tego niegrzeczniejszego, skoro Philip jeździł ode mnie o niebo lepiej. Przestałam o tym myśleć, gdy Nolan zaczął serię bryknięć.
-Ej, przestań! Czemu skaczesz?
-Spokojnie Ellie, złap się grzywy. -Powiedział jak zawsze opanowany chłopak. Po krótkim czasie Nolan się uspokoił. A może chciał pobiegać? Skróciłam wodze, przytuliłam ogiera łydkami i przeszliśmy do kłusa. Chwilę później Philip i Fogos zrównali się z nami. Kłusowaliśmy przez kilka minut, po czym zwolniliśmy do stępa. Szliśmy obok siebie, pomiędzy ogromnymi drzewami. Nad nami latały ptaki, słyszeliśmy ich niezwykłe śpiewy. W lesie unosiły się piękne zapachy. Zobaczyłam przed nami łąkę, była bardzo duża. Rosło na niej dużo kwiatów. Chciałam na niej pocwałować. O tak, to wymarzone miejsce na pierwszy cwał. Tak mi się wydaję. Bez dłuższej chwili zastanowienia, popędziłam Nolana. Jeszcze jakiś czas temu nie potrafiłam dobrze kłusować, a teraz potrafię zagalopować ze stępa. Zrobiłam półsiad, po czym ponownie dodałam łydki. Nolan postawił uszy i zaczął cwałować. Po przebiegnięciu kilkudziesięciu metrów, obejrzałam się za siebie; Philip z Fogosem byli już daleko w tyle, wciąż próbowali zagalopować. Chyba ich zaskoczyłam. Ba, na pewno! Byliśmy już prawie na połowie łąki, zaczęłam ściągać wodze i zwalniać. W końcu się zatrzymaliśmy. Poczekałam na Philipa i dałam odsapnąć chwilkę Nolanowi, po czym znów ruszyliśmy galopem. Wjechaliśmy na górkę i znowu stanęliśmy.
-Piękny widok, co? -Zagadnął Philip. Przytaknęłam. Widzieliśmy całą stadninę; za lasem, z którego przyjechaliśmy była droga, a z obu jej stron rosły piękne wiśnie. Dalej stał nieduży dom należący do Grace, obok był parking, a po prawej ogromna hala. Z drugiej strony widziałam plac (na którym konie i jeźdźcy wyglądali jak pracujące mróweczki) oraz długą stajnię w kształcie litery T. Dalej była mała stodoła. A to wszystko było zewsząd otoczone łąkami, lasem i polami, na których leniwie pasły się konie. Cieszyłam się z tego, że znalazłam to miejsce.
-Wracamy?
Rozsiodłaliśmy konie i przetarliśmy je słomą, gdyż się spociły. Nolan i Fogos stali w sąsiednich boksach i chyba bardzo się lubili, bo gdy odeszliśmy, zaczęły się miziać po pyskach. Zabraliśmy cały sprzęt i poszliśmy do siodlarni. Odszukałam wzrokiem numer wieszaka, na którym powinno leżeć siodło Nolana i odwiesiłam je. Philip zrobił to samo ze swoim siodłem w momencie, gdy do pomieszczenia weszła Zoe.
-Hej -powiedział do niej- świetnie jeździsz!
-Dzięki -uśmiechnęła się do niego, ale nie tak normalnie, patrzyła na niego maślanymi oczami. Poczułam się zazdrosna. Idź już stąd, prosiłam w myślach. Nic z tego.
-O, cześć -do siodlarni weszła Nathalie. Spadła mi z nieba!- Ellie, dziękuję ci jeszcze raz za pomoc.
-Nie ma sprawy, do zobaczenia! -Pociągnęłam Philipa za sobą. Wyszliśmy ze stajni i szybkim krokiem wsiedliśmy do samochodu.
-Całkiem udany dzień, prawda?
-Jeszcze jak. -Odpowiedziałam. Zapięłam pasy i czekałam, aż Philip odpali silnik.
-Hej -szturchnął mnie w nogę- co jest?
-Nic.
-Jak to nic? Gapisz się w to okno, jakbyś chciała je rozwalić wzrokiem!
-No bo nie lubię tej Zoe!
-Aha. I to jest powód twojej złości?
Philip miał rację. Poczułam się głupio.
-W sumie... To tak. Słuchaj, ona dzisiaj tak patrzyła na mnie, jak jeździłam na Aladarze, normalnie, jakby mnie chciała z niego zrzucić!
Philip spojrzał na mnie swoimi pięknymi, brązowymi oczami.
-Nie przejmuj się. Wydaje się sympatyczna.
-Co? Zachowujesz się tak, jakbyś nie pamiętał, jak na mnie naskoczyła, wtedy w stajni. -Krzyknęłam.- Ona jest jakaś nienormalna! Rozpieszczona córeczka tatusia...
-Dobra, nieważne. Jedziemy do domu?
Ruszyliśmy. Nareszcie. Wyjechaliśmy z parkingu i ruszyliśmy tą piękną, wiśniową drogą. W samochodzie panował gorąc, dlatego otworzyłam na oścież swoje okno. Doszły mnie piękne zapachy z zewnątrz. Uwielbiam lato. Zaczęłam się zastanawiać, gdzie Philip jeździ. W końcu jest w tym bardzo dobry. Jego tata miał Parysa, ale to nie jest jego jedyny koń. Przecież mój chłopak przyjeżdżał do mnie z jakąś gniadą klaczą. To znaczyło, że tata Philipa miał stajnię. Czyli mieszkali na wsi, ale gdzie? Nie mogło to być daleko, bo inaczej Philip nie przyjeżdżał by do mnie codziennie. Musiałam się tego dowiedzieć.
-Twój tata ma stajnię? -Odpaliłam.
-Ma, a co?
-Nigdy nic nie mówiłeś. Zabierzesz mnie tam kiedyś?
-Jasne, kiedy tylko chcesz. -Mówił bez emocji. Dziwne.
-To ja chcę teraz. -Odpowiedziałam szybko.
-Teraz? Teraz nie bardzo mogę, ja...
-Ale co ty masz do roboty, Philip? -Przerwałam mu.- Oj no proszę, teraz jest dobry moment.
-No OK.
Zgodził się. Jupi! Wreszcie zobaczę, jak ten przystojniak mieszka!
Skręciliśmy w długą drogę prowadzącą do gospodarstwa Evansów. Właśnie tak Philip miał na nazwisko - Evans. Kiedyś zapisałam w zeszycie całą stronę naszymi nazwiskami: Ellie Evans. Ellie i Philip Evansowie. Całkiem fajnie. Przestałam o tym myśleć, gdy zaparkowaliśmy przed dużą stajnią.
Widok karuzeli, kolejnych dwóch stajni i wybiegu treningowego wywarł na mnie ogromne wrażenie. Wysiadłam z auta i otworzyłam usta z podziwu.
-No, jesteśmy. Podoba ci się? -Spytał Philip.
-WOW, nawet bardzo! -Odpowiedziałam.- O, czy to nie twój tata?
Ze stajni wyszedł niski mężczyzna, miał kolorowy kask i prowadził smukłego ogiera z malutkim siodłem na grzbiecie. Zaczęłam myśleć, że to stajnia wyścigowa. Bez chwili namysłu podeszłam do Rona Evansa.
-Dzień dobry! -Przywitałam się.- Pamięta mnie pan?
-Ellie, cześć -powiedział z uśmiechem.- jakbym cię mógł zapomnieć, skoro Philip ciągle mi o tobie opowiada? -Zaśmiał się. Ukradkiem spojrzałam na Philipa, który starał się ukryć zażenowanie. Ja uważałam to za słodkie.
-Czy to jest stajnia wyścigowa? -Spytałam zaciekawiona.
-Tak, Philip ci nie mówił?
-Nie, on dość mało o sobie opowiada.
-Aha, no cóż. Chcesz zobaczyć konie?
-Ja? No pewnie! -Odpowiedziałam podekscytowana.
-Philip, weź Bellę na wybieg, niech Bob na nią wsiądzie.
Ron przekazał wodze chłopakowi, a ze mną wszedł do stajni.
środa, 12 marca 2014
Rozdział 20 ♞
Słucham? -Spytał Philip. Billy stał przed nami, z nienawiścią w oczach.
-Kim ty jesteś, co?
-Ej, a co ty tu w ogóle robisz? -Powiedziałam zdezorientowana. W końcu nie znałam tego gościa!
-Ja -zająknął się- ja przyjechałem do Ellie.
-Co? -Philip spojrzał mi prosto w oczy. A ja sama nie wiedziałam, o co chodzi.
-Dobra, nie wiem, kim jesteś, ani co tu robisz, ale idź już sobie.
I w tym momencie z domu wyszedł Tom Sampson.
-Nie dostaniecie mojego konia. -Krzyczał.- Nie ujdzie wam to płazem, w sądzie czy nie, odzyskam Papugę! Billy, do samochodu!
Stary Sampson zachowywał się jak opętany. Przytuliłam się do Philipa i spojrzałam na tatę, który stał u progu drzwi. Wyglądał na przerażonego. Wystraszyłam się, że Sampsonowie odzyskają Niespodziankę, to znaczy Papugę. Tom odpalił silnik i w końcu odjechał. Gdy przejeżdżał koło mnie i Philipa, zauważyłam, że pokazuje nam środkowy palec. Palant. A Billy, siedzący z tyłu auta, wysłał mi buziaka. Obrzydlistwo!
-Czyli ten mały to syn tego Sampsona? -Przytaknęłam. Złapałam Philipa za rękę i poprowadziłam do domu.
-Jak tu pięknie. -Powiedziałam, gdy Philip stanął za mną i objął mnie w pasie.
-Idealne miejsce na długie tereny. -Przytaknęłam. Zaczęłam iść w stronę stajni. W jednym boksie zauważyłam dziewczynę. Była chyba w moim wieku. Chyba niezbyt sobie radziła z ogromnym ogierem.
-Pomóc ci? -Spytałam.
-Jeśli możesz.
Weszłam do boksu gniadosza. Wzięłam ogłowie nałożyłam je na konia.
-Długo jeździsz? -Zagadnęłam.
-Siedem lat.
-To całkiem sporo.
-Mhm. Ale jak widzisz wciąż mam problemy z siodłaniem. -Powiedziała przygnębiona. Była trochę niższa ode mnie, miała długie blond włosy i piękne, niebieskie oczy.
-To nic. A tak w ogóle to jestem Ellie. -Uśmiechnęłam się do niej i podałam jej dłoń.
-A ja Nathalie. Jestem ze Szwecji.
-O, naprawdę? To fajnie. Mieszkasz w Australii?
-Tak, kilka kilometrów stąd. Uwielbiam to miejsce! -Powiedziała podekscytowana. Zgodziłam się z nią. Trudno byłoby tego nie zrobić.
-O, proszę. -Powiedziałam, gdy skończyłam siodłać ogiera.- Ja już muszę iść do swojego konia. Cześć.
-Cześć -odpowiedziała- Ellie na co wsiadasz?
-Na Aladara -uśmiechnęłam się do niej i odeszłam. Widziałam, jak otwiera usta ze zdziwienia. Ja też nie przypuszczałam nigdy, że wsiądę na takiego konia. A tym bardziej, że skradnie mi on serce. Minęłam wszystkie gniade konie i doszłam do tego jedynego.
-Aladar -szepnęłam, podnosząc rękę. Pogładziłam go po czole i dałam cukierka. Po chwili przyszedł Philip z siodłem.- Będziesz mi teraz za każdym razem przynosił sprzęt? -Zaśmiałam się.- Dzięki.
Weszłam do boksu Aladara i zaczęłam go czyścić. Był wyluzowany. Po kilku minutach zabrałam się za siodłanie. Najpierw ogłowie, później czaprak i siodło. Zapięłam popręg po czym wyprowadziłam Aladara z boksu i wyszłam z nim ze stajni. Zobaczyłam Nathalie wsiadającą na swojego konia. Nie miała stołka, więc próbowała wejść na ogiera z ziemi. Zabawnie to wyglądało, ale nie miałam czasu na oglądanie mojej nowej koleżanki. Ruszyłam dalej w stronę hali. Wsiadłam na Aladara i zaczęłam rozgrzewkę. Kilka kółek w stępie i króciutki kłusik. Dużo myślałam w tamtym momencie, głównie o koniach. Układałam w głowie wszystkie fakty, po kolei. Gdyby rodzice nie kupili mi Parysa, nie poznałabym Philipa. Gdybym nie spadła z niego podczas skoków, pewnie nie znalazłabym Wiśniowej Doliny i tym samym nie ujarzmiła Aladara ani nie poznała Nathalie. A gdyby on mi nie zwiał wtedy w lesie, nie znalazłabym Niespodzianki... To Parys tak na prawdę zmienia moje życie. W takich momentach kocham go jeszcze mocniej.
-Ellie, skoczysz tą kopertę? -Głos Grace przywołał mnie do porządku i tym samym przypomniał, po co przyjechałam do Wiśniowej Doliny.
-Już skaczę. -Nakierowałam Aladara na przeszkodę. Odbił się tuż przed nią.- Ellie, nie zrobiłaś półsiadu! -Powiedziała podchodząc do mnie.- Mało brakowało, a byś spadła. Pamiętaj, gdy koń się odbija - półsiad, oddajesz wodze i masz piękny skok!
-Dobrze, już rozumiem. -Skoczyłam jeszcze kilka razy. Gdy Aladar odbił się po raz ostatni, spojrzałam przez otwarte drzwi od hali. Stała przed nimi Zoe, a obok niej izabelowaty kuc. Patrzyła na mnie z zazdrością. Gdy już wylądowaliśmy na ziemi, a ja wyjrzałam przez drzwi po raz kolejny, dziewczyny tam nie było. Zdążyłam zauważyć znikający za ścianą ogon.
-Kim ty jesteś, co?
-Ej, a co ty tu w ogóle robisz? -Powiedziałam zdezorientowana. W końcu nie znałam tego gościa!
-Ja -zająknął się- ja przyjechałem do Ellie.
-Co? -Philip spojrzał mi prosto w oczy. A ja sama nie wiedziałam, o co chodzi.
-Dobra, nie wiem, kim jesteś, ani co tu robisz, ale idź już sobie.
I w tym momencie z domu wyszedł Tom Sampson.
-Nie dostaniecie mojego konia. -Krzyczał.- Nie ujdzie wam to płazem, w sądzie czy nie, odzyskam Papugę! Billy, do samochodu!
Stary Sampson zachowywał się jak opętany. Przytuliłam się do Philipa i spojrzałam na tatę, który stał u progu drzwi. Wyglądał na przerażonego. Wystraszyłam się, że Sampsonowie odzyskają Niespodziankę, to znaczy Papugę. Tom odpalił silnik i w końcu odjechał. Gdy przejeżdżał koło mnie i Philipa, zauważyłam, że pokazuje nam środkowy palec. Palant. A Billy, siedzący z tyłu auta, wysłał mi buziaka. Obrzydlistwo!
-Czyli ten mały to syn tego Sampsona? -Przytaknęłam. Złapałam Philipa za rękę i poprowadziłam do domu.
***
Jechaliśmy dobrze już znaną nam drogą do Wiśniowej Doliny. Patrzyłam jak zwykle na pola i otaczające nas lasy. Za każdym razem, gdy tamtędy jechałam, byłam pod jeszcze większym wrażeniem. Oprzytomniałam dopiero, gdy zaparkowaliśmy na parkingu za domem. Wysiadłam z samochodu, ale zamiast pójść czym prędzej do stajni, patrzyłam, jak grupka młodych koniarzy jeździ na maneżu. Skakali bardzo wysoko.-Jak tu pięknie. -Powiedziałam, gdy Philip stanął za mną i objął mnie w pasie.
-Idealne miejsce na długie tereny. -Przytaknęłam. Zaczęłam iść w stronę stajni. W jednym boksie zauważyłam dziewczynę. Była chyba w moim wieku. Chyba niezbyt sobie radziła z ogromnym ogierem.
-Pomóc ci? -Spytałam.
-Jeśli możesz.
Weszłam do boksu gniadosza. Wzięłam ogłowie nałożyłam je na konia.
-Długo jeździsz? -Zagadnęłam.
-Siedem lat.
-To całkiem sporo.
-Mhm. Ale jak widzisz wciąż mam problemy z siodłaniem. -Powiedziała przygnębiona. Była trochę niższa ode mnie, miała długie blond włosy i piękne, niebieskie oczy.
-To nic. A tak w ogóle to jestem Ellie. -Uśmiechnęłam się do niej i podałam jej dłoń.
-A ja Nathalie. Jestem ze Szwecji.
-O, naprawdę? To fajnie. Mieszkasz w Australii?
-Tak, kilka kilometrów stąd. Uwielbiam to miejsce! -Powiedziała podekscytowana. Zgodziłam się z nią. Trudno byłoby tego nie zrobić.
-O, proszę. -Powiedziałam, gdy skończyłam siodłać ogiera.- Ja już muszę iść do swojego konia. Cześć.
-Cześć -odpowiedziała- Ellie na co wsiadasz?
-Na Aladara -uśmiechnęłam się do niej i odeszłam. Widziałam, jak otwiera usta ze zdziwienia. Ja też nie przypuszczałam nigdy, że wsiądę na takiego konia. A tym bardziej, że skradnie mi on serce. Minęłam wszystkie gniade konie i doszłam do tego jedynego.
-Aladar -szepnęłam, podnosząc rękę. Pogładziłam go po czole i dałam cukierka. Po chwili przyszedł Philip z siodłem.- Będziesz mi teraz za każdym razem przynosił sprzęt? -Zaśmiałam się.- Dzięki.
Weszłam do boksu Aladara i zaczęłam go czyścić. Był wyluzowany. Po kilku minutach zabrałam się za siodłanie. Najpierw ogłowie, później czaprak i siodło. Zapięłam popręg po czym wyprowadziłam Aladara z boksu i wyszłam z nim ze stajni. Zobaczyłam Nathalie wsiadającą na swojego konia. Nie miała stołka, więc próbowała wejść na ogiera z ziemi. Zabawnie to wyglądało, ale nie miałam czasu na oglądanie mojej nowej koleżanki. Ruszyłam dalej w stronę hali. Wsiadłam na Aladara i zaczęłam rozgrzewkę. Kilka kółek w stępie i króciutki kłusik. Dużo myślałam w tamtym momencie, głównie o koniach. Układałam w głowie wszystkie fakty, po kolei. Gdyby rodzice nie kupili mi Parysa, nie poznałabym Philipa. Gdybym nie spadła z niego podczas skoków, pewnie nie znalazłabym Wiśniowej Doliny i tym samym nie ujarzmiła Aladara ani nie poznała Nathalie. A gdyby on mi nie zwiał wtedy w lesie, nie znalazłabym Niespodzianki... To Parys tak na prawdę zmienia moje życie. W takich momentach kocham go jeszcze mocniej.
-Ellie, skoczysz tą kopertę? -Głos Grace przywołał mnie do porządku i tym samym przypomniał, po co przyjechałam do Wiśniowej Doliny.
-Już skaczę. -Nakierowałam Aladara na przeszkodę. Odbił się tuż przed nią.- Ellie, nie zrobiłaś półsiadu! -Powiedziała podchodząc do mnie.- Mało brakowało, a byś spadła. Pamiętaj, gdy koń się odbija - półsiad, oddajesz wodze i masz piękny skok!
-Dobrze, już rozumiem. -Skoczyłam jeszcze kilka razy. Gdy Aladar odbił się po raz ostatni, spojrzałam przez otwarte drzwi od hali. Stała przed nimi Zoe, a obok niej izabelowaty kuc. Patrzyła na mnie z zazdrością. Gdy już wylądowaliśmy na ziemi, a ja wyjrzałam przez drzwi po raz kolejny, dziewczyny tam nie było. Zdążyłam zauważyć znikający za ścianą ogon.
***
Skończyłam 20 rozdział! W związku z tym chciałam napisać dla Was podziękowania. :D
A więc tak (wiem, że zdań nie zaczyna się od 'a więc' ale nie wiem jak inaczej zacząć, więc jest tak) chciałam Wam podziękować za ponad tysiąc wejść, nie sądziłam nawet, że dojdziemy do 100, a tu proszę! Jestem jeszcze szczęśliwsza, gdy widzę nowy komentarz pod rozdziałem, jesteście takim moim motorkiem:)) Jak mam się Wam odwdzięczyć? <3
Słuchajcie, mam prośbę:) Jeśli zobaczycie jakieś błędy, czy cokolwiek, nieporozumienia, to piszcie w komentarzach lub na email (dobreo20@gmail.com) albo jak macie pytania to też wyślijcie mi je na email. ;)
Dziękuję, że tu jesteście, że mnie wspieracie, że komentujecie i wchodzicie... Powiem Wam tylko, że jeżeli będziecie zainteresowani, będzie więcej komentarzy, to może napiszę też drugą część ;) To będzie The Way: Szansa na lepsze jutro. Co Wy na to? :D Tylko od Was zależy, czy napiszę drugą część. :D
Dziękuję, idę pisać 21 rozdział. ^^
PS. Jeśli serio podoba Wam się moje opowiadanie, udostępniajcie, komentujcie, dajcie okejkę i czytajcie!^^
A więc tak (wiem, że zdań nie zaczyna się od 'a więc' ale nie wiem jak inaczej zacząć, więc jest tak) chciałam Wam podziękować za ponad tysiąc wejść, nie sądziłam nawet, że dojdziemy do 100, a tu proszę! Jestem jeszcze szczęśliwsza, gdy widzę nowy komentarz pod rozdziałem, jesteście takim moim motorkiem:)) Jak mam się Wam odwdzięczyć? <3
Słuchajcie, mam prośbę:) Jeśli zobaczycie jakieś błędy, czy cokolwiek, nieporozumienia, to piszcie w komentarzach lub na email (dobreo20@gmail.com) albo jak macie pytania to też wyślijcie mi je na email. ;)
Dziękuję, że tu jesteście, że mnie wspieracie, że komentujecie i wchodzicie... Powiem Wam tylko, że jeżeli będziecie zainteresowani, będzie więcej komentarzy, to może napiszę też drugą część ;) To będzie The Way: Szansa na lepsze jutro. Co Wy na to? :D Tylko od Was zależy, czy napiszę drugą część. :D
Dziękuję, idę pisać 21 rozdział. ^^
PS. Jeśli serio podoba Wam się moje opowiadanie, udostępniajcie, komentujcie, dajcie okejkę i czytajcie!^^
poniedziałek, 10 marca 2014
Rozdział 19 ♞
Wstałam jak zwykle z samego rana. Nałożyłam na siebie spodnie, które wieczorem zostawiłam na oparciu krzesła. Gdy się przeciągałam, poczułam głód. Zbiegłam po schodach i od razu udałam się do kuchni. Wyjęłam bułkę z chlebaka, a potem posmarowałam ją dżemem truskawkowym mojej babci. Zjadłam ją szybko, po czym założyłam kalosze i ruszyłam prosto w stronę stajni. Rozsunęłam ogromne drzwi. Poczułam słodki zapach siana. Szłam w stronę jedynego boksu. Wcześniej nie zauważyłam w nim ogiera, pewnie leżał. Ale gdy podeszłam bliżej, zorientowałam się, że to nie Parys, a Niespodzianka. Ucięła sobie drzemkę. Chwyciłam kantar wiszący obok i wpełzłam do boksu. Zaczęłam mówić spokojnym tonem czekając, aż klacz się obudzi. Po chwili zaczęła się podnosić. Założyłam kantar na jej piękny siwy łeb i wyprowadziłam ze stajni. Prowadziłam Niespodziankę w stronę bramy, jednocześnie zastanawiając się, na jakie pole mam ją wypuścić. Na tym po prawej są krowy, a przed nami Parys. Wypuszczę ją na to po lewej. Rozsunęłam bramę i przeprowadziłam przez nią siwą. Gdy tylko poczuła, że już jej nie trzymam, zaczęła galopować i brykać. Podbiegła do ogrodzenia, przy którym już stał Parys. Zaczęli trącać się nosami. Wyglądali razem przeuroczo! Patrzyłam na nich i zastanawiałam się, ile lat ma ta kobyłka. Wygląda na siedem. Z tyłu usłyszałam szczekanie psów. Odwróciłam się i zobaczyłam białe auto wjeżdżające na nasze podwórko. Zupełnie nie wiedziałam o co chodzi. Po chwilo jednak wysiadł z niego Sampson.
-Witaj! -Krzyknął do mnie. Ujrzałam jego szczerbaty uśmiech- Gdzie Adam?
Do czego mu jest potrzebny mój tata?
-W domu. Ma pan do niego jakąś sprawę? -Odpowiedziałam zgryźliwie. Jednak nie usłyszał chyba końcówki zdania, bo już szedł w kierunku mojego domu. Patrzyłam na niego z obrzydzeniem.
-Cześć! -Usłyszałam jakby koło ucha- Jestem Billy, a ty?
Kurczę, skąd on się wziął?! Metr trzydzieści (w pasie zapewne więcej), pryszcze w każdym zakątku twarzy, tłuste włosy, okularki w jakieś żółwie no i aparat na zęby. Oczywiście nie miałam nic przeciwko temu ostatniemu. Ale na jego żółtych zębach wyglądał okropnie. Patrzyłam na niego ze zdziwieniem. Już miałam zamiar się ulotnić, gdy usłyszałam kolejny samochód.
-Philip! -Krzyknęłam i odepchnęłam Billa, po czym popędziłam do mojego chłopaka.
-Ellie, kochanie.
Tym razem się nie pocałowaliśmy, ale za to naprawdę mocno przytuliliśmy. Było mi cieplutko. Jednak ta chwila rozkoszy się skończyła, kiedy podszedł do nas Billy.
-Ej! -Spojrzeliśmy oboje na niego- Kim ty jesteś, co?! -Zwrócił się do Philipa. Byłam równie zdziwiona, co on.
-Witaj! -Krzyknął do mnie. Ujrzałam jego szczerbaty uśmiech- Gdzie Adam?
Do czego mu jest potrzebny mój tata?
-W domu. Ma pan do niego jakąś sprawę? -Odpowiedziałam zgryźliwie. Jednak nie usłyszał chyba końcówki zdania, bo już szedł w kierunku mojego domu. Patrzyłam na niego z obrzydzeniem.
-Cześć! -Usłyszałam jakby koło ucha- Jestem Billy, a ty?
Kurczę, skąd on się wziął?! Metr trzydzieści (w pasie zapewne więcej), pryszcze w każdym zakątku twarzy, tłuste włosy, okularki w jakieś żółwie no i aparat na zęby. Oczywiście nie miałam nic przeciwko temu ostatniemu. Ale na jego żółtych zębach wyglądał okropnie. Patrzyłam na niego ze zdziwieniem. Już miałam zamiar się ulotnić, gdy usłyszałam kolejny samochód.
-Philip! -Krzyknęłam i odepchnęłam Billa, po czym popędziłam do mojego chłopaka.
-Ellie, kochanie.
Tym razem się nie pocałowaliśmy, ale za to naprawdę mocno przytuliliśmy. Było mi cieplutko. Jednak ta chwila rozkoszy się skończyła, kiedy podszedł do nas Billy.
-Ej! -Spojrzeliśmy oboje na niego- Kim ty jesteś, co?! -Zwrócił się do Philipa. Byłam równie zdziwiona, co on.
wtorek, 18 lutego 2014
Rozdział 18 ♞
Philip przyjechał
z samego rana. Byłam już gotowa. Chciałam znowu spotkać Aladara, wydawało mi
się, że nie widziałam go od wieków! Szybko wyruszyliśmy. Miałam poczucie winy,
że zostawiam Niespodziankę, ale i tak nie mogłam nic z nią zrobić. Chociaż
może… nie, to głupie.
-Ej
Philip, a gdybyśmy zabrali ze sobą Niespodziankę i mogłabym popracować z nią na
hali?
-Kogo?
-Niespodziankę.
A, no tak. Ty nie wchodziłeś do stajni, więc nie wiesz.
-No nie
wiem. Co to za niespodzianka?
-Niespodzianka
to klacz. Wczoraj znalazłam ją przypadkiem w lesie. Nie uwierzysz, ale miała na
sobie pełno ran! Boże, ty nawet nie wiesz, jak ja się przestraszyłam, kiedy je
zobaczyłam. To była blizna na bliźnie. Masakra.
-Naprawdę?
-No tak.
To chyba koń Sampsonów, no wiesz, tych, co mieszkają parę kilometrów od nas.
-Aha, ci
dziwacy? –Zaśmiał się Philip.
-Tak,
dziwacy. –Próbowałam zachować powagę, ale w obecności Philipa się nie dało. Po
chwili śmialiśmy się jak nigdy.
Myślałam, że się tam uduszę.
Jechaliśmy
między drzewami wiśni. Otworzyłam na
oścież okno. Musiałam pooddychać świeżym, letnim powietrzem. Jednak poczułam się gorzej. Na zewnątrz było
duszno, nad nami pojawiły się czarne chmury zapowiadające burzę. Szybko
zamknęłam okno i uśmiechnęłam się ukradkiem do Philipa, dzięki temu poczułam
się bezpieczniej. Od dziecka boję się piorunów i nie lubię burzy. Mieliśmy
kiedyś psa. Pewnej nocy była najstraszliwsza burza, jaką kiedykolwiek
przeżyłam. Pioruny trzaskały z prawej, z lewej, a huk był tak głośny, że bałam
się o swoje uszy. Burza przyszła znienacka, a nasz pies Barry, mieszkał na podwórku i tata nie mógł go
przyprowadzić do domu. Wtedy był chory, a mama bała się wyjść. Barry też
panicznie bał się piorunów, a że był przywiązany do budy, próbował się
wyswobodzić. I nagle pękła mu kość. Złamał miednicę. Znaleźliśmy go rano, nie
ruszał się. Pojechałam z tatą do weterynarza, który zarządził uśpienie biednego
Barry’ego. Płakałam po nim przez kilka dni.
Wtuliłam
się w Philipa, choć z trudem, bo on wciąż
prowadził samochód. Po chwili się zatrzymał. Byliśmy na miejscu. Szybko
wysiadłam z samochodu i nie patrząc na
Philipa pobiegłam do stajni. Towarzystwo koni pozwoliło mi zapomnieć o
otaczającym mnie świecie, o burzy i
strachu. Dałam smaka każdemu koniowi po kolei. Wszystkie bardzo się cieszyły. Wreszcie doszłam do Aladara – stał jak zwykle
w boksie na samym końcu.
-Aladar
–gdy wypowiadałam jego imię, prychnął i podszedł do drzwiczek od swojego boksu.
Wyciągnęłam dłoń, żeby go pogłaskać, a Aladar przybliżył swój łeb i oparł o
moje ramię. Poczułam ogromną ulgę. Nie wiem czemu, ani z jakiego powodu, miałam
po prostu wrażenie, że zrzuciłam z siebie jakiś ciężar. Philip przyniósł mi właśnie siodło i ogłowie,
za co byłam mu wdzięczna, a potem poszedł. Weszłam do boksu Aladara i zaczęłam
go czyścić. Zauważyłam, że przymknął oczy, a warga mu zwisała, z czego się
bardzo ucieszyłam. Teraz mam pewność, że przy mnie czuje się bezpiecznie. Wie,
że go nigdy nie skrzywdzę. Ja wiem to samo o nim. Osiodłałam go, wyprowadziłam
ze stajni i poszłam na halę. Znowu byłam sama. Chyba wszyscy inni bali się tego
pięknego ogiera, dlatego teraz też mieliśmy jazdę indywidualną. A przecież
Aladar jest bardzo spokojnym koniem, to strach doprowadza go do złego
zachowania. A boi się przez ludzi. Przez ludzi, którzy nie potrafią go
zrozumieć. Odszukałam wzrokiem stołka, jednak nigdzie go nie było. Postanowiłam nie tracić czasu i wsiąść z ziemi. Jak zwykle odczekałam chwilę, a potem przytuliłam konia łydkami. Dojechałam do ściany i szłam wzdłuż niej około piętnastu minut. Chciałam dzisiaj trochę pokombinować, więc rozciągnąwszy się popędziłam Aladara do kłusa. Zareagował od razu. Najpierw anglezowałam, po czym postanowiłam wyjąć stopy ze strzemion. Jednak odczułam okropny ból i próbowałam odszukać strzemiona. Zamachnęłam się nogą, tak, jak mnie kiedyś uczyli. Jednak strzemiona nadal latały bezwładnie gdzieś wokół siodła. Postanowiłam w takim razie przejść do kłusa ćwiczebnego. Usiadłam wygodnie w siodle i podążałam biodrami za ruchem konia.
Rozdział 17 ♞
Galopowaliśmy bardzo
szybko. Minęliśmy resztę koni i wbiegliśmy do mrocznego lasu. Wszędzie wisiały
pajęczyny, drzewa były spowite mgłą. Pędziliśmy jak wiatr, może nawet szybciej.
Staraliśmy się wygrać ten wyścig, wyścig o życie. Jednak wszystko się popsuło,
Parys nie zauważył pnia. Biegł prosto na niego, potknął się. Wypadłam z siodła
i leciałam jakby w zwolnionym tempie w ruchome piaski.
Ellie -usłyszałam kojący głos Philipa- Ellie, twoi rodzice właśnie wrócili. -Gdy wstałam, zorientowałam się, że jestem cała spocona. Chyba nawet płakałam przez sen.
-Przyjechali?
-Tak. Właśnie zaparkowali.
Spojrzałam na zegarek. Była 10. Jakim cudem spałam tak długo? I dlaczego Philip mnie nie obudził? Wyjęłam z szafy spodnie i bluzkę i poszłam się ubrać i razem z Philipem wyszliśmy do rodziców.
-Tato! -rzuciłam się na niego. -Tato, tak tęskniłam!
-Ellie -przytulił mnie mocno. Staliśmy tak przez dłuższą chwilę.
-Ellie, pomóż tacie z torbami -zwróciła się do mnie mama.
-Ja pomogę -powiedział Philip i podniósł walizkę, po czym zaniósł ją do pokoju rodziców. Poczułam się trochę głupio i wzięłam rzeczy od mamy. Chciałam też pomóc. Weszliśmy do salonu. Mama zaproponowała, żeby Philip pojechał dopiero po obiedzie, ale on nie chciał. Spakował się dzień wcześniej. Chociaż rodzice już wrócili, czułam się samotna. Wciąż miałam przed oczami widok krwawiącego taty na ziemi w stajni. Gdy sobie o tym przypomniałam, nie chciałam się już do niego przytulać. Bałam się. Bałam się, że coś mu przypadkiem zrobię. Momentalnie poczułam się słabo. Wyszłam na podwórko. Philip właśnie wprowadzał swoją gniadą klacz do przyczepy. Podeszłam do niego.
-Hej –powiedziałam przygnębionym tonem.
-Hej.
-Kiedy do mnie przyjedziesz?
-Postaram się być jutro.
Uśmiechnęłam się. Wizja spędzenia następnego dnia znowu z Philipem bardzo mnie uradowała. Gdy zamknął drzwi od przyczepy, przyciągnęłam go do siebie i pocałowałam. Szczęśliwa i uśmiechnięta wróciłam do domu, wciąż machając na pożegnanie odjeżdżającemu chłopakowi. Gdy był tuż przed bramą, przypomniałam sobie pewną rzecz i podbiegłam do niego.
-Philip! –Krzyknęłam. Zatrzymał się. -Philip, moglibyśmy jutro pojechać do Wiśniowej Doliny?
-Nie ma sprawy.
-Dzięki –uśmiechnęłam się. Philip dał mi ostatniego buziaka i odjechał.
Miałam ochotę wybrać się w teren. Poszłam do stajni i wzięłam ze sobą siodło oraz ogłowie. Szybko nałożyłam je na Parysa i wyprowadziłam go na dwór. Otworzyłam bramę i wsiadłam na ogiera. Chwilę się rozglądałam, zastanawiając się, gdzie możemy pojechać, aż wybrałam las. Zawsze lubiłam tam jeździć. Zwłaszcza w styczniu. W lato unosiły się tam niezwykłe zapachy, a drzewa zapewniały cień przed gorącymi promieniami słonecznymi. Spojrzałam na zegarek – dochodziło południe. Szybko ten czas leci, pomyślałam. A może zahaczymy o strumień, żeby się ochłodzić. Tak, tak właśnie zrobię. Pojedziemy do lasu, a potem nad strumień. Miałam tylko nadzieję, że nie natkniemy się na żadne komplikacje. Popędziłam Parysa do kłusa. Jechałam cały czas prosto, w stronę lasu, aż wreszcie tam dojechaliśmy. Widok był przepiękny. Wśród drzew dostrzegłam krzewy jeżyn, więc postanowiłam kilka zebrać. Zsunęłam się z Parysa i związałam wodze. Niech sobie pochodzi, pomyślałam. On jak zwykle ruszył prosto na trawę. Zaśmiałam się. Parys zawsze mnie uszczęśliwiał. Chyba nie było chwili, w której mogłabym w niego zwątpić. Przypomniałam sobie, że miałam zerwać jeżyny, więc prześlizgnęłam się między kłującym krzewem i doszłam do środka. Nie wiem czemu, ale z brzegu nie było ani jednego dojrzałego owocu, więc musiałam wchodzić aż tu. Byłam cała obolała. Igły powbijały mi się w spodnie. Zerwałam szybko jeżyny i włożyłam je do kieszeni. Próbowałam z powrotem przecisnąć się przez kłujące gałązki. -Parys! –Zawołałam, gdy udało mi się w końcu wydostać.- Parys!Nic. Mocno się przeraziłam. Przecież zawsze przychodził! Co się stało? Musiałam go znaleźć. Może coś mu jest? Może ktoś go postrzelił i teraz wykrwawia się gdzieś na skraju lasu, a ja zbieram jeżyny?!-Parys! No chodź do mnie!Zaczęłam panikować. Biegałam od drzewa do drzewa i wrzeszczałam na całe gardło. Chyba nie powinnam go puszczać. Wyjęłam z kieszeni telefon.-Halo, mamo?-No co jest, Ellie?-Nie wiem gdzie jest Parys! Chyba uciekł.-Co? To nie możliwe. Poszukaj go. –Powiedziała ze spokojem w głosie. Zupełnie, jakby Parys jej nie obchodził. Przypomniałam sobie, jak mówiła, że chcą uśpić Parysa. Przeszedł przeze mnie dreszcz. Rozpoczęłam gorączkowe poszukiwanie mojego konia. Jezu, jak to pięknie brzmi – mój koń, mój koń, mój koń… Ellie! Przestań, twojemu koniowi być może grozi niebezpieczeństwo, a ty myślisz o takich głupstwach, skarciłam się w duchu. Niestety mój mózg miał rację. Parysa nie ma, a ja myślę o niebieskich migdałach. Jestem okropna. A może zadzwonię do Philipa? Nie, to nic nie da. Przyjedzie tu na darmo. Nagle kawałek przed sobą zobaczyłam poruszające się krzaki. Były dosyć gęste i wysokie. A co, jeśli to niedźwiedź? Muszę to tak czy siak sprawdzić. Podchodziłam bardzo powoli. Krzaki ruszały się coraz bardziej. Byłam już przy nich. Zdążyłam się mocno wystraszyć, gdy nagle… krzaki prychnęły. Wypuściłam powietrze z płuc i zaczęłam się głośno śmiać.-Parys –powiedziałam rozsuwając gałęzie. Miałam na twarzy wielki uśmiech. Nagle krzyknęłam. To nie był Parys. W pierwszej chwili pomyślałam, że to jakiś miś-albinos, ale nie. To był koń! Najprawdziwszy koń. Nie wiem, skąd wziął się w tym lesie, ale wiem tylko, że go nie znam. Po chwili za nim pojawił się Parys. Hę, czyli ta piękna niespodzianka to klacz? Podeszłam do niej mówiąc łagodnym tonem. Podzieliłam się z nią jeżyną, a Parys poczuł się zazdrosny i też chciał. Wiedziałam, że konie uwielbiają jeżyny. Złapałam Parysa za wodze, a klacz za grzywę. Nie mogłam jej tu przecież zostawić. Przypomniałam sobie, że gdzieś powinnam mieć uwiąz. Znalazłam go i zawiązałam wokół szyi tego aniołka. Po chwili wsiadłam na Parysa i stępem ruszyliśmy do domu.
-Mamo, tato, znalazłam konia! –Krzyknęłam wchodząc do domu. Rzuciłam właśnie bluzę na łóżko, gdy weszli rodzice.
-Co powiedziałaś? –Spytał tata.
-Znalazłam konia w lesie.
-Ale jak to?
-No nie wiem. Po prostu tam był. –Wyjęłam z kieszeni jeżyny i zaczęłam je jeść. Były już trochę zgniecione. Nie chciałam wiedzieć, co działo się w mojej kieszeni.
-A Parys? –Odezwała się mama.
-Parys był z nim. Mówiłam ci, że się zgubił –powiedziałam do mamy- no więc zobaczyłam, że krzaki się ruszają, podeszłam, a tam ten koń. Tuż za nim Parys. A właściwie za nią –poprawiłam się- bo to klacz.
-Aa, i wszystko jasne. –Odrzekł tata.-Dobra, pokaż nam ją.
-Stoi w jednym stanowisku –powiedziałam prowadząc rodziców do stajni. –To ona. Piękna, prawda?
-Koń jak koń. –Powiedziała mama. Bardzo ją kochałam, ale w takich momentach doprowadzała mnie do szału. Zignorowałam ją i spojrzałam na tatę. On baczniej obserwował klacz.
-Wiesz –odezwał się wciąż zamyślony- chyba widziałem ją kiedyś u Sampsonów, wiesz, u tych, którzy mieszkają parę kilometrów dalej. Przedzwonię później do Toma, może mu uciekła.
Zgodziłam się. W końcu to nie mój koń. Tata podszedł do klaczy, żeby ją poklepać. Ale ona odskoczyła. Zdziwiło mnie to. Tata odpuścił i razem z mamą wrócili do domu. Obiecał, że po obiedzie zadzwoni do Toma Sampsona. Chciałam wyczyścić tego konia. Wzięłam szczotki i podeszłam powoli, bojąc się, że jej reakcja będzie taka sama, jak gdy podszedł do niej tata. Jednak nic takiego się nie stało. A może ta klacz ma jakiś uraz do mężczyzn? Przestałam o tym myśleć. Zajęłam się czyszczeniem. Przejechałam zgrzebłem po jej boku, powtórzyłam to, a potem przejechałam po zadzie. A gdy to zrobiłam, ona odskoczyła. Zaczęła szybciej oddychać i rżeć.
-Spokojnie mała –mówiłam i starałam się podejść do jej zadu. Bardzo zaskoczył mnie widok blizn i świeżych jeszcze ran. Zaczęłam szukać więcej takich rzeczy i znalazłam: całe nogi miała w bliznach. Wcześniej ich nie zauważyłam. Szukałam dalej. Rany miała na całym ciele; niektóre małe, inne długością dorównywały mojej dłoni. Już wtedy byłam bardzo wystraszona. Zostawiłam ją w stajni i pobiegłam szybko do domu.
-Tato! –Krzyczałam- Tato, nie możesz zadzwonić do Sampsona! –Powiedziałam zdyszana, gdy tylko znalazłam rodziców.
-Dlaczego?
-Chodź, pokażę ci.
Wróciliśmy do stajni. Klacz stała teraz spokojnie i jadła siano, które wcześniej zostawiłam w żłobie. Pokazałam tacie rany, które odkryłam. On aż złapał się za głowę.
-Co to jest, do cholery? –Powiedział. -Ja tego tak nie zostawię.-Wyjął z kieszeni telefon i zadzwonił na policję. Wyjaśnij dokładnie, o co chodzi. Policjanci poinformowali go, że przyjadą najszybciej, jak się da. Byłam dumna ze swojego taty. I zadowolona z siebie, że zauważyłam te rany. Nie chciałam nawet myśleć, co mogłoby się stać, gdyby Sampsonowie odzyskali klacz. Nie minęło dwadzieścia minut, kiedy policjanci zjawili się pod naszym domem. Rodzice czekali na nich w kuchni, a ja razem z Niespodzianką – tak nazwałam klacz. Uważam, że to trafione imię. Po chwili usłyszałam głosy dochodzące z podwórka. Pomyślałam, że policjanci już tu są. Odeszłam więc od konia i zaczęłam iść w ich stronę.
-Dzień dobry, to ty znalazłaś konia? –Spytał policjant, który wyglądał jak Shrek. Z trudem powstrzymałam śmiech.
-Tak, jestem Ellie Carter
.-Opowiesz nam, jak to było?
Dziesięć minut później policjanci oglądali Niespodziankę. W jednym z nich rozpoznałam tamtego policjanta, któremu obśliniłam koszulę, gdy myślałam, że tata umarł. On najwyraźniej też mnie poznał i uśmiechnął się do mnie. Odwzajemniłam uśmiech. Był znacznie sympatyczniejszy od Shreka.
-Wie pan, kto jest właścicielem konia? –Spytał się ten miły.
-Wydaję mi się, że jest to Tom Sampson. Mieszka parę kilometrów dalej. Mogę panów do niego zawieźć.
Policjanci przytaknęli. Wyszli ze stajni. Nie wiedziałam, co robić, więc pomyślałam, że umyję Niespodziance nogi, które były w błocie aż po łopatki. Była też trochę brudna na boku, więc pomyślałam, że się tarzała. Wyjęłam wąż ogrodowy, odkręciłam wodę i zabrałam się za robotę. Gdy strumień wody dotknął prawej przedniej nogi klaczy, ta ją podniosła i postawiła z powrotem na ziemi. Po chwili to samo. Zakręciłam wodę i przyjrzałam się bliżej nodze. Przeraziłam się. Usłyszałam, jak na podwórku ktoś odpala samochód. Policjanci chyba jeszcze są. Wybiegłam ze stajni i machając zatrzymałam ich.
-Znalazłam więcej ran na jej nodze.
Poszliśmy we czwórkę do stajni. Pan Shrek i sympatyczny znowu przyglądali się Niespodziance. Gdy jeden z nich chciał dotknąć jej nogi, ona wystraszona wzbiła kopyta do góry tym samym uderzając policjanta w nos. Od razu się za niego złapał.
-Złamany! –Powiedział po chwili. Zrobiło mi się zimno i zabolał mnie nos. Od zawsze tak miałam, gdy ktoś mówił, że go boli, mnie też od razu zaczynało boleć w tym samym miejscu. Teraz nie było inaczej.
-Ellie, zaprowadź pana do łazienki, niech mama coś zrobi z tym nosem. –Powiedział tata. Zrobiłam, jak chciał.Mama opatrzyła mu nos i zaproponowała wezwanie karetki, ale policjant odmówił. To był ten sympatyczny. Przedstawił nam się – nazywa się Ben Coop.
-Zanim ta klacz mi przywaliła –mówił- zdążyłem zobaczyć jej nogę. Jakieś okropności, chyba widziałem kość, ale nie jestem pewien. Ellie –zwrócił się do mnie- nie zauważyłaś może, że kulała?
-Nie, nie zwracałam na to uwagi.
Poczułam się głupio. Jak można nie zauważyć tego, że koń kuleje? Wstydziłam się samej siebie.
-No dobrze –odchrząknął- ja już pójdę. Trzeba w końcu jechać do tych Sampsonów. Chociaż z tym opatrunkiem wyglądam nieco głupawo. –Wstał i udał się prosto do stajni, po swojego przyjaciela. Zamienili parę słów, pożegnali się ze mną i z mamą, a potem wsiedli z moim tatą do ich służbowego wozu. Dziwnie było zobaczyć swojego własnego tatę w policyjnym aucie, nawet jeśli nie był zatrzymany. To chyba jakiś urok tych samochodów. Mama wróciła do domu i zaczęła gotować obiad. Chciałam wyczyścić Niespodziankę do końca. Gdy podnosiłam z ziemi węża, zauważyłam jak Parys patrzy na mnie. Zaśmiałam się i oblałam go wodą. Od razu cofnął się w głąb swojego boksu. Zaczęłam znowu czyścić Niespodziankę. Nie ruszałam już tamtej nogi. Skoro Ben powiedział, że widział kość, lepiej będzie, jeśli ja nic nie będę dotykać. Z innymi kończynami nie było większego problemu. Oprócz błota, zauważyłam też coś czerwonego. Najpierw nie zwróciłam na to większej uwagi, ale jednak było tego coraz więcej. Podeszłam bliżej i zobaczyłam, że to krew. Była zaschnięta, ale to znaczyło, że nikt o nią nie dba. Dziwiłam się, jak można tak traktować żywe stworzenie? To zupełnie tak samo, jakby znęcać się nad własnym dzieckiem. Bałam się, że Niespodzianka będzie miała problemy z psychiką. To znaczy już ma uraz do mężczyzn, to pewne. Ale co, jeśli ona wróci do Sampsonów? Co wtedy? Zabiją ją…Nie. Nie, dopóki ja tu jestem.
Ellie -usłyszałam kojący głos Philipa- Ellie, twoi rodzice właśnie wrócili. -Gdy wstałam, zorientowałam się, że jestem cała spocona. Chyba nawet płakałam przez sen.
-Przyjechali?
-Tak. Właśnie zaparkowali.
Spojrzałam na zegarek. Była 10. Jakim cudem spałam tak długo? I dlaczego Philip mnie nie obudził? Wyjęłam z szafy spodnie i bluzkę i poszłam się ubrać i razem z Philipem wyszliśmy do rodziców.
-Tato! -rzuciłam się na niego. -Tato, tak tęskniłam!
-Ellie -przytulił mnie mocno. Staliśmy tak przez dłuższą chwilę.
-Ellie, pomóż tacie z torbami -zwróciła się do mnie mama.
-Ja pomogę -powiedział Philip i podniósł walizkę, po czym zaniósł ją do pokoju rodziców. Poczułam się trochę głupio i wzięłam rzeczy od mamy. Chciałam też pomóc. Weszliśmy do salonu. Mama zaproponowała, żeby Philip pojechał dopiero po obiedzie, ale on nie chciał. Spakował się dzień wcześniej. Chociaż rodzice już wrócili, czułam się samotna. Wciąż miałam przed oczami widok krwawiącego taty na ziemi w stajni. Gdy sobie o tym przypomniałam, nie chciałam się już do niego przytulać. Bałam się. Bałam się, że coś mu przypadkiem zrobię. Momentalnie poczułam się słabo. Wyszłam na podwórko. Philip właśnie wprowadzał swoją gniadą klacz do przyczepy. Podeszłam do niego.
-Hej –powiedziałam przygnębionym tonem.
-Hej.
-Kiedy do mnie przyjedziesz?
-Postaram się być jutro.
Uśmiechnęłam się. Wizja spędzenia następnego dnia znowu z Philipem bardzo mnie uradowała. Gdy zamknął drzwi od przyczepy, przyciągnęłam go do siebie i pocałowałam. Szczęśliwa i uśmiechnięta wróciłam do domu, wciąż machając na pożegnanie odjeżdżającemu chłopakowi. Gdy był tuż przed bramą, przypomniałam sobie pewną rzecz i podbiegłam do niego.
-Philip! –Krzyknęłam. Zatrzymał się. -Philip, moglibyśmy jutro pojechać do Wiśniowej Doliny?
-Nie ma sprawy.
-Dzięki –uśmiechnęłam się. Philip dał mi ostatniego buziaka i odjechał.
Miałam ochotę wybrać się w teren. Poszłam do stajni i wzięłam ze sobą siodło oraz ogłowie. Szybko nałożyłam je na Parysa i wyprowadziłam go na dwór. Otworzyłam bramę i wsiadłam na ogiera. Chwilę się rozglądałam, zastanawiając się, gdzie możemy pojechać, aż wybrałam las. Zawsze lubiłam tam jeździć. Zwłaszcza w styczniu. W lato unosiły się tam niezwykłe zapachy, a drzewa zapewniały cień przed gorącymi promieniami słonecznymi. Spojrzałam na zegarek – dochodziło południe. Szybko ten czas leci, pomyślałam. A może zahaczymy o strumień, żeby się ochłodzić. Tak, tak właśnie zrobię. Pojedziemy do lasu, a potem nad strumień. Miałam tylko nadzieję, że nie natkniemy się na żadne komplikacje. Popędziłam Parysa do kłusa. Jechałam cały czas prosto, w stronę lasu, aż wreszcie tam dojechaliśmy. Widok był przepiękny. Wśród drzew dostrzegłam krzewy jeżyn, więc postanowiłam kilka zebrać. Zsunęłam się z Parysa i związałam wodze. Niech sobie pochodzi, pomyślałam. On jak zwykle ruszył prosto na trawę. Zaśmiałam się. Parys zawsze mnie uszczęśliwiał. Chyba nie było chwili, w której mogłabym w niego zwątpić. Przypomniałam sobie, że miałam zerwać jeżyny, więc prześlizgnęłam się między kłującym krzewem i doszłam do środka. Nie wiem czemu, ale z brzegu nie było ani jednego dojrzałego owocu, więc musiałam wchodzić aż tu. Byłam cała obolała. Igły powbijały mi się w spodnie. Zerwałam szybko jeżyny i włożyłam je do kieszeni. Próbowałam z powrotem przecisnąć się przez kłujące gałązki. -Parys! –Zawołałam, gdy udało mi się w końcu wydostać.- Parys!Nic. Mocno się przeraziłam. Przecież zawsze przychodził! Co się stało? Musiałam go znaleźć. Może coś mu jest? Może ktoś go postrzelił i teraz wykrwawia się gdzieś na skraju lasu, a ja zbieram jeżyny?!-Parys! No chodź do mnie!Zaczęłam panikować. Biegałam od drzewa do drzewa i wrzeszczałam na całe gardło. Chyba nie powinnam go puszczać. Wyjęłam z kieszeni telefon.-Halo, mamo?-No co jest, Ellie?-Nie wiem gdzie jest Parys! Chyba uciekł.-Co? To nie możliwe. Poszukaj go. –Powiedziała ze spokojem w głosie. Zupełnie, jakby Parys jej nie obchodził. Przypomniałam sobie, jak mówiła, że chcą uśpić Parysa. Przeszedł przeze mnie dreszcz. Rozpoczęłam gorączkowe poszukiwanie mojego konia. Jezu, jak to pięknie brzmi – mój koń, mój koń, mój koń… Ellie! Przestań, twojemu koniowi być może grozi niebezpieczeństwo, a ty myślisz o takich głupstwach, skarciłam się w duchu. Niestety mój mózg miał rację. Parysa nie ma, a ja myślę o niebieskich migdałach. Jestem okropna. A może zadzwonię do Philipa? Nie, to nic nie da. Przyjedzie tu na darmo. Nagle kawałek przed sobą zobaczyłam poruszające się krzaki. Były dosyć gęste i wysokie. A co, jeśli to niedźwiedź? Muszę to tak czy siak sprawdzić. Podchodziłam bardzo powoli. Krzaki ruszały się coraz bardziej. Byłam już przy nich. Zdążyłam się mocno wystraszyć, gdy nagle… krzaki prychnęły. Wypuściłam powietrze z płuc i zaczęłam się głośno śmiać.-Parys –powiedziałam rozsuwając gałęzie. Miałam na twarzy wielki uśmiech. Nagle krzyknęłam. To nie był Parys. W pierwszej chwili pomyślałam, że to jakiś miś-albinos, ale nie. To był koń! Najprawdziwszy koń. Nie wiem, skąd wziął się w tym lesie, ale wiem tylko, że go nie znam. Po chwili za nim pojawił się Parys. Hę, czyli ta piękna niespodzianka to klacz? Podeszłam do niej mówiąc łagodnym tonem. Podzieliłam się z nią jeżyną, a Parys poczuł się zazdrosny i też chciał. Wiedziałam, że konie uwielbiają jeżyny. Złapałam Parysa za wodze, a klacz za grzywę. Nie mogłam jej tu przecież zostawić. Przypomniałam sobie, że gdzieś powinnam mieć uwiąz. Znalazłam go i zawiązałam wokół szyi tego aniołka. Po chwili wsiadłam na Parysa i stępem ruszyliśmy do domu.
-Mamo, tato, znalazłam konia! –Krzyknęłam wchodząc do domu. Rzuciłam właśnie bluzę na łóżko, gdy weszli rodzice.
-Co powiedziałaś? –Spytał tata.
-Znalazłam konia w lesie.
-Ale jak to?
-No nie wiem. Po prostu tam był. –Wyjęłam z kieszeni jeżyny i zaczęłam je jeść. Były już trochę zgniecione. Nie chciałam wiedzieć, co działo się w mojej kieszeni.
-A Parys? –Odezwała się mama.
-Parys był z nim. Mówiłam ci, że się zgubił –powiedziałam do mamy- no więc zobaczyłam, że krzaki się ruszają, podeszłam, a tam ten koń. Tuż za nim Parys. A właściwie za nią –poprawiłam się- bo to klacz.
-Aa, i wszystko jasne. –Odrzekł tata.-Dobra, pokaż nam ją.
-Stoi w jednym stanowisku –powiedziałam prowadząc rodziców do stajni. –To ona. Piękna, prawda?
-Koń jak koń. –Powiedziała mama. Bardzo ją kochałam, ale w takich momentach doprowadzała mnie do szału. Zignorowałam ją i spojrzałam na tatę. On baczniej obserwował klacz.
-Wiesz –odezwał się wciąż zamyślony- chyba widziałem ją kiedyś u Sampsonów, wiesz, u tych, którzy mieszkają parę kilometrów dalej. Przedzwonię później do Toma, może mu uciekła.
Zgodziłam się. W końcu to nie mój koń. Tata podszedł do klaczy, żeby ją poklepać. Ale ona odskoczyła. Zdziwiło mnie to. Tata odpuścił i razem z mamą wrócili do domu. Obiecał, że po obiedzie zadzwoni do Toma Sampsona. Chciałam wyczyścić tego konia. Wzięłam szczotki i podeszłam powoli, bojąc się, że jej reakcja będzie taka sama, jak gdy podszedł do niej tata. Jednak nic takiego się nie stało. A może ta klacz ma jakiś uraz do mężczyzn? Przestałam o tym myśleć. Zajęłam się czyszczeniem. Przejechałam zgrzebłem po jej boku, powtórzyłam to, a potem przejechałam po zadzie. A gdy to zrobiłam, ona odskoczyła. Zaczęła szybciej oddychać i rżeć.
-Spokojnie mała –mówiłam i starałam się podejść do jej zadu. Bardzo zaskoczył mnie widok blizn i świeżych jeszcze ran. Zaczęłam szukać więcej takich rzeczy i znalazłam: całe nogi miała w bliznach. Wcześniej ich nie zauważyłam. Szukałam dalej. Rany miała na całym ciele; niektóre małe, inne długością dorównywały mojej dłoni. Już wtedy byłam bardzo wystraszona. Zostawiłam ją w stajni i pobiegłam szybko do domu.
-Tato! –Krzyczałam- Tato, nie możesz zadzwonić do Sampsona! –Powiedziałam zdyszana, gdy tylko znalazłam rodziców.
-Dlaczego?
-Chodź, pokażę ci.
Wróciliśmy do stajni. Klacz stała teraz spokojnie i jadła siano, które wcześniej zostawiłam w żłobie. Pokazałam tacie rany, które odkryłam. On aż złapał się za głowę.
-Co to jest, do cholery? –Powiedział. -Ja tego tak nie zostawię.-Wyjął z kieszeni telefon i zadzwonił na policję. Wyjaśnij dokładnie, o co chodzi. Policjanci poinformowali go, że przyjadą najszybciej, jak się da. Byłam dumna ze swojego taty. I zadowolona z siebie, że zauważyłam te rany. Nie chciałam nawet myśleć, co mogłoby się stać, gdyby Sampsonowie odzyskali klacz. Nie minęło dwadzieścia minut, kiedy policjanci zjawili się pod naszym domem. Rodzice czekali na nich w kuchni, a ja razem z Niespodzianką – tak nazwałam klacz. Uważam, że to trafione imię. Po chwili usłyszałam głosy dochodzące z podwórka. Pomyślałam, że policjanci już tu są. Odeszłam więc od konia i zaczęłam iść w ich stronę.
-Dzień dobry, to ty znalazłaś konia? –Spytał policjant, który wyglądał jak Shrek. Z trudem powstrzymałam śmiech.
-Tak, jestem Ellie Carter
.-Opowiesz nam, jak to było?
Dziesięć minut później policjanci oglądali Niespodziankę. W jednym z nich rozpoznałam tamtego policjanta, któremu obśliniłam koszulę, gdy myślałam, że tata umarł. On najwyraźniej też mnie poznał i uśmiechnął się do mnie. Odwzajemniłam uśmiech. Był znacznie sympatyczniejszy od Shreka.
-Wie pan, kto jest właścicielem konia? –Spytał się ten miły.
-Wydaję mi się, że jest to Tom Sampson. Mieszka parę kilometrów dalej. Mogę panów do niego zawieźć.
Policjanci przytaknęli. Wyszli ze stajni. Nie wiedziałam, co robić, więc pomyślałam, że umyję Niespodziance nogi, które były w błocie aż po łopatki. Była też trochę brudna na boku, więc pomyślałam, że się tarzała. Wyjęłam wąż ogrodowy, odkręciłam wodę i zabrałam się za robotę. Gdy strumień wody dotknął prawej przedniej nogi klaczy, ta ją podniosła i postawiła z powrotem na ziemi. Po chwili to samo. Zakręciłam wodę i przyjrzałam się bliżej nodze. Przeraziłam się. Usłyszałam, jak na podwórku ktoś odpala samochód. Policjanci chyba jeszcze są. Wybiegłam ze stajni i machając zatrzymałam ich.
-Znalazłam więcej ran na jej nodze.
Poszliśmy we czwórkę do stajni. Pan Shrek i sympatyczny znowu przyglądali się Niespodziance. Gdy jeden z nich chciał dotknąć jej nogi, ona wystraszona wzbiła kopyta do góry tym samym uderzając policjanta w nos. Od razu się za niego złapał.
-Złamany! –Powiedział po chwili. Zrobiło mi się zimno i zabolał mnie nos. Od zawsze tak miałam, gdy ktoś mówił, że go boli, mnie też od razu zaczynało boleć w tym samym miejscu. Teraz nie było inaczej.
-Ellie, zaprowadź pana do łazienki, niech mama coś zrobi z tym nosem. –Powiedział tata. Zrobiłam, jak chciał.Mama opatrzyła mu nos i zaproponowała wezwanie karetki, ale policjant odmówił. To był ten sympatyczny. Przedstawił nam się – nazywa się Ben Coop.
-Zanim ta klacz mi przywaliła –mówił- zdążyłem zobaczyć jej nogę. Jakieś okropności, chyba widziałem kość, ale nie jestem pewien. Ellie –zwrócił się do mnie- nie zauważyłaś może, że kulała?
-Nie, nie zwracałam na to uwagi.
Poczułam się głupio. Jak można nie zauważyć tego, że koń kuleje? Wstydziłam się samej siebie.
-No dobrze –odchrząknął- ja już pójdę. Trzeba w końcu jechać do tych Sampsonów. Chociaż z tym opatrunkiem wyglądam nieco głupawo. –Wstał i udał się prosto do stajni, po swojego przyjaciela. Zamienili parę słów, pożegnali się ze mną i z mamą, a potem wsiedli z moim tatą do ich służbowego wozu. Dziwnie było zobaczyć swojego własnego tatę w policyjnym aucie, nawet jeśli nie był zatrzymany. To chyba jakiś urok tych samochodów. Mama wróciła do domu i zaczęła gotować obiad. Chciałam wyczyścić Niespodziankę do końca. Gdy podnosiłam z ziemi węża, zauważyłam jak Parys patrzy na mnie. Zaśmiałam się i oblałam go wodą. Od razu cofnął się w głąb swojego boksu. Zaczęłam znowu czyścić Niespodziankę. Nie ruszałam już tamtej nogi. Skoro Ben powiedział, że widział kość, lepiej będzie, jeśli ja nic nie będę dotykać. Z innymi kończynami nie było większego problemu. Oprócz błota, zauważyłam też coś czerwonego. Najpierw nie zwróciłam na to większej uwagi, ale jednak było tego coraz więcej. Podeszłam bliżej i zobaczyłam, że to krew. Była zaschnięta, ale to znaczyło, że nikt o nią nie dba. Dziwiłam się, jak można tak traktować żywe stworzenie? To zupełnie tak samo, jakby znęcać się nad własnym dzieckiem. Bałam się, że Niespodzianka będzie miała problemy z psychiką. To znaczy już ma uraz do mężczyzn, to pewne. Ale co, jeśli ona wróci do Sampsonów? Co wtedy? Zabiją ją…Nie. Nie, dopóki ja tu jestem.
poniedziałek, 13 stycznia 2014
Rozdział 16 ♞
Nie -powiedziałam i otrzepałam się z piasku. Poszukałam wzrokiem Aladara.
-Ellie -powiedział Philip łapiąc mnie za rękę- nie możesz na niego wsiąść, rozumiesz? Musimy jechać do szpitala!
Popatrzyłam na niego zabójczym wzrokiem i wyrwałam się z uścisku. Szłam w stronę Aladara. Stał spokojnie, ale miał nierówny oddech. Podchodziłam powoli i również powoli podnosiłam rękę. Dotknęłam delikatnie jego pyska. Złapałam wodze i przerzuciłam nad rozgrzaną szyją. Pogłaskałam go, a potem ostrożnie wsiadłam. Odczekałam chwilę i pogładziłam go ponownie. Docisnęłam łydkę, a Aladar ruszył stępem. Uśmiechnęłam się. Zapomniałam o potwornym bólu w ręce i rozluźniłam się. Aladar też przymknął oczy. Stępowaliśmy chyba pół godziny. Philip stał przy wyjściu, a Grace nie było. Powoli zatrzymywałam Aladara, aż w końcu staliśmy nieruchomo na środku hali. Zsunęłam się z siodła i złapałam wodze. Przytuliłam się do konia i dałam mu buziaka. Minęłam Philipa i weszłam do stajni. Oprócz kilku koni, nie było nikogo. Przeszłam obok pustych boksów i doszłam do ostatniego. Wprowadziłam do niego Aladara i rozsiodłałam. Gdy zamykałam boks, Aladar zaczął lizać mi włosy. Roześmiałam się i pogłaskałam go po pięknym pysku.
-Kiedyś będziesz mój -szepnęłam- obiecuję.
Odszukałam Philipa i razem wsiedliśmy do samochodu. Jechaliśmy wzdłuż pięknych drzew wiśniowych, podziwiałam ten cudowny widok.
-Ellie, patrz! -krzyknął Philip. Początkowo nie wiedziałam, o co mu chodzi, ale gdy tylko zorientowałam się, że coś się za nami dzieje, od razu się tam spojrzałam. Za nami biegł Aladar! Nie mogłam uwierzyć własnym oczom. Przecież zamknęłam boks...
-Zatrzymaj się! -krzyknęłam do Philipa. Ten gwałtownie zahamował. Chwyciłam uwiąz i wyskoczyłam z auta. Aladar też stanął. Wyglądało na to, że pobiegł za mną. Podeszłam do niego i przerzuciłam uwiąz nad jego szyją. Związałam ją i wsiadłam na Aladara. Popędziłam go w stronę stajni. Galopowaliśmy po drodze, wiatr wiał mi we włosach, Aladar biegł szybko, poczułam wtedy, że jesteśmy naprawdę wolni. Ale wolność się skończyła, gdy dotarliśmy do stajni. Zsiadłam ze szczęśliwego konia i zaprowadziłam go do jego boksu. Ściągnęłam uwiąz i przetarłam mu grzbiet słomą. Pocałowałam go w czoło i zamknęłam za sobą drzwi. Sprawdziłam boks i wróciłam do samochodu. Później spokojnie wróciliśmy do domu.
Philip zaczął się pakować. Ponieważ bydło już nakarmiliśmy, postanowiliśmy pojechać razem w ostatni teren. Nie czułam już żadnego bólu. Byłam szczęśliwa. Poszliśmy do stajni i założyliśmy naszym koniom kantary. Wzięliśmy uwiązy, a potem doczepiliśmy je do kantarów. Zaprowadziliśmy je na łąkę, Philip pomógł mi wsiąść na Parysa, później wsiadł sam. Poczekałam na niego, i ruszyliśmy stępem. Potem przeszliśmy do kłusa. Kłus mnie trochę znudził, więc przycisnęłam łydki do konia i ruszyłam galopem. Galopowaliśmy jak dzicy, nic nas nie mogło zatrzymać. Czułam się prawie tak, jak wcześniej na Aladarze, z taką różnicą, że Aladar był znacznie szybszy. Obejrzałam się za siebie - Philip został z tyłu. Zobaczyłam przed sobą las, więc postanowiłam tam wjechać. Mijaliśmy drzewa z prędkością światła, przynajmniej tak mi się zdawało. Parys dawał z siebie wszystko, zastanawiałam się, czy nie ma jakiegoś folbluta w rodzinie. Może kiedyś pojedziemy na wyścigi?
Gdy tak myślałam, minął mnie Philip. Postanowiłam, że będziemy się ścigać.
-Nigdy ze mną nie wygrasz! -krzyknęłam do niego. Zrobiłam półsiad i galopowałam razem z Parysem. Obejrzałam się do tyłu, Philip został daleko. Przed sobą zobaczyłam powalony pień, postanowiłam go przeskoczyć. Nakierowałam Parysa na drzewo, a ten z łatwością je przeskoczył. Byłam zadowolona.
-Ellie -powiedział Philip łapiąc mnie za rękę- nie możesz na niego wsiąść, rozumiesz? Musimy jechać do szpitala!
Popatrzyłam na niego zabójczym wzrokiem i wyrwałam się z uścisku. Szłam w stronę Aladara. Stał spokojnie, ale miał nierówny oddech. Podchodziłam powoli i również powoli podnosiłam rękę. Dotknęłam delikatnie jego pyska. Złapałam wodze i przerzuciłam nad rozgrzaną szyją. Pogłaskałam go, a potem ostrożnie wsiadłam. Odczekałam chwilę i pogładziłam go ponownie. Docisnęłam łydkę, a Aladar ruszył stępem. Uśmiechnęłam się. Zapomniałam o potwornym bólu w ręce i rozluźniłam się. Aladar też przymknął oczy. Stępowaliśmy chyba pół godziny. Philip stał przy wyjściu, a Grace nie było. Powoli zatrzymywałam Aladara, aż w końcu staliśmy nieruchomo na środku hali. Zsunęłam się z siodła i złapałam wodze. Przytuliłam się do konia i dałam mu buziaka. Minęłam Philipa i weszłam do stajni. Oprócz kilku koni, nie było nikogo. Przeszłam obok pustych boksów i doszłam do ostatniego. Wprowadziłam do niego Aladara i rozsiodłałam. Gdy zamykałam boks, Aladar zaczął lizać mi włosy. Roześmiałam się i pogłaskałam go po pięknym pysku.
-Kiedyś będziesz mój -szepnęłam- obiecuję.
Odszukałam Philipa i razem wsiedliśmy do samochodu. Jechaliśmy wzdłuż pięknych drzew wiśniowych, podziwiałam ten cudowny widok.
-Ellie, patrz! -krzyknął Philip. Początkowo nie wiedziałam, o co mu chodzi, ale gdy tylko zorientowałam się, że coś się za nami dzieje, od razu się tam spojrzałam. Za nami biegł Aladar! Nie mogłam uwierzyć własnym oczom. Przecież zamknęłam boks...
-Zatrzymaj się! -krzyknęłam do Philipa. Ten gwałtownie zahamował. Chwyciłam uwiąz i wyskoczyłam z auta. Aladar też stanął. Wyglądało na to, że pobiegł za mną. Podeszłam do niego i przerzuciłam uwiąz nad jego szyją. Związałam ją i wsiadłam na Aladara. Popędziłam go w stronę stajni. Galopowaliśmy po drodze, wiatr wiał mi we włosach, Aladar biegł szybko, poczułam wtedy, że jesteśmy naprawdę wolni. Ale wolność się skończyła, gdy dotarliśmy do stajni. Zsiadłam ze szczęśliwego konia i zaprowadziłam go do jego boksu. Ściągnęłam uwiąz i przetarłam mu grzbiet słomą. Pocałowałam go w czoło i zamknęłam za sobą drzwi. Sprawdziłam boks i wróciłam do samochodu. Później spokojnie wróciliśmy do domu.
Philip zaczął się pakować. Ponieważ bydło już nakarmiliśmy, postanowiliśmy pojechać razem w ostatni teren. Nie czułam już żadnego bólu. Byłam szczęśliwa. Poszliśmy do stajni i założyliśmy naszym koniom kantary. Wzięliśmy uwiązy, a potem doczepiliśmy je do kantarów. Zaprowadziliśmy je na łąkę, Philip pomógł mi wsiąść na Parysa, później wsiadł sam. Poczekałam na niego, i ruszyliśmy stępem. Potem przeszliśmy do kłusa. Kłus mnie trochę znudził, więc przycisnęłam łydki do konia i ruszyłam galopem. Galopowaliśmy jak dzicy, nic nas nie mogło zatrzymać. Czułam się prawie tak, jak wcześniej na Aladarze, z taką różnicą, że Aladar był znacznie szybszy. Obejrzałam się za siebie - Philip został z tyłu. Zobaczyłam przed sobą las, więc postanowiłam tam wjechać. Mijaliśmy drzewa z prędkością światła, przynajmniej tak mi się zdawało. Parys dawał z siebie wszystko, zastanawiałam się, czy nie ma jakiegoś folbluta w rodzinie. Może kiedyś pojedziemy na wyścigi?
Gdy tak myślałam, minął mnie Philip. Postanowiłam, że będziemy się ścigać.
-Nigdy ze mną nie wygrasz! -krzyknęłam do niego. Zrobiłam półsiad i galopowałam razem z Parysem. Obejrzałam się do tyłu, Philip został daleko. Przed sobą zobaczyłam powalony pień, postanowiłam go przeskoczyć. Nakierowałam Parysa na drzewo, a ten z łatwością je przeskoczył. Byłam zadowolona.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)