Już się nie mogę doczekać! -powiedziałam.
Grace rozsunęła lekko drzwi od boksu i weszła z siodłem. Aladar zaczął prychać i próbował dębować. Grace wystraszyła się i wybiegła. Zabawnie to wyglądało.
-Widzisz? Mówiłam ci! -krzyczała- Jego nie da się ujarzmić. O mało co nie zabił mojej najlepszej uczennicy miesiąc temu.
-Ja go osiodłam. -powiedziałam pewnym tonem. Grace patrzyła na mnie ze zdziwieniem. Znowu.
-Skoro jesteś taka pewna...
Wzięłam ogłowie i powoli weszłam do boksu. Uspokajałam Aladara i podnosiłam coraz wyżej tranzelkę. W końcu dotknęłam jego głowę. Objęłam jedną ręką nos i położyłam wędzidło na dłoni. Przybliżałam je powoli do pyska Aladara, a ten posłusznie go otworzył. Założyłam ogłowie do końca i sięgnęłam po siodło. Najpierw czarny czaprak. Delikatnie dotknęłam jego grzbietu ręką i przejechałam po nim, a potem spokojnie nałożyłam czaprak, później go jeszcze poprawiłam. Czas na siodło. Gdy weszłam z nim do boksu, Aladar się spłoszył. Jego reakcja była dokładnie taka sama, jak wtedy, gdy z siodłem weszła Grace. Ja nie uciekłam z boksu, wręcz przeciwnie - stałam przy drzwiach i patrzyłam Aladarowi prosto w oczy. Po chwili nieco się uspokoił. Podeszłam do niego i słyszałam, jak dyszy. Nałożyłam na niego siodło angielskie i zapięłam popręg. Wszystko się udało! Pogładziłam go po szyi, zdjęłam wodze i powoli wyprowadziłam z boksu. Byłam prze szczęśliwa. Kątem oka zauważyłam Philipa i Grace stojących obok siebie. Patrzyli na mnie - Philip był bardzo szczęśliwy, a Grace nie wyglądała na zbyt przekonaną. Zignorowałam ich i kierowałam się w stronę wyjścia. Byłam już blisko, gdy nagle ktoś na mnie wpadł. Była to szczupła dziewczyna, powiedziałabym, że nawet koścista, trochę niższa ode mnie.
-Uważaj jak leziesz pokrako! -syknęła. Zrobiłam zdziwioną minę.
-Co? Sama lepiej uważaj! Ile ty masz lat, żeby tak się do mnie odzywać? -byłam wkurzona.
-Co cię to obchodzi, debilko? Pewnie i tak byś nie zrozumiała.
Oj była wyszczekana. Ale miała ładne brązowe włosy. Odeszła ze wściekłością malującą się jej na twarzy. Spojrzałam za nią.
-Co za dzieciak! -nie kryłam swojej złości.
-To jest właśnie ta uczennica, która jeździła na Aladarze. -powiedziała Grace.
-To ona? -spytałam.-Pff, nie dziwię się, czemu Aladar ją zrzucił.- dodałam pod nosem.
Spojrzałam na Aladara i zauważyłam, że znowu zrobił się niespokojny. Wyszłam szybko ze stajni i zaczęłam robić mu masaż T-Touch. Po chwili się rozluźnił i przymknął oczy. Pociągnęłam lekko za wodze i poszliśmy. Mieliśmy jako jedyni lekcję na hali, reszta jeździła na maneżu. Grace i Philip weszli za mną i zamknęli drzwi od hali. Przeszłam z Aladarem jedno kółko stępem, a potem poszliśmy na środek po stołek. Włożyłam lewą stopę w strzemię, trzymałam się jedną ręką za tylny łęk, a drugą za grzywę. Powoli wsiadłam. Odczekałam chwilę i delikatnie dotknęłam piętami boków Aladara. Ruszył. Uśmiechnęłam się. Skierowałam go na ścianę, wyprostowałam się, poprawiłam i cieszyłam się chwilą. Przeszliśmy stępem kilka kółek, później stwierdziłam, że Aladar jest już rozgrzany i czas ruszyć kłusem. Popędziłam go, a on płynnie przeszedł w szybszy chód. Kłusem przejechaliśmy kilka okrążeń. Zobaczyłam, że na ziemi leżą drągi, więc postanowiłam przez nie przejechać. Najechałam i gdy byłam już blisko Aladar nagle odskoczył. Spadłam prosto na drąg. Aladar uciekł na drugi koniec hali i zaczął dębować. Leżałam na brzuchu, bardzo obolała. Czułam rwanie w prawej ręce. Po chwili podbiegł do mnie Philip.
-Ellie! -krzyknął zbliżając się do mnie.-Ellie, Boże, kochanie gdzie cię boli?
Philip był konkretny. Wiedział, że mnie boli, chociaż upadek pewnie nie wyglądał groźnie, ale Aladar ma około metra siedemdziesiąt w kłębie, tyle co Parys.
-Strasznie boli mnie lewa ręka.
-Dobrze, wracamy do domu.
czwartek, 26 grudnia 2013
niedziela, 15 grudnia 2013
Rozdział 14 ♞
Obudziłam się w swoim pokoju. Było mi gorąco. Za Chiny nie mogłam sobie przypomnieć o czym śniłam. Postanowiłam jednak nie marnować dnia na takie bzdury. Szybko się ubrałam, umyłam i już po piętnastu minutach byłam w stajni. Czyściłam porządnie Parysa, a ten zajadał się świeżym siankiem. Osiodłałam go i poszłam z nim na łąkę. Postanowiłam potrenować trochę skoki. Najechałam na pierwsze drzewo, ale Parys je ominął, a ja, przygotowana na skok, spadłam. Koń zrobił wokół mnie kółko galopem i stanął przede mną. Szturchnął mnie nosem.
-Oh, Parys! Dlaczego to zrobiłeś? Wiesz jak boli...
Po chwili jednak wstałam i wsiadłam z powrotem na Parysa. Spróbowałam jeszcze raz. Tym razem Parys stanął przed pniem. Na szczęście nie spadłam. Ponowiłam skok kilka razy, ale za każdym mi nie wychodziło. Skoczyłam tylko raz. Nie mam pojęcia, co się działo z nami tego dnia. Postanowiłam spróbować później. Skakaliśmy przez cały tydzień. Nic nam nie wychodziło. Pomyślałam, że Parys nie lubi skakać, a po chwili, że to ja nie umiem tego robić. Postanowiłam odpuścić skoki na jakiś czas. Pod koniec tygodnia wróciłam z Philipem do domu. Siedzieliśmy w pokoju i jedliśmy obiad.
-Philip -zagadnęłam- kojarzysz może Wiśniową Dolinę?
-No.
-A, czy mógłbyś mnie tam jutro podwieźć?
-Pewnie, ale po co? -dopytywał się.
-Ponieważ tam jest taka fajna szkółka jeździecka. Chciałabym się do niej zapisać.
-A pytałaś już rodziców?
-Tak, dzwoniłam wczoraj. Tata wraca za trzy dni.
-To super! -powiedział.
-Tak... Będziesz się musiał stąd pojutrze wyprowadzić!
Przez cały czas pobytu taty w szpitalu, Philip mieszkał u mnie. Spał w pokoju gościnnym przez półtora tygodnia. Cieszyłam się, że nie musiałam być przez ten czas sama w tym dużym domu.
Następnego dnia wstałam bardzo wcześnie. Była piękna niedziela. Dzwoniłam wcześniej do Wiśniowej Doliny i powiedziano mi, że mam przyjechać o dwunastej, także muszę się przygotować. Ubrałam białe bryczesy, które dostałam dzień po kupnie Parysa, bordowy sweter z nadrukiem konia, bo dzisiaj było trochę chłodniej, a na koniec sztyblety, a na nie jeszcze sztylpy. Wyjęłam z szafy czarną torbę i zaczęłam pakować do niej: toczek, palcat, butelkę wody, szczotki dla konia, plus jeszcze kopystkę i portmonetkę. Poszłam do pokoju Philipa. Uchyliłam lekko drzwi i doznałam szoku. Ta małpa wciąż chrapała! Chwyciłam poduszkę, która leżała z niewiadomych przyczyn na podłodze koło drzwi i rzuciłam nią w Philipa.
-Ty małpo! Wstawaj, bo się spóźnię! -krzyknęłam.
Od razu się ocknął. Spojrzał na mnie, uśmiechnął się i sięgnął po poduszkę. Wiedziałam, co chce zrobić. Krzyknęłam tylko "nie!" i zniknęłam za drzwiami. Wybiegłam z domu prosto do stajni, otworzyłam boks Parysa i pociągnęłam go za grzywę. Wyprowadziłam szybko ze stajni i ujrzałam Philipa. Stał przede mną w samych bokserkach. Już nie miał w ręku poduszki, tylko pistolet na wodę. Ujrzawszy go, schowałam się za Parysem i krzyczałam do Philipa, że jak ubrudzi mi strój to gorzko tego pożałuje. Gdy odbiegliśmy od niego kawałek, wsiadłam szybko na Parysa. Było to trochę trudne, bo Parys jest wysoki, a ja musiałam wsiąść na niego z ziemi. Ale pomimo tego udało mi się. Wyjechałam na pole. Trzymałam się grzywy, wiatr rozwiewał mi włosy.... Było cudownie. Ale nagle zadzwonił telefon.
-Ellie? -powiedział Philip.- Słuchaj, zaraz musimy jechać, jest wpół do dwunastej.
-Co?! -osłupiałam. Nie wiedziałam, że jest już tak późno! Zawróciłam Parysa i po chwili znów byliśmy na podwórku. Zsiadłam z niego i wprowadziłam do stajni. Nigdzie nie widziałam Philipa. Zaniepokoiło mnie to. Ale po chwili pomyślałam, że w końcu poszedł się ubrać. Wprowadziłam więc Parysa do boksu i zajęłam się jego czyszczeniem. Najpierw wzięłam słomę i wytarłam nią Parysa, bo trochę się spocił. Później po kolei czyściłam jego brzuch, zadek, grzbiet, szyję, nogi i tak dalej, potem grzywę i ogon, a na sam koniec kopyta. Lśnił czystością! Uzupełniłam paszę, nasypałam do niej trochę owsa, żeby koń miał radochę i dolałam wody. Wymieniłam ściółkę i wszystko wyglądało prześlicznie. Wróciłam do pokoju. Postanowiłam, że sztylpy założę dopiero później. Teraz wystarczą mi podkolanówki i sztyblety. Schowałam więc sztylpy do torby i poszłam się uczesać oraz umyć zęby. Gdy przejrzałam się w lustrze, spostrzegłam, że wyglądam, jakbym szła na jakieś ogólnokrajowe zawody! A ja jadę tylko poskakać na koniu... Poszłam szukać Philipa. Był w kuchni i kończył właśnie śniadanie. Zrobił sobie pastę jajeczną na kanapki - nie wyszła mu i nie wyglądała zbyt apetycznie.
-Porządnie umyj zęby! -powiedziałam.
Wzięłam torbę z pokoju i poszłam do samochodu. Jak zwykle był otwarty, więc nie potrzebowałam kluczyków. Rzuciłam torbę na tył auta i spojrzałam na zegarek - 11:35. Zastanawiałam się, jak to możliwe. Philip mnie chyba wkręcił, mówiąc wcześniej, która jest godzina. Ha! Na pewno. Poszłam do stajni i z komórki wyjęłam karmę dla psów. Wsypałam trochę do miski i zaniosłam Sally. Jezu, jak się ucieszyła! Zamknęłam stajnię i wróciłam do domu. Philip właśnie zakładał buty.
-No szybciej! -jęczałam.
-Nie popędzaj mnie, bo nigdzie nie pojedziesz.
-Pff, mam konia!
Gdy włożył drugiego buta, poszliśmy w końcu do auta. Ja po stronie pasażera, Philip po stronie kierowcy. Gdy odpalał silnik, zastanawiałam się, czy mogłabym w najbliższym czasie zdać na prawo jazdy. Bardzo by mi się to przydało. Pomyślałam, że spróbuję tego niedługo.
Jazda trwała jakieś dwadzieścia minut. Jadąc, mijaliśmy wiele pięknych farm. Na jednej pasło się bydło, na drugiej owce, na jeszcze innej kozy. Jednak w pamięci najbardziej utkwiła mi farma lam. Nie za często widuję lamy. Jechaliśmy i jechaliśmy, aż w końcu dotarliśmy do pięknej alei. Po obu stronach rosło pełno drzew wiśni. Już wiem,dlaczego to miejsce się tak nazywa. Po prawej stronie zauważyłam konie, a po lewej las. Piękny, zielony las. Pomyślałam, że wspaniale byłoby udać się tam w teren. Nagle przed nami pojawiły się dwa konie, a na nich dziesięcioletnie dziewczynki. Patrzyły na nas oczami przepełnionymi strachem. Widziałam to. Tylko dlaczego?
-Philip, dlaczego one tak patrzą?
-Bo prawie bym je rozjechał.
-Co?! -nie wierzyłam własnym uszom.- Co się stało?
-No wyszły mi przed samochód!
Patrzyłam z przerażeniem. Zupełnie, jak te dziewczynki. Wysiadłam z samochodu i podbiegłam do nich.
-Nic wam nie jest? -spytałam.
-N...nie proszę pani. -powiedziała jedna z nich.
-O Boże, przepraszam was, naprawdę! Nie zauważyliśmy was, przykro mi. Konikom nic się nie stało?
-Chyba nie. -odpowiedziała czarnoskóra dziewczynka na gniadym kucyku.
-Dobrze, skoro wam nic nie jest, to my już pojedziemy. -wsiadłam do samochodu. Poczekaliśmy, aż te wystraszone dzieci zjadą z drogi i wtedy ruszyliśmy. Philip jechał już wolniej. Serce wciąż biło mi bardzo mocno. Miałam wrażenie, że zaraz wypadnie. Dojechaliśmy do stadniny. Philip zaparkował samochód. Wzięłam torbę i wyszłam z niego. Poszłam prosto do stajni w kształcie litery T. Była przepiękna. I ogromna. Cała z drewna. Po obu stronach były tabliczki z imionami, a w nich piękne, zadbane konie. Szłam do końca i skręciłam w lewo. Głowa latała mi we wszystkie strony. Doszłam wreszcie do końca i zawróciłam. Większość koni była gniada, ale siwków też było niemało. Zauważyłam też kare, a także piękne konie o niespotykanych maściach. Doszłam do drugiego końca. Wszystkie konie były piękne i cudowne, ale moją uwagę przykuł jeden - stał na końcu, sam. Piękny, srokaty paint horse z rybim okiem. Na tabliczce widniał napis z jego imieniem. Przeczytałam je i podniosłam rękę, żeby pogładzić pięknego ogiera po czole. Gdy zbliżałam dłoń do jego głowy, odskoczył.
-Ciii, Aladar, nie bój się, ciii. -uspokajałam go.
Cały czas powtarzałam to jedno zdanie, cichutko, aż w końcu dotknęłam miękkiej sierści. Uśmiechnęłam się. To było cudowne uczucie. Aladar postawił uszy i znowu się odsunął ode mnie. Obejrzałam się w stronę, w którą zwrócił uszy.
-Ellie, tu jesteś! -powiedziała Grace, właścicielka Wiśniowej Doliny. -Zobaczyłam, jak wjeżdżasz, ale później nie mogłam cię znaleźć. Twój kolega powiedział, że jesteś w stajni.
-Tak, nie mogłam się oprzeć! Musiałam tu przyjść. -powiedziałam lekko zmieszana.
-Nic się nie stało. Wybierz sobie konia i chodź na halę.
-Dobrze, ale ja już wybrałam konia. Chcę Aladara.
-Aladara? -spytała Grace. Była bardzo zdziwiona.
-Tak, Aladara. Chcę na niego wsiąść.
-Wiesz, Aladar jest bardzo narowistym koniem. Nie wiem, czy sobie poradzisz.
Poczułam się dziwnie. Czyżby Grace uważała, że nie umiem opanować konia?
-Chcę Aladara. W przeciwnym razie znajdę inną stadninę.
-Dobrze, Ellie, niech ci będzie. Zaraz przyniosę siodło, a ty go wyczyść. -powiedziała i zniknęła za ścianą. Sięgnęłam po szczotki leżące obok i rozsunęłam drzwi od boksu. Aladar odsunął się ode mnie jeszcze bardziej. Zaczęłam go uspokajać i powoli podnosiłam rękę, żeby ją powąchał. Gdy wreszcie mi się to udało, przejechałam delikatnie szczotką po jego brzuchu. Odskoczył.
-Aladar, spokojnie. Nic ci nie zrobię, już dobrze.
Gładziłam go po brzuchu, powoli, czyściłam najspokojniej, jak tylko umiałam. I nagle zaczęłam śpiewać. Nuciłam jakąś miłą melodyjkę. Po chwili sięgnęłam po kopystkę. Gdy tylko Aladar zobaczył haczyk, stanął dęba. Wybiegłam szybko z boksu i zasunęłam za sobą drzwi. Weszłam z powrotem i tym razem mi się udało. Wyczyściłam jedno kopyto, potem drugie, trzecie i czwarte. Skończyłam akurat, gdy przyszła Grace.
-To co, siodłamy? -spytała.
-Oh, Parys! Dlaczego to zrobiłeś? Wiesz jak boli...
Po chwili jednak wstałam i wsiadłam z powrotem na Parysa. Spróbowałam jeszcze raz. Tym razem Parys stanął przed pniem. Na szczęście nie spadłam. Ponowiłam skok kilka razy, ale za każdym mi nie wychodziło. Skoczyłam tylko raz. Nie mam pojęcia, co się działo z nami tego dnia. Postanowiłam spróbować później. Skakaliśmy przez cały tydzień. Nic nam nie wychodziło. Pomyślałam, że Parys nie lubi skakać, a po chwili, że to ja nie umiem tego robić. Postanowiłam odpuścić skoki na jakiś czas. Pod koniec tygodnia wróciłam z Philipem do domu. Siedzieliśmy w pokoju i jedliśmy obiad.
-Philip -zagadnęłam- kojarzysz może Wiśniową Dolinę?
-No.
-A, czy mógłbyś mnie tam jutro podwieźć?
-Pewnie, ale po co? -dopytywał się.
-Ponieważ tam jest taka fajna szkółka jeździecka. Chciałabym się do niej zapisać.
-A pytałaś już rodziców?
-Tak, dzwoniłam wczoraj. Tata wraca za trzy dni.
-To super! -powiedział.
-Tak... Będziesz się musiał stąd pojutrze wyprowadzić!
Przez cały czas pobytu taty w szpitalu, Philip mieszkał u mnie. Spał w pokoju gościnnym przez półtora tygodnia. Cieszyłam się, że nie musiałam być przez ten czas sama w tym dużym domu.
Następnego dnia wstałam bardzo wcześnie. Była piękna niedziela. Dzwoniłam wcześniej do Wiśniowej Doliny i powiedziano mi, że mam przyjechać o dwunastej, także muszę się przygotować. Ubrałam białe bryczesy, które dostałam dzień po kupnie Parysa, bordowy sweter z nadrukiem konia, bo dzisiaj było trochę chłodniej, a na koniec sztyblety, a na nie jeszcze sztylpy. Wyjęłam z szafy czarną torbę i zaczęłam pakować do niej: toczek, palcat, butelkę wody, szczotki dla konia, plus jeszcze kopystkę i portmonetkę. Poszłam do pokoju Philipa. Uchyliłam lekko drzwi i doznałam szoku. Ta małpa wciąż chrapała! Chwyciłam poduszkę, która leżała z niewiadomych przyczyn na podłodze koło drzwi i rzuciłam nią w Philipa.
-Ty małpo! Wstawaj, bo się spóźnię! -krzyknęłam.
Od razu się ocknął. Spojrzał na mnie, uśmiechnął się i sięgnął po poduszkę. Wiedziałam, co chce zrobić. Krzyknęłam tylko "nie!" i zniknęłam za drzwiami. Wybiegłam z domu prosto do stajni, otworzyłam boks Parysa i pociągnęłam go za grzywę. Wyprowadziłam szybko ze stajni i ujrzałam Philipa. Stał przede mną w samych bokserkach. Już nie miał w ręku poduszki, tylko pistolet na wodę. Ujrzawszy go, schowałam się za Parysem i krzyczałam do Philipa, że jak ubrudzi mi strój to gorzko tego pożałuje. Gdy odbiegliśmy od niego kawałek, wsiadłam szybko na Parysa. Było to trochę trudne, bo Parys jest wysoki, a ja musiałam wsiąść na niego z ziemi. Ale pomimo tego udało mi się. Wyjechałam na pole. Trzymałam się grzywy, wiatr rozwiewał mi włosy.... Było cudownie. Ale nagle zadzwonił telefon.
-Ellie? -powiedział Philip.- Słuchaj, zaraz musimy jechać, jest wpół do dwunastej.
-Co?! -osłupiałam. Nie wiedziałam, że jest już tak późno! Zawróciłam Parysa i po chwili znów byliśmy na podwórku. Zsiadłam z niego i wprowadziłam do stajni. Nigdzie nie widziałam Philipa. Zaniepokoiło mnie to. Ale po chwili pomyślałam, że w końcu poszedł się ubrać. Wprowadziłam więc Parysa do boksu i zajęłam się jego czyszczeniem. Najpierw wzięłam słomę i wytarłam nią Parysa, bo trochę się spocił. Później po kolei czyściłam jego brzuch, zadek, grzbiet, szyję, nogi i tak dalej, potem grzywę i ogon, a na sam koniec kopyta. Lśnił czystością! Uzupełniłam paszę, nasypałam do niej trochę owsa, żeby koń miał radochę i dolałam wody. Wymieniłam ściółkę i wszystko wyglądało prześlicznie. Wróciłam do pokoju. Postanowiłam, że sztylpy założę dopiero później. Teraz wystarczą mi podkolanówki i sztyblety. Schowałam więc sztylpy do torby i poszłam się uczesać oraz umyć zęby. Gdy przejrzałam się w lustrze, spostrzegłam, że wyglądam, jakbym szła na jakieś ogólnokrajowe zawody! A ja jadę tylko poskakać na koniu... Poszłam szukać Philipa. Był w kuchni i kończył właśnie śniadanie. Zrobił sobie pastę jajeczną na kanapki - nie wyszła mu i nie wyglądała zbyt apetycznie.
-Porządnie umyj zęby! -powiedziałam.
Wzięłam torbę z pokoju i poszłam do samochodu. Jak zwykle był otwarty, więc nie potrzebowałam kluczyków. Rzuciłam torbę na tył auta i spojrzałam na zegarek - 11:35. Zastanawiałam się, jak to możliwe. Philip mnie chyba wkręcił, mówiąc wcześniej, która jest godzina. Ha! Na pewno. Poszłam do stajni i z komórki wyjęłam karmę dla psów. Wsypałam trochę do miski i zaniosłam Sally. Jezu, jak się ucieszyła! Zamknęłam stajnię i wróciłam do domu. Philip właśnie zakładał buty.
-No szybciej! -jęczałam.
-Nie popędzaj mnie, bo nigdzie nie pojedziesz.
-Pff, mam konia!
Gdy włożył drugiego buta, poszliśmy w końcu do auta. Ja po stronie pasażera, Philip po stronie kierowcy. Gdy odpalał silnik, zastanawiałam się, czy mogłabym w najbliższym czasie zdać na prawo jazdy. Bardzo by mi się to przydało. Pomyślałam, że spróbuję tego niedługo.
Jazda trwała jakieś dwadzieścia minut. Jadąc, mijaliśmy wiele pięknych farm. Na jednej pasło się bydło, na drugiej owce, na jeszcze innej kozy. Jednak w pamięci najbardziej utkwiła mi farma lam. Nie za często widuję lamy. Jechaliśmy i jechaliśmy, aż w końcu dotarliśmy do pięknej alei. Po obu stronach rosło pełno drzew wiśni. Już wiem,dlaczego to miejsce się tak nazywa. Po prawej stronie zauważyłam konie, a po lewej las. Piękny, zielony las. Pomyślałam, że wspaniale byłoby udać się tam w teren. Nagle przed nami pojawiły się dwa konie, a na nich dziesięcioletnie dziewczynki. Patrzyły na nas oczami przepełnionymi strachem. Widziałam to. Tylko dlaczego?
-Philip, dlaczego one tak patrzą?
-Bo prawie bym je rozjechał.
-Co?! -nie wierzyłam własnym uszom.- Co się stało?
-No wyszły mi przed samochód!
Patrzyłam z przerażeniem. Zupełnie, jak te dziewczynki. Wysiadłam z samochodu i podbiegłam do nich.
-Nic wam nie jest? -spytałam.
-N...nie proszę pani. -powiedziała jedna z nich.
-O Boże, przepraszam was, naprawdę! Nie zauważyliśmy was, przykro mi. Konikom nic się nie stało?
-Chyba nie. -odpowiedziała czarnoskóra dziewczynka na gniadym kucyku.
-Dobrze, skoro wam nic nie jest, to my już pojedziemy. -wsiadłam do samochodu. Poczekaliśmy, aż te wystraszone dzieci zjadą z drogi i wtedy ruszyliśmy. Philip jechał już wolniej. Serce wciąż biło mi bardzo mocno. Miałam wrażenie, że zaraz wypadnie. Dojechaliśmy do stadniny. Philip zaparkował samochód. Wzięłam torbę i wyszłam z niego. Poszłam prosto do stajni w kształcie litery T. Była przepiękna. I ogromna. Cała z drewna. Po obu stronach były tabliczki z imionami, a w nich piękne, zadbane konie. Szłam do końca i skręciłam w lewo. Głowa latała mi we wszystkie strony. Doszłam wreszcie do końca i zawróciłam. Większość koni była gniada, ale siwków też było niemało. Zauważyłam też kare, a także piękne konie o niespotykanych maściach. Doszłam do drugiego końca. Wszystkie konie były piękne i cudowne, ale moją uwagę przykuł jeden - stał na końcu, sam. Piękny, srokaty paint horse z rybim okiem. Na tabliczce widniał napis z jego imieniem. Przeczytałam je i podniosłam rękę, żeby pogładzić pięknego ogiera po czole. Gdy zbliżałam dłoń do jego głowy, odskoczył.
-Ciii, Aladar, nie bój się, ciii. -uspokajałam go.
Cały czas powtarzałam to jedno zdanie, cichutko, aż w końcu dotknęłam miękkiej sierści. Uśmiechnęłam się. To było cudowne uczucie. Aladar postawił uszy i znowu się odsunął ode mnie. Obejrzałam się w stronę, w którą zwrócił uszy.
-Ellie, tu jesteś! -powiedziała Grace, właścicielka Wiśniowej Doliny. -Zobaczyłam, jak wjeżdżasz, ale później nie mogłam cię znaleźć. Twój kolega powiedział, że jesteś w stajni.
-Tak, nie mogłam się oprzeć! Musiałam tu przyjść. -powiedziałam lekko zmieszana.
-Nic się nie stało. Wybierz sobie konia i chodź na halę.
-Dobrze, ale ja już wybrałam konia. Chcę Aladara.
-Aladara? -spytała Grace. Była bardzo zdziwiona.
-Tak, Aladara. Chcę na niego wsiąść.
-Wiesz, Aladar jest bardzo narowistym koniem. Nie wiem, czy sobie poradzisz.
Poczułam się dziwnie. Czyżby Grace uważała, że nie umiem opanować konia?
-Chcę Aladara. W przeciwnym razie znajdę inną stadninę.
-Dobrze, Ellie, niech ci będzie. Zaraz przyniosę siodło, a ty go wyczyść. -powiedziała i zniknęła za ścianą. Sięgnęłam po szczotki leżące obok i rozsunęłam drzwi od boksu. Aladar odsunął się ode mnie jeszcze bardziej. Zaczęłam go uspokajać i powoli podnosiłam rękę, żeby ją powąchał. Gdy wreszcie mi się to udało, przejechałam delikatnie szczotką po jego brzuchu. Odskoczył.
-Aladar, spokojnie. Nic ci nie zrobię, już dobrze.
Gładziłam go po brzuchu, powoli, czyściłam najspokojniej, jak tylko umiałam. I nagle zaczęłam śpiewać. Nuciłam jakąś miłą melodyjkę. Po chwili sięgnęłam po kopystkę. Gdy tylko Aladar zobaczył haczyk, stanął dęba. Wybiegłam szybko z boksu i zasunęłam za sobą drzwi. Weszłam z powrotem i tym razem mi się udało. Wyczyściłam jedno kopyto, potem drugie, trzecie i czwarte. Skończyłam akurat, gdy przyszła Grace.
-To co, siodłamy? -spytała.
środa, 4 grudnia 2013
Rozdział 13 ♞
Pierwsze co zrobiłam rano, było pójście do stajni. Gdy wchodziłam, Parys stał i wpatrywał się w moją stronę. Na mojej twarzy pojawił się szeroki uśmiech. Parys obrócił uszy w moją stronę i banan zrobił się jeszcze większy. Podeszłam do Parysa i ostrożnie weszłam do boksu. Pogłaskałam go po muskularnej szyi i pocałowałam w piękny czarny pysk. Złapałam za uwiąz, przewiesiłam przez szyję i wyprowadziłam ze stajni uśmiechając się. Kierowaliśmy się w stronę pastwiska i Parys zaczął kręcić uszami i prychać. Pomyślałam, że jest bardzo szczęśliwy z możliwości pobytu na świeżym powietrzu. Otworzyłam bramę. Staliśmy tak dłuższą chwilę.
-Bardzo cię kocham, przyjacielu. -wyszeptałam mu do ucha. -Nigdy cię nie zapomnę, i ty też nie zapomnij mnie. Bądź szczęśliwy, maluchu.
Zdjęłam uwiąz z szyi i klepnęłam konia po zadku, a ten pogalopował pod najbliższe drzewo. Wróciłam do stajni. Odłożyłam uwiąz i poszłam do domu. Spojrzałam na zegarek - była godzina 10. Tak długo spałam? Nieważne. Postanowiłam, że w tej chwili wdrożę w życie swój plan. Wzięłam nóż i przejechałam nim sobie po żyłach, w momencie gdy otworzyły się drzwi.
-Ellie, nie! -krzyknął Philip.
Pojawił się jak rycerz na białym koniu, który wybawia więzioną w zamku księżniczkę z rąk wstrętnego smoka. Tylko, że to nie był rycerz, nie miał konia (co najwyżej biały skuter) i nie ratował żadnej księżniczki przed smokiem. Ratował mnie przed emocjami. Wybił mi nóż z ręki i spojrzał na nadgarstki.
-Jezu, Ellie! Co ci odbiło, do cholery!? -krzyczał. Przeraziłam się i zdałam sobie sprawę z tego, co chciałam zrobić. A chciałam się zabić.
-Prze... przepraszam, no! Boże, nie wytrzymałam Philip i chciałam skończyć ze sobą! Nie przemyślałam tego, ja...
-No właśnie, nie przemyślałaś! -widziałam w jego oczach złość. Był wściekły.
-Philip... tata prawie umarł.
-Co? To tego mi wczoraj nie powiedziałaś?
-Tak, ja byłam zbyt roztrzęsiona, żeby ci to powiedzieć.
-Ellie, wiesz, że bym przyjechał od razu. Opowiedz mi o wszystkim.
Objął mnie wielkim ramieniem i usadowił obok siebie na kanapie w pokoju. Mówiłam krótko, szybko wszystko wyjaśniłam, ale Philip tulił mnie chyba z godzinę. Po pewnym czasie poczułam, że zasypiam. Byłam wszystkim zmęczona. Rzeczywiście zasnęłam.
Gdy się obudziłam Philip leżał obok mnie z zamkniętymi oczami. Spojrzałam na niego. Ślina kapała mu z ust. Wyglądał mega uroczo. Pomyślałam, że mam ogromne szczęście mając takiego rycerza u boku. Wstałam i poszłam do łazienki. Nie, nie po to, żeby połknąć tabletki nasenne i spać zawsze przy Philipie. Poszłam po bandaż. Nie wiem, co stało się z poprzednim, ale założyłam nowy na nadgarstek i wcześniej zranioną rękę. Wyglądałam raczej śmiesznie, cała obbandażowana. A może powinnam użyć plastra na nadgarstek... Po chwili zrezygnowałam ze zmiany opatrunku i poszłam do kuchni. Zajrzałam do lodówki i wyjęłam masło oraz ser. Zrobiłam na szybko kanapki, położyłam talerz na stół w pokoju i wzięłam jedną. Jedząc szłam na pastwisko, żeby wziąć Parysa. Zanim doszłam do niego, po kanapce nie zostało już ani śladu.
-Cześć kochanie! -krzyknęłam uradowana do Parysa, a on przykłusował do mnie. Pogładziłam go po szyi i złapałam za grzywę. Zaczęłam prowadzić z powrotem do stajni. Trzeba się zająć zwierzętami... Zostawiłam go w boksie i szybko nakarmiłam psy oraz wlałam mleko dla kotów. Wróciłam do Parysa i nałożyłam na niego siodło i ogłowie. Złapałam za wodze i wyszłam z nim ze stajni. Szliśmy wolno na pastwisko, ale nie czułam się najlepiej. Miałam wrażenie, że ktoś mnie obserwuje. Czułam czyjś wzrok na moich plecach. A co, jeśli ten drugi facet naprawdę wrócił, i teraz mierzył do mnie z pistoletu? Nie chcę zarobić kulki w wieku piętnastu lat... Co ja wygaduję, w ogóle nie chcę dostać kulki! Zrzuciłam z siebie to spojrzenie i szłam dalej przed siebie. Gdy staliśmy już pod bramą, odwróciłam się i naprawdę wystraszyłam. Nikogo tam nie było. To mnie najbardziej przeraziło. Popchnęłam bramę i wprowadziłam Parysa na łąkę. Puściłam go, a potem zamknęłam z powrotem bramę. Gwizdnęłam i Parys stanął tuż przede mną. Tuż przede mną, co oznacza, że widział wszystko, co było za mną. Od razu zorientowałam się, że coś jest z tyłu, ale pomyślałam, że to może pies za nami pobiegł, albo wombat wyszedł z krzaków. Odwróciłam się i ujrzałam Philipa. Boże, jakiego on stracha mi napędził!
-Philip! Co ty tu robisz? Myślałam, że jeszcze śpisz.
-Proszę cię, Ellie. Jest 16 godzina! A tak przy okazji, zjadłem wszystkie kanapki.
-Były dla ciebie.
-To dobrze. Sama je robiłaś? Były ohydne.
Cały Philip. Uśmiechnęłam się do niego i wsiadłam na konia. Jechałam przy płocie, żeby sprawdzić, czy nigdzie nie trzeba nic naprawić. Za mną Philip, już na załadowanym dżipie, rozwoził po kolei wiązki siana. Nic ciekawego się nie wydarzyło. Pracowaliśmy jakąś godzinę, potem wróciliśmy do domu.
-Może przykleję ci plaster na nadgarstek? -powiedział Philip zajadając się ciastkami. -Te bandaże wyglądają komicznie.
-Wiem. Ale nie mam plastrów.
-Jesteś pewna?
O nie, pomyślałam. Co on wykombinował? Podszedł do szafki w łazience i wyjął z niej kolorowe opakowanie. Co to jest?
-Mam tu kilka ładnych plastrów z Kubusiem Puchatkiem!
-Zwariowałeś? I ja mam w tym zamiatać gnój spod krów?
-A czemu nie? Jesteś dziewczyną, jesteś urocza i...
-I mam piętnaście lat, nie dziesięć.
-Wielka mi różnica...
Prowadziliśmy tę głupkowatą rozmowę jeszcze przez chwilę. Potem w włączonym telewizorze usłyszeliśmy głoś prezentera wiadomości.
-"Wczoraj wieczorem policja złapała groźnego przestępcę, Monty'ego Connerama, który kradł konie, a później sprzedawał je na aukcjach. Zarobił w ten sposób dwadzieścia tysięcy dolarów."
-Gdyby nie ty, zarobiłby jeszcze pięć tysięcy...
-Serio myślisz, że Parys jest wart tylko tyle? -spytałam. -On ma duży potencjał, jest piękny, ma rodowód, myślę, że spokojnie mogłabym go wystawić na aukcji za co najmniej dwadzieścia pięć kawałków.
-Czyli chcesz go sprzedać?
-Nie no co ty! Oszalałeś? To najwspanialszy koń na świecie! Nigdy bym go nie sprzedała. Prędzej umrę, niż on pojawi się na targu. Planuję nawet zacząć trenować na nim skoki i wziąć udział w zawodach. Kiedyś mi się to śniło, ale nie chciałabym, żeby tamten sen się spełnił. To znaczy nie w całości.
-Dlaczego? -spytał Philip.
-Dlaczego? Bo mój koń złamał nogę, a ja umarłam. Wiesz, gdyby sny się spełniały, to potrafiłabym latać.
Zadzwoniłam do mamy. Powiedziała, że z tatą jest wszystko dobrze. Tata spędzi w szpitalu jeszcze dwa tygodnie. Mama planuje cały czas z nim siedzieć i przyjechać tylko po rzeczy. Mi w sumie pasuje taki układ. Zgodziła się, żeby Philip został i mi pomógł. Całe szczęście, bo czułam się znacznie lepiej w jego towarzystwie.
-Wiesz co, jestem trochę zmęczona. Pościelę ci łózko i pójdziemy spać, ok?
-No dobra.
Poszłam do pokoju gościnnego i rzuciłam na materac kołdrę, poduszkę i koc. Nie wiem, po co koc, skoro jest środek lata, ale czasem się przydaje. Wróciłam do swojego pokoju i zasnęłam.
Następnego ranka po sprawdzeniu wszystkich płotów, założyłam na Parysa siodło angielskie i pojechałam na jedno z pastwisk. Po ostatniej burzy na początku lata, były tam zwalone drzewa. Postanowiłam spróbować przez nie skoczyć. Stanęłam kilkanaście metrów przed pierwszym pniem, rozpędziłam Parysa do galopu i hop! Skoczyliśmy. Nie zwalniając, najechałam na kolejne drzewo i znowu skoczyłam. Poklepałam Parysa po lśniącej szyi i zawróciłam. Czułam się, jakbym była na prawdziwych zawodach, jakby obserwowały mnie miliony, jak profesjonalista. Wątpiłam, czy kiedykolwiek tak będzie, ale trzeba dążyć do spełnienia marzeń. Podjechałam do Philipa stojącego przy bramie i zsiadłam z konia.
-Zaprowadzimy go do stajni? -spytałam. -Dziś jest gorąco, woda szybko gnije na dworze.
Philip złapał wodze i wprowadził mojego ogiera do stajni. Byliśmy zmęczeni. Temperatura tego dnia sięgała trzydziestu pięciu stopni. To chyba najgorętszy dzień w tym roku. Poszliśmy do domu i rzuciliśmy się na kanapę. Nie mieliśmy już na nic siły. Mogłam jedynie sięgnąć pilota i włączyć telewizor. Nie wiem dlaczego, ale oglądaliśmy głupie kreskówki. Jednak te dziwne dźwięki były uspokajające. Zamknęłam oczy i zasnęłam myśląc, jak bardzo zmieniło się moje życie, odkąd pojawił się w nim Parys.
-Bardzo cię kocham, przyjacielu. -wyszeptałam mu do ucha. -Nigdy cię nie zapomnę, i ty też nie zapomnij mnie. Bądź szczęśliwy, maluchu.
Zdjęłam uwiąz z szyi i klepnęłam konia po zadku, a ten pogalopował pod najbliższe drzewo. Wróciłam do stajni. Odłożyłam uwiąz i poszłam do domu. Spojrzałam na zegarek - była godzina 10. Tak długo spałam? Nieważne. Postanowiłam, że w tej chwili wdrożę w życie swój plan. Wzięłam nóż i przejechałam nim sobie po żyłach, w momencie gdy otworzyły się drzwi.
-Ellie, nie! -krzyknął Philip.
Pojawił się jak rycerz na białym koniu, który wybawia więzioną w zamku księżniczkę z rąk wstrętnego smoka. Tylko, że to nie był rycerz, nie miał konia (co najwyżej biały skuter) i nie ratował żadnej księżniczki przed smokiem. Ratował mnie przed emocjami. Wybił mi nóż z ręki i spojrzał na nadgarstki.
-Jezu, Ellie! Co ci odbiło, do cholery!? -krzyczał. Przeraziłam się i zdałam sobie sprawę z tego, co chciałam zrobić. A chciałam się zabić.
-Prze... przepraszam, no! Boże, nie wytrzymałam Philip i chciałam skończyć ze sobą! Nie przemyślałam tego, ja...
-No właśnie, nie przemyślałaś! -widziałam w jego oczach złość. Był wściekły.
-Philip... tata prawie umarł.
-Co? To tego mi wczoraj nie powiedziałaś?
-Tak, ja byłam zbyt roztrzęsiona, żeby ci to powiedzieć.
-Ellie, wiesz, że bym przyjechał od razu. Opowiedz mi o wszystkim.
Objął mnie wielkim ramieniem i usadowił obok siebie na kanapie w pokoju. Mówiłam krótko, szybko wszystko wyjaśniłam, ale Philip tulił mnie chyba z godzinę. Po pewnym czasie poczułam, że zasypiam. Byłam wszystkim zmęczona. Rzeczywiście zasnęłam.
Gdy się obudziłam Philip leżał obok mnie z zamkniętymi oczami. Spojrzałam na niego. Ślina kapała mu z ust. Wyglądał mega uroczo. Pomyślałam, że mam ogromne szczęście mając takiego rycerza u boku. Wstałam i poszłam do łazienki. Nie, nie po to, żeby połknąć tabletki nasenne i spać zawsze przy Philipie. Poszłam po bandaż. Nie wiem, co stało się z poprzednim, ale założyłam nowy na nadgarstek i wcześniej zranioną rękę. Wyglądałam raczej śmiesznie, cała obbandażowana. A może powinnam użyć plastra na nadgarstek... Po chwili zrezygnowałam ze zmiany opatrunku i poszłam do kuchni. Zajrzałam do lodówki i wyjęłam masło oraz ser. Zrobiłam na szybko kanapki, położyłam talerz na stół w pokoju i wzięłam jedną. Jedząc szłam na pastwisko, żeby wziąć Parysa. Zanim doszłam do niego, po kanapce nie zostało już ani śladu.
-Cześć kochanie! -krzyknęłam uradowana do Parysa, a on przykłusował do mnie. Pogładziłam go po szyi i złapałam za grzywę. Zaczęłam prowadzić z powrotem do stajni. Trzeba się zająć zwierzętami... Zostawiłam go w boksie i szybko nakarmiłam psy oraz wlałam mleko dla kotów. Wróciłam do Parysa i nałożyłam na niego siodło i ogłowie. Złapałam za wodze i wyszłam z nim ze stajni. Szliśmy wolno na pastwisko, ale nie czułam się najlepiej. Miałam wrażenie, że ktoś mnie obserwuje. Czułam czyjś wzrok na moich plecach. A co, jeśli ten drugi facet naprawdę wrócił, i teraz mierzył do mnie z pistoletu? Nie chcę zarobić kulki w wieku piętnastu lat... Co ja wygaduję, w ogóle nie chcę dostać kulki! Zrzuciłam z siebie to spojrzenie i szłam dalej przed siebie. Gdy staliśmy już pod bramą, odwróciłam się i naprawdę wystraszyłam. Nikogo tam nie było. To mnie najbardziej przeraziło. Popchnęłam bramę i wprowadziłam Parysa na łąkę. Puściłam go, a potem zamknęłam z powrotem bramę. Gwizdnęłam i Parys stanął tuż przede mną. Tuż przede mną, co oznacza, że widział wszystko, co było za mną. Od razu zorientowałam się, że coś jest z tyłu, ale pomyślałam, że to może pies za nami pobiegł, albo wombat wyszedł z krzaków. Odwróciłam się i ujrzałam Philipa. Boże, jakiego on stracha mi napędził!
-Philip! Co ty tu robisz? Myślałam, że jeszcze śpisz.
-Proszę cię, Ellie. Jest 16 godzina! A tak przy okazji, zjadłem wszystkie kanapki.
-Były dla ciebie.
-To dobrze. Sama je robiłaś? Były ohydne.
Cały Philip. Uśmiechnęłam się do niego i wsiadłam na konia. Jechałam przy płocie, żeby sprawdzić, czy nigdzie nie trzeba nic naprawić. Za mną Philip, już na załadowanym dżipie, rozwoził po kolei wiązki siana. Nic ciekawego się nie wydarzyło. Pracowaliśmy jakąś godzinę, potem wróciliśmy do domu.
-Może przykleję ci plaster na nadgarstek? -powiedział Philip zajadając się ciastkami. -Te bandaże wyglądają komicznie.
-Wiem. Ale nie mam plastrów.
-Jesteś pewna?
O nie, pomyślałam. Co on wykombinował? Podszedł do szafki w łazience i wyjął z niej kolorowe opakowanie. Co to jest?
-Mam tu kilka ładnych plastrów z Kubusiem Puchatkiem!
-Zwariowałeś? I ja mam w tym zamiatać gnój spod krów?
-A czemu nie? Jesteś dziewczyną, jesteś urocza i...
-I mam piętnaście lat, nie dziesięć.
-Wielka mi różnica...
Prowadziliśmy tę głupkowatą rozmowę jeszcze przez chwilę. Potem w włączonym telewizorze usłyszeliśmy głoś prezentera wiadomości.
-"Wczoraj wieczorem policja złapała groźnego przestępcę, Monty'ego Connerama, który kradł konie, a później sprzedawał je na aukcjach. Zarobił w ten sposób dwadzieścia tysięcy dolarów."
-Gdyby nie ty, zarobiłby jeszcze pięć tysięcy...
-Serio myślisz, że Parys jest wart tylko tyle? -spytałam. -On ma duży potencjał, jest piękny, ma rodowód, myślę, że spokojnie mogłabym go wystawić na aukcji za co najmniej dwadzieścia pięć kawałków.
-Czyli chcesz go sprzedać?
-Nie no co ty! Oszalałeś? To najwspanialszy koń na świecie! Nigdy bym go nie sprzedała. Prędzej umrę, niż on pojawi się na targu. Planuję nawet zacząć trenować na nim skoki i wziąć udział w zawodach. Kiedyś mi się to śniło, ale nie chciałabym, żeby tamten sen się spełnił. To znaczy nie w całości.
-Dlaczego? -spytał Philip.
-Dlaczego? Bo mój koń złamał nogę, a ja umarłam. Wiesz, gdyby sny się spełniały, to potrafiłabym latać.
Zadzwoniłam do mamy. Powiedziała, że z tatą jest wszystko dobrze. Tata spędzi w szpitalu jeszcze dwa tygodnie. Mama planuje cały czas z nim siedzieć i przyjechać tylko po rzeczy. Mi w sumie pasuje taki układ. Zgodziła się, żeby Philip został i mi pomógł. Całe szczęście, bo czułam się znacznie lepiej w jego towarzystwie.
-Wiesz co, jestem trochę zmęczona. Pościelę ci łózko i pójdziemy spać, ok?
-No dobra.
Poszłam do pokoju gościnnego i rzuciłam na materac kołdrę, poduszkę i koc. Nie wiem, po co koc, skoro jest środek lata, ale czasem się przydaje. Wróciłam do swojego pokoju i zasnęłam.
Następnego ranka po sprawdzeniu wszystkich płotów, założyłam na Parysa siodło angielskie i pojechałam na jedno z pastwisk. Po ostatniej burzy na początku lata, były tam zwalone drzewa. Postanowiłam spróbować przez nie skoczyć. Stanęłam kilkanaście metrów przed pierwszym pniem, rozpędziłam Parysa do galopu i hop! Skoczyliśmy. Nie zwalniając, najechałam na kolejne drzewo i znowu skoczyłam. Poklepałam Parysa po lśniącej szyi i zawróciłam. Czułam się, jakbym była na prawdziwych zawodach, jakby obserwowały mnie miliony, jak profesjonalista. Wątpiłam, czy kiedykolwiek tak będzie, ale trzeba dążyć do spełnienia marzeń. Podjechałam do Philipa stojącego przy bramie i zsiadłam z konia.
-Zaprowadzimy go do stajni? -spytałam. -Dziś jest gorąco, woda szybko gnije na dworze.
Philip złapał wodze i wprowadził mojego ogiera do stajni. Byliśmy zmęczeni. Temperatura tego dnia sięgała trzydziestu pięciu stopni. To chyba najgorętszy dzień w tym roku. Poszliśmy do domu i rzuciliśmy się na kanapę. Nie mieliśmy już na nic siły. Mogłam jedynie sięgnąć pilota i włączyć telewizor. Nie wiem dlaczego, ale oglądaliśmy głupie kreskówki. Jednak te dziwne dźwięki były uspokajające. Zamknęłam oczy i zasnęłam myśląc, jak bardzo zmieniło się moje życie, odkąd pojawił się w nim Parys.
piątek, 22 listopada 2013
Rozdział 12 ♞
Lekarze reanimowali tatę w karetce jakieś 10 minut. Potem nagle przestali.
-Dobrze -powiedział jeden z nich. -Musimy zabrać twojego tatę do szpitala. Ranę ma głęboką, musi zostać na obserwacji.
Jejku, jak się ucieszyłam! Nie z tego, że będzie w szpitalu, tylko z tego, że żyje. Bardzo się bałam, gdy mama powiedziała, że tata umarł.
-Czy... czy mogę pojechać? -spytała mama niepewnym głosem.
-Oczywiście.
-Ja też?
-Nie, lepiej, żebyś została. -miły lekarz uśmiechnął się do mnie i wsiadł do karetki razem z mamą. Nie miałam nic do roboty, więc wróciłam do stajni. Spojrzałam na ziemię. Beton był czarny, od krwi tamtego złodzieja - i taty. Zrobiło mi się niedobrze, więc poszłam dalej. doszłam do boksu Parysa, ale mój maluch gdzieś zniknął. Zaczęłam się rozglądać. Czyżby tamten drugi mężczyzna wrócił i go ukradł? Nie. Parys siedział przy silosie i rozkoszował się owsem. Pomyślałam, że go zabiję. Podeszłam do niego.
-Dobrze -powiedział jeden z nich. -Musimy zabrać twojego tatę do szpitala. Ranę ma głęboką, musi zostać na obserwacji.
Jejku, jak się ucieszyłam! Nie z tego, że będzie w szpitalu, tylko z tego, że żyje. Bardzo się bałam, gdy mama powiedziała, że tata umarł.
-Czy... czy mogę pojechać? -spytała mama niepewnym głosem.
-Oczywiście.
-Ja też?
-Nie, lepiej, żebyś została. -miły lekarz uśmiechnął się do mnie i wsiadł do karetki razem z mamą. Nie miałam nic do roboty, więc wróciłam do stajni. Spojrzałam na ziemię. Beton był czarny, od krwi tamtego złodzieja - i taty. Zrobiło mi się niedobrze, więc poszłam dalej. doszłam do boksu Parysa, ale mój maluch gdzieś zniknął. Zaczęłam się rozglądać. Czyżby tamten drugi mężczyzna wrócił i go ukradł? Nie. Parys siedział przy silosie i rozkoszował się owsem. Pomyślałam, że go zabiję. Podeszłam do niego.
-Mały, wracaj do boksu! –Parys
podniósł głowę i spojrzał na mnie swoimi ludzkimi oczami. Odwróciłam się i
szłam w stronę boksu. Parys szedł za mną. Weszłam do boksu i ogier zrobił to
samo. Zaprowadziłam go tam podstępem, a potem szybko zamknęłam drzwi. Stałam
przed nim i czule go głaskałam.
-Jesteś bardzo piękny,
kochanie.
Wróciłam do domu. Byłam
sama. Poszłam do kuchni i zrobiłam sobie kanapkę. Wróciłam do swojego pokoju i
zjadłszy kanapkę zadzwoniłam do Philipa. Gdy wykręcałam numer, poczułam się
strasznie samotna.
-Philip?
-Ellie? –odpowiedział
kojącym męskim głosem- Co ty robisz? Jest
po północy!
Spojrzałam na zegarek.
Rzeczywiście – była godzina 24:27.
-Obudziłam cię? –co za
głupie pytanie, oczywiście, że go obudziłam!- Philip… tata jest w szpitalu.
-Co?!
-Tak. Poszłam wieczorem sprawdzić,
co u Parysa i dać mu całusa na dobranoc. W stajni jakiś facet trzymał go za
kantar i próbował wyprowadzić ze stajni.
-Zaczekaj, zaraz u
ciebie będę.
-Co? Nie!
-Dlaczego nie?
-No bo… po prostu nie
przyjeżdżaj. Jest już późno, poradzę sobie sama.
Po tych słowach się
rozłączyłam. Byłam wyczerpana. Dokończyłam kanapkę i położyłam się do łóżka. Długo myślałam o dzisiejszym dniu. Dlaczego mama powiedziała, że tata umarł? Czyżby przestał oddychać? Nie wyczuła tętna? Nic nie rozumiałam. Strasznie mocno to wszystko przeżyłam, jednak nie pokazywałam żadnych emocji, żeby wesprzeć mamę. Po policzku spłynęła mi łza, była gorąca, więc ją wytarłam. Zaczęłam płakać. Teraz, gdy byłam w domu sama, mogłam sobie na to pozwolić. Zapaliłam lampkę i zaczęłam pisać. Zapisałam całą stronę, byłam bardzo przygnębiona i czułam się samotnie. Dlaczego odmówiłam Philipowi? Przecież byłoby lepiej, gdyby mnie wsparł. Uspokoiłam się na chwilę i przestałam pisać. Ciekawe, czy już spał, a może zastanawiał się, co się stało tacie, bo w końcu mu nie powiedziałam... albo już był w drodze do mojego domu? Zamknęłam oczy. Nie potrafiłam teraz o tym myśleć. Wróciłam do pisania. Pisałam szybko, więc po chwili rozbolała mnie ręka. Strzepnęłam ją i odłożyłam długopis. Wzięłam kartkę i poszłam do salonu. Położyłam ją na środku stołu, żeby ktoś, kto tu przyjdzie ją zobaczył. Wróciłam do siebie i leżąc, myślałam, czy to, co planuję zrobić będzie dobre. Może tak, a może skrzywdzę rodziców, Parysa i Philipa... Po kilku minutach zasnęłam ze smutnym wyrazem twarzy. Miałam nadzieję na bardzo piękny sen.
czwartek, 21 listopada 2013
Rozdział 11 ♞
Facet, którego podduszałam przyciskał mnie do ściany, jednocześnie próbując wyrwać się z mojego krwiożerczego uścisku. Z każdym zetknięciem z zimną ścianą, żebra i głowa bolały mnie jeszcze bardziej. Przy kolejnym uderzeniu puściłam się jedną ręką i podniosłam nóż, który leżał na stoliku. Nie wiedząc co robić, przejechałam nim po ramieniu tego mężczyzny. Już nie próbował mnie zrzucić, tylko trzymał się za rękę i głośno krzyczał. Chyba zrobiłam mu głęboką ranę, bo zobaczyłam sączącą się krew. Na sam ten widok mnie zemdliło. Odwróciłam się od tego obrazu i ujrzałam inny - znacznie gorszy. Drugi facet ciągnął Parysa za kantar. Mądry Parys stawiał duży opór. Zaparł się kopytami i nie chciał ruszyć. To było bardzo rozsądne, ale jednocześnie bardzo bolesne, bo tamten idiota okładał mojego konia chudziutką gałązką! Zobaczywszy to, rzuciłam się na niego z nożem. Nie wiem dlaczego, ale atakowałam go wszystkim, czym mogłam. Mężczyzna puścił w końcu Parysa i uciekł, potykając się kilka razy.
Nagle od tyłu coś złapało mnie za szyję. Poczułam na niej jakąś ciepłą ciecz. To ten z krwawiącą ręką chciał mnie udusić, tak, jak ja go na początku. Kopałam go, próbując jednocześnie się wyswobodzić. Czułam, jak coś łaskocze mnie pomiędzy piersiami, a potem po brzuchu. Nagle uścisk zaczął się rozluźniać. Ręka powoli zsuwała się z mojej spoconej szyi. Nie czekałam, aż zejdzie ze mnie, tylko pchnęłam ją i podbiegłam do Parysa. Złapałam go za kantar i szybko wyprowadziłam ze stajni, zapalając po drodze światło. Stojąc na podwórku, spojrzałam w stronę stajni. W środku ujrzałam dwie szamotające się osoby. Po chwili spostrzegłam, że to mój tata. Na szczęście usłyszał! Zaczęłam przeszukiwać swoje kieszenie, mając nadzieję, że znajdę tam telefon. Po chwili przestałam, ponieważ usłyszałam jakiś dźwięk. Już nie patrzyłam na stajnię, tylko na drogę. Gapiłam się w nią, jakby miało stamtąd przyjść zbawienie. I rzeczywiście przyszło. Na czterech kółkach z niebieskimi światełkami. To policja. Patrzyłam jak zaczarowana, jak wjeżdżają na podwórko i parkują obok mnie. Policjant - pasażer wysiadł i przybiegł do mnie, spytał o coś, a ja mu wskazałam stajnię. Skierował się w jej stronę i usłyszałam, jak krzyczy coś w stylu "policja, rzuć broń!" i wyciąga swój pistolet z kabury. Po chwili policjant wyszedł z pochylonym przed sobą, wciąż krwawiącym mężczyzną. Pociągnęłam Parysa za kantar i razem weszliśmy do stajni. Zobaczyłam mamę. Klęczała na ziemi i histerycznie płakała. Podbiegłam do niej. Obok leżał tata, nieprzytomny, zimny. Krew sączyła się z jego wielkiej rany w brzuchu. Patrzałam na niego jak zaczarowana. Parys podszedł do nas i szturchnął tatę w ramię. Pacnęłam go w łeb i krzyknęłam "zostaw to!". On spojrzał na mnie i poszedł do swojego boksu.
-Dzwoniłaś na pogotowie? -spytałam drżącym głosem. Mama pokręciła przecząco głową. Wstałam i wybiegłam na zewnątrz. Całe szczęście policjanci wciąż tam stali.
-Niech pan dzwoni po karetkę! -krzyczałam histerycznie. -Mój tata krwawi!
Policjant usłyszawszy to natychmiast sięgnął po telefon. Wykręcił numer i już po chwili rozłączył się, informując mnie, że karetka jest już w drodze.
-Nie bój się, malutka. Wszystko będzie dobrze.
Po tych słowach coś we mnie pękło. Rozpłakałam się i wtuliłam w ciepły tors policjanta. Płakałam i płakałam, a łzy spływały mi po policzkach, jak krew po tacie.
-Przepraszam.
-Za co?
-Za to, że obśliniłam panu koszulkę.
-Nic nie szkodzi. -uśmiechnął się ciepło- I tak muszę ją wyprać.
Zaśmiałam się. Po chwili ujrzałam niebieskie światełka na drodze i usłyszałam głośne syreny. To karetka!
Wbiegłam do stajni.
-Mamo! Karetka zaraz będzie!
Mama spojrzała na mnie czerwonymi oczami. Przerażenie malowało się na jej twarzy.
-Umarł.
Jedno słowo. Ja też umarłam. Umarłam w środku.
Nagle od tyłu coś złapało mnie za szyję. Poczułam na niej jakąś ciepłą ciecz. To ten z krwawiącą ręką chciał mnie udusić, tak, jak ja go na początku. Kopałam go, próbując jednocześnie się wyswobodzić. Czułam, jak coś łaskocze mnie pomiędzy piersiami, a potem po brzuchu. Nagle uścisk zaczął się rozluźniać. Ręka powoli zsuwała się z mojej spoconej szyi. Nie czekałam, aż zejdzie ze mnie, tylko pchnęłam ją i podbiegłam do Parysa. Złapałam go za kantar i szybko wyprowadziłam ze stajni, zapalając po drodze światło. Stojąc na podwórku, spojrzałam w stronę stajni. W środku ujrzałam dwie szamotające się osoby. Po chwili spostrzegłam, że to mój tata. Na szczęście usłyszał! Zaczęłam przeszukiwać swoje kieszenie, mając nadzieję, że znajdę tam telefon. Po chwili przestałam, ponieważ usłyszałam jakiś dźwięk. Już nie patrzyłam na stajnię, tylko na drogę. Gapiłam się w nią, jakby miało stamtąd przyjść zbawienie. I rzeczywiście przyszło. Na czterech kółkach z niebieskimi światełkami. To policja. Patrzyłam jak zaczarowana, jak wjeżdżają na podwórko i parkują obok mnie. Policjant - pasażer wysiadł i przybiegł do mnie, spytał o coś, a ja mu wskazałam stajnię. Skierował się w jej stronę i usłyszałam, jak krzyczy coś w stylu "policja, rzuć broń!" i wyciąga swój pistolet z kabury. Po chwili policjant wyszedł z pochylonym przed sobą, wciąż krwawiącym mężczyzną. Pociągnęłam Parysa za kantar i razem weszliśmy do stajni. Zobaczyłam mamę. Klęczała na ziemi i histerycznie płakała. Podbiegłam do niej. Obok leżał tata, nieprzytomny, zimny. Krew sączyła się z jego wielkiej rany w brzuchu. Patrzałam na niego jak zaczarowana. Parys podszedł do nas i szturchnął tatę w ramię. Pacnęłam go w łeb i krzyknęłam "zostaw to!". On spojrzał na mnie i poszedł do swojego boksu.
-Dzwoniłaś na pogotowie? -spytałam drżącym głosem. Mama pokręciła przecząco głową. Wstałam i wybiegłam na zewnątrz. Całe szczęście policjanci wciąż tam stali.
-Niech pan dzwoni po karetkę! -krzyczałam histerycznie. -Mój tata krwawi!
Policjant usłyszawszy to natychmiast sięgnął po telefon. Wykręcił numer i już po chwili rozłączył się, informując mnie, że karetka jest już w drodze.
-Nie bój się, malutka. Wszystko będzie dobrze.
Po tych słowach coś we mnie pękło. Rozpłakałam się i wtuliłam w ciepły tors policjanta. Płakałam i płakałam, a łzy spływały mi po policzkach, jak krew po tacie.
-Przepraszam.
-Za co?
-Za to, że obśliniłam panu koszulkę.
-Nic nie szkodzi. -uśmiechnął się ciepło- I tak muszę ją wyprać.
Zaśmiałam się. Po chwili ujrzałam niebieskie światełka na drodze i usłyszałam głośne syreny. To karetka!
Wbiegłam do stajni.
-Mamo! Karetka zaraz będzie!
Mama spojrzała na mnie czerwonymi oczami. Przerażenie malowało się na jej twarzy.
-Umarł.
Jedno słowo. Ja też umarłam. Umarłam w środku.
czwartek, 14 listopada 2013
Rozdział 10 ♞
To był bardzo ciężki dzień, Ellie.
Po skończonej pracy wracałam z Philipem do domu. Mieliśmy zamiar napić się mrożonej herbaty i zjeść jakiś późny obiad. Ale zastaliśmy rodziców. Dopiero teraz zdałam sobie sprawę, że ich wcześniej nie było.
-O, Ellie - powiedziała mama zwyczajnym głosem jedząc moje ciastka i popijając moją herbatą.
-Cześć mamo, cześć tato. Gdzie... Gdzie wy w ogóle byliście?
-Na policji -powiedział zdziwionym tonem tata. -Philip ci nie powiedział?
No tak! Przecież gdy rano rozmawialiśmy Philip wspomniał o policji. Widocznie jestem zbyt roztargniona i zapracowana, żeby to zapamiętać.
-Wiedzą już, kto tu wczoraj był?
-Jeszcze nie. Ale poszukiwania trwają.
-To dobrze.
Poszłam do swojego pokoju, zupełnie zapominając o Philipie. Nawet mu nie podziękowałam... Usiadłam na brzegu łóżka i patrzyłam na moją rękę. Dlaczego mam takiego pecha? Dwa dni temu zdjęli mi gips, a już znowu jest uszkodzona. Powinnam była rano ją zabandażować. Przecież pracowałam z krowami! A gdyby wdało się zakażenie mogłabym... nie potrafię o tym pisać. Nagle, jakby czytając mi w myślach, do pokoju wszedł Philip.
Z bandażem.
-Ellie, przyniosłem bandaż, bo pomyślałem że...
Przerwałam mu ruchem ręki. Podszedł do mnie i usiadł obok mnie. Pokazał, żebym podała mu rękę i bez słowa to zrobiłam. Z wielką precyzją ją zabandażował po czym na mnie spojrzał. Kocham, gdy tak na mnie patrzy.
-Ellie, martwię się o ciebie.
-Dlaczego?
Pocałował mnie. Przytulił. Powiedział, że kocha i że pójdzie ze mną do piekła.
-Ja... -jąkał się. Nie lubię, gdy się jąka- Ja już pójdę.
-Dlaczego?
Uśmiechnął się do mnie słodko. To oznacza, że nic mi nie powie.
-Pa kochanie. -powiedział to i pocałował mnie w czoło. Potem wyszedł zostawiając mnie samą z nagłym bólem brzucha. Nie chciałam spędzić tego wieczoru sama, więc poszłam do rodziców obejrzeć z nimi jakąś komedie.
O 22 postanowiłam ostatni raz przed snem przejść się do konia. Weszłam do stajni i od razu poczułam się dziwnie. Było zimno i wyjątkowo ciemno. Wróciłam szybko do domu po bluzę i latarkę. Szłam przez ciemny stajenny korytarz ze strachem. Nagle usłyszałam kaszel i strach wypełnił moje ciało. Podbiegłam szybko do drzwi i mocno je pchnęłam. Musiałam się dowiedzieć, o co chodzi. Zapaliłam latarkę i zobaczyłam otwarty boks. Zaczęłam się rozglądać. Przy wyjściu stał mój koń, a obok niego jakiś facet. Krzyknęłam do niego. Odwrócił się i rozpoznałam w nim tego gościa, który wkradł się wcześniej do mojego domu. Nie mogłam uwierzyć własnym oczom. Postanowiłam coś zrobić. Rzuciłam latarkę na podłogę i zaczęłam biec na tego faceta. Skoczyłam mu na plecy i zaczęłam go podduszać rękoma, jednocześnie trzymając się tak mocno, żeby mnie nie zrzucił. Darłam się na całe gardło, żeby rodzice mnie usłyszeli. W tym całym zamieszaniu spojrzałam na Parysa. Denerwował się, kręcił uszami we wszystkie strony i prychał. Nagle z podwórka nadbiegł ktoś inny.
Po skończonej pracy wracałam z Philipem do domu. Mieliśmy zamiar napić się mrożonej herbaty i zjeść jakiś późny obiad. Ale zastaliśmy rodziców. Dopiero teraz zdałam sobie sprawę, że ich wcześniej nie było.
-O, Ellie - powiedziała mama zwyczajnym głosem jedząc moje ciastka i popijając moją herbatą.
-Cześć mamo, cześć tato. Gdzie... Gdzie wy w ogóle byliście?
-Na policji -powiedział zdziwionym tonem tata. -Philip ci nie powiedział?
No tak! Przecież gdy rano rozmawialiśmy Philip wspomniał o policji. Widocznie jestem zbyt roztargniona i zapracowana, żeby to zapamiętać.
-Wiedzą już, kto tu wczoraj był?
-Jeszcze nie. Ale poszukiwania trwają.
-To dobrze.
Poszłam do swojego pokoju, zupełnie zapominając o Philipie. Nawet mu nie podziękowałam... Usiadłam na brzegu łóżka i patrzyłam na moją rękę. Dlaczego mam takiego pecha? Dwa dni temu zdjęli mi gips, a już znowu jest uszkodzona. Powinnam była rano ją zabandażować. Przecież pracowałam z krowami! A gdyby wdało się zakażenie mogłabym... nie potrafię o tym pisać. Nagle, jakby czytając mi w myślach, do pokoju wszedł Philip.
Z bandażem.
-Ellie, przyniosłem bandaż, bo pomyślałem że...
Przerwałam mu ruchem ręki. Podszedł do mnie i usiadł obok mnie. Pokazał, żebym podała mu rękę i bez słowa to zrobiłam. Z wielką precyzją ją zabandażował po czym na mnie spojrzał. Kocham, gdy tak na mnie patrzy.
-Ellie, martwię się o ciebie.
-Dlaczego?
Pocałował mnie. Przytulił. Powiedział, że kocha i że pójdzie ze mną do piekła.
-Ja... -jąkał się. Nie lubię, gdy się jąka- Ja już pójdę.
-Dlaczego?
Uśmiechnął się do mnie słodko. To oznacza, że nic mi nie powie.
-Pa kochanie. -powiedział to i pocałował mnie w czoło. Potem wyszedł zostawiając mnie samą z nagłym bólem brzucha. Nie chciałam spędzić tego wieczoru sama, więc poszłam do rodziców obejrzeć z nimi jakąś komedie.
O 22 postanowiłam ostatni raz przed snem przejść się do konia. Weszłam do stajni i od razu poczułam się dziwnie. Było zimno i wyjątkowo ciemno. Wróciłam szybko do domu po bluzę i latarkę. Szłam przez ciemny stajenny korytarz ze strachem. Nagle usłyszałam kaszel i strach wypełnił moje ciało. Podbiegłam szybko do drzwi i mocno je pchnęłam. Musiałam się dowiedzieć, o co chodzi. Zapaliłam latarkę i zobaczyłam otwarty boks. Zaczęłam się rozglądać. Przy wyjściu stał mój koń, a obok niego jakiś facet. Krzyknęłam do niego. Odwrócił się i rozpoznałam w nim tego gościa, który wkradł się wcześniej do mojego domu. Nie mogłam uwierzyć własnym oczom. Postanowiłam coś zrobić. Rzuciłam latarkę na podłogę i zaczęłam biec na tego faceta. Skoczyłam mu na plecy i zaczęłam go podduszać rękoma, jednocześnie trzymając się tak mocno, żeby mnie nie zrzucił. Darłam się na całe gardło, żeby rodzice mnie usłyszeli. W tym całym zamieszaniu spojrzałam na Parysa. Denerwował się, kręcił uszami we wszystkie strony i prychał. Nagle z podwórka nadbiegł ktoś inny.
wtorek, 5 listopada 2013
Rozdział 9 ♞
Sarna.
To młoda sarenka. Malutkie kopytne zwierzę napędziło mi takiego stracha, że o mało nie narobiłam w gacie. W dodatku Parys też zaczął się denerwować. Ale coś mi tu nie pasowało: gdzie jest matka tego malucha? Zaczęłam się rozglądać. Sarny potrafią być bardzo niebezpieczne. Kiedyś będąc w mieście (tata musiał pojechać po benzynę) widziałam, jak zaatakowała psa starszej pani, której imienia nie pamiętam. To był straszny widok, psina zmarła na miejscu. Teraz sarna rozglądała się, a potem czmychnęła na drugą stronę pagórka i zanurkowała w jeżynach. Popędziłam Parysa i kłusem uciekliśmy na podwórze. Jasne, miałam czekać na Philipa, ale bałam się, że pojawi się to straszne zwierzę. Kurczę, bać się sarny...
Zobaczyłam Philipa wychodzącego zza swojego samochodu. Czemu wcześniej nie zauważyłam tego pojazdu? Chyba za mało się nie rozglądałam. Zobaczyłam, jak spogląda za siebie i trzyma linę - jedziemy na przejażdżkę? Ale to nie był koń.
Krowa?! A co krowa ma wspólnego ze mną i Philipem? Jasne, mamy farmę i ponad 40 krów, ale po co nam 41? Mimo to wyglądała zabawnie. Chyba rasa Jersey. W każdym razie Philip szedł w moją stronę prowadząc tą krówkę, i gdy zobaczył, że na niego patrzę tylko się uśmiechnął.
-Philip -powiedziałam.
-Tak, moja pani?
Znowu się do mnie uśmiechnął. Ja też.
-Po co mi ta krowa?
-No wiesz, pomyślałem, że zrobię ci taki malutki prezent...
-Coś ty! Wydałeś na nią chyba z dziesięć tysięcy dolców! Nie mogłeś mi kupić, sama nie wiem, odstraszacz much dla koni?
Upss, zabrzmiało to paskudnie. Miałam nadzieję, że Philip się za to nie obrazi.
-Co ty gadasz, Ellie! Ta malutka kosztowała mnie tylko siedem tysięcy.
-Dobra, zaprowadźmy ją na pole.
Philip pociągnął lekko za sznur, krowa odwróciła łeb w jego stronę i potulnie poszła ku bramie, którą oczywiście ja musiałam otworzyć, a później zamknąć. W dwadzieścia minut krowa zaprzyjaźniła się z kilkoma innymi krowami i skubała świeżą trawkę.
-Chodźmy, nakarmimy je.
Wróciliśmy na podwórko. Philip przyprowadził dżipa i załadował na niego kilka kostek siana, a ja znowu otworzyłam i zamknęłam bramę. Jechałam na Parysie z przodu, a za mną Philip już zdejmował pierwszą kostkę. Jechałam dalej i rozglądałam się. Zaraz mieliśmy przeganiać bydło na inne pastwisko. Philip już ruszył. Nie wyładowywaliśmy więcej kostek tylko krzyczeliśmy do krów, a Philip wciskał klakson, żeby zaczęły iść.
-Phil, tam się coś dzieje.
Pokazałam palcem w dal i głowa Philipa powędrowała w tamtą stronę. Jedna krowa leżała na boku i próbowała wstać, zachowywała się dziwnie. Inne krowy szły prosto na nią. Nie wiedziałam, dlaczego ona nie wstaje. Po chwili zrozumiałam.
-Philip szybko! Ona tam rodzi!
Krzyknęłam do Philipa i ruszyłam galopem w stronę krówki. Chciałam zatrzymać stado, ale Philip już z drugiej strony zaganiał je w przeciwną stronę. Zostawiłam stado Philipowi, a sama popędziłam do krowy. Do dwóch krów. Zanim tam dobiegłam, cielak stanął chwiejnie na chudziutkich nóżkach, a jego mama patrzyła na niego ze spokojem. Zarzuciłam jej lasso na głowę i zaczęłam prowadzić w stronę stodoły, okrążając szerokim łukiem pozostałe krowy.
To młoda sarenka. Malutkie kopytne zwierzę napędziło mi takiego stracha, że o mało nie narobiłam w gacie. W dodatku Parys też zaczął się denerwować. Ale coś mi tu nie pasowało: gdzie jest matka tego malucha? Zaczęłam się rozglądać. Sarny potrafią być bardzo niebezpieczne. Kiedyś będąc w mieście (tata musiał pojechać po benzynę) widziałam, jak zaatakowała psa starszej pani, której imienia nie pamiętam. To był straszny widok, psina zmarła na miejscu. Teraz sarna rozglądała się, a potem czmychnęła na drugą stronę pagórka i zanurkowała w jeżynach. Popędziłam Parysa i kłusem uciekliśmy na podwórze. Jasne, miałam czekać na Philipa, ale bałam się, że pojawi się to straszne zwierzę. Kurczę, bać się sarny...
Zobaczyłam Philipa wychodzącego zza swojego samochodu. Czemu wcześniej nie zauważyłam tego pojazdu? Chyba za mało się nie rozglądałam. Zobaczyłam, jak spogląda za siebie i trzyma linę - jedziemy na przejażdżkę? Ale to nie był koń.
Krowa?! A co krowa ma wspólnego ze mną i Philipem? Jasne, mamy farmę i ponad 40 krów, ale po co nam 41? Mimo to wyglądała zabawnie. Chyba rasa Jersey. W każdym razie Philip szedł w moją stronę prowadząc tą krówkę, i gdy zobaczył, że na niego patrzę tylko się uśmiechnął.
-Philip -powiedziałam.
-Tak, moja pani?
Znowu się do mnie uśmiechnął. Ja też.
-Po co mi ta krowa?
-No wiesz, pomyślałem, że zrobię ci taki malutki prezent...
-Coś ty! Wydałeś na nią chyba z dziesięć tysięcy dolców! Nie mogłeś mi kupić, sama nie wiem, odstraszacz much dla koni?
Upss, zabrzmiało to paskudnie. Miałam nadzieję, że Philip się za to nie obrazi.
-Co ty gadasz, Ellie! Ta malutka kosztowała mnie tylko siedem tysięcy.
-Dobra, zaprowadźmy ją na pole.
Philip pociągnął lekko za sznur, krowa odwróciła łeb w jego stronę i potulnie poszła ku bramie, którą oczywiście ja musiałam otworzyć, a później zamknąć. W dwadzieścia minut krowa zaprzyjaźniła się z kilkoma innymi krowami i skubała świeżą trawkę.
-Chodźmy, nakarmimy je.
Wróciliśmy na podwórko. Philip przyprowadził dżipa i załadował na niego kilka kostek siana, a ja znowu otworzyłam i zamknęłam bramę. Jechałam na Parysie z przodu, a za mną Philip już zdejmował pierwszą kostkę. Jechałam dalej i rozglądałam się. Zaraz mieliśmy przeganiać bydło na inne pastwisko. Philip już ruszył. Nie wyładowywaliśmy więcej kostek tylko krzyczeliśmy do krów, a Philip wciskał klakson, żeby zaczęły iść.
-Phil, tam się coś dzieje.
Pokazałam palcem w dal i głowa Philipa powędrowała w tamtą stronę. Jedna krowa leżała na boku i próbowała wstać, zachowywała się dziwnie. Inne krowy szły prosto na nią. Nie wiedziałam, dlaczego ona nie wstaje. Po chwili zrozumiałam.
-Philip szybko! Ona tam rodzi!
Krzyknęłam do Philipa i ruszyłam galopem w stronę krówki. Chciałam zatrzymać stado, ale Philip już z drugiej strony zaganiał je w przeciwną stronę. Zostawiłam stado Philipowi, a sama popędziłam do krowy. Do dwóch krów. Zanim tam dobiegłam, cielak stanął chwiejnie na chudziutkich nóżkach, a jego mama patrzyła na niego ze spokojem. Zarzuciłam jej lasso na głowę i zaczęłam prowadzić w stronę stodoły, okrążając szerokim łukiem pozostałe krowy.
niedziela, 13 października 2013
Rozdział 8 ♞
Delikatne palce robiły kółka na mojej lewej ręcę. Najpierw pomyślałam, że chodzi po mnie szczur, więc szybko się ocknęłam. Moim oczom ukazała się spokojna twarz Philipa. Uśmiechnąl się, gdy tylko zobaczył moją wystraszoną minę.
-Co się stało, Ellie?
Nie wiedziałam, o co mu chodzi. Po chwili jednak zrozumiałam.
Miałam na prawej ręce ranę. Długą i głęboką. Jak to się mogło stać?
-Ehh, wczoraj wieczorem, gdy myłam naczynia jakiś mężczyzna wszedł do domu. Nie wiesz nawet jaki strach mnie obleciał! Trzymałam nóż, więc próbowałam go zaatakować.
-Skoro tak, to dlaczego ty masz taką paskudną ranę?
Odpowiedź była oczywista.
-Nie wiem.
-Musimy pojechać do lekarza. Tego nie można tak po prostu zostawić.
-Philip, dziękuję ci bardzo, że się tak o mnie troszczysz, ale nic mi nie jest. A tak na marginesie, to gdzie są moi rodzice?
Jakim cudem nie zorientowałam się, że jestem sama z Philipem?
-Są na policji.
To w zupełności mi wystarczyło. Zabandażowałam w łazience rękę i wróciłam do chłopaka.
-Pojeździmy?
Jedno pytanie, jedno słowo, a tak wiele może zdziałać i tak bardzo rozweselić człowieka. Poszliśmy z Philipem do stajni. Założyłam Parysowi tranzelkę i wyszliśmy ze stajni. Philip otworzył bramę na pole i wsiedliśmy na wierzchowca - Philip z przodu, ja za nim. To było bardzo romantyczne. Galop na tak wspaniałym koniu, z tak cudownym chłopakiem jakim był mój Philip... Taka jazda pozwalała mi na bezkarne wtulanie się w Philipa. W tamtej chwili nie myślałam o niczym innym, jak o swoim szczęściu. Przypomniałam sobie nagle, jak zaledwie trzy tygodnie temu mogłam stracić to szczęście. Rodzice chcieli zabić źródło mojej radości, dzięki której poznałam pierwszą miłość, człowieka, który oddał by mi swoje życie, gdyby była taka potrzeba, czuję to. Nie chcę dożyć momentu, kiedy będą to tylko najcudowniejsze wspomnienia, chcę, aby to cały czas był realny świat.
Galop wydawał się nie mieć końca. Zawsze wyobrażałam sobie tę chwilę inaczej. Myślałam, że będziemy rozmawiać i uśmiechać się nawzajem. A tu proszę: Philip prowadził konia, a ja się rozmarzyłam.
Philip zaczął zwalniać. Wolnym kłusem wjechaliśmy na niski pagórek otoczony ze wszystkich stron brzozami. Philip zszedł z konia. Szykowałam się do zrobienia tego samego, jednak Philip mi zabronił. Zdziwiłam się, nawet bardzo.
-Ellie, zostań na Parysie i zrób jedno okrążenie galopem wokół pola i przyjedź tu z powrotem.
To było bardzo dziwne, ale zrobiłam tak, jak chciał. Przegalopowałam, a może nawet przecwałowałam całe kółko i przyjechałam w wyznaczone miejsce. Zsiadłam z konia, jednak Philipa nie zauważyłam. Gdzie on się podział, pomyślałam. W krzakach usłyszałam szelest. Zaniepokoiłam się, ale pomyślałam, że to pewnie Philip idzie na skróty.
-Philip? -Krzyknęłam do krzaków. Nikt nie odpowiedział.
-Co się stało, Ellie?
Nie wiedziałam, o co mu chodzi. Po chwili jednak zrozumiałam.
Miałam na prawej ręce ranę. Długą i głęboką. Jak to się mogło stać?
-Ehh, wczoraj wieczorem, gdy myłam naczynia jakiś mężczyzna wszedł do domu. Nie wiesz nawet jaki strach mnie obleciał! Trzymałam nóż, więc próbowałam go zaatakować.
-Skoro tak, to dlaczego ty masz taką paskudną ranę?
Odpowiedź była oczywista.
-Nie wiem.
-Musimy pojechać do lekarza. Tego nie można tak po prostu zostawić.
-Philip, dziękuję ci bardzo, że się tak o mnie troszczysz, ale nic mi nie jest. A tak na marginesie, to gdzie są moi rodzice?
Jakim cudem nie zorientowałam się, że jestem sama z Philipem?
-Są na policji.
To w zupełności mi wystarczyło. Zabandażowałam w łazience rękę i wróciłam do chłopaka.
-Pojeździmy?
Jedno pytanie, jedno słowo, a tak wiele może zdziałać i tak bardzo rozweselić człowieka. Poszliśmy z Philipem do stajni. Założyłam Parysowi tranzelkę i wyszliśmy ze stajni. Philip otworzył bramę na pole i wsiedliśmy na wierzchowca - Philip z przodu, ja za nim. To było bardzo romantyczne. Galop na tak wspaniałym koniu, z tak cudownym chłopakiem jakim był mój Philip... Taka jazda pozwalała mi na bezkarne wtulanie się w Philipa. W tamtej chwili nie myślałam o niczym innym, jak o swoim szczęściu. Przypomniałam sobie nagle, jak zaledwie trzy tygodnie temu mogłam stracić to szczęście. Rodzice chcieli zabić źródło mojej radości, dzięki której poznałam pierwszą miłość, człowieka, który oddał by mi swoje życie, gdyby była taka potrzeba, czuję to. Nie chcę dożyć momentu, kiedy będą to tylko najcudowniejsze wspomnienia, chcę, aby to cały czas był realny świat.
Galop wydawał się nie mieć końca. Zawsze wyobrażałam sobie tę chwilę inaczej. Myślałam, że będziemy rozmawiać i uśmiechać się nawzajem. A tu proszę: Philip prowadził konia, a ja się rozmarzyłam.
Philip zaczął zwalniać. Wolnym kłusem wjechaliśmy na niski pagórek otoczony ze wszystkich stron brzozami. Philip zszedł z konia. Szykowałam się do zrobienia tego samego, jednak Philip mi zabronił. Zdziwiłam się, nawet bardzo.
-Ellie, zostań na Parysie i zrób jedno okrążenie galopem wokół pola i przyjedź tu z powrotem.
To było bardzo dziwne, ale zrobiłam tak, jak chciał. Przegalopowałam, a może nawet przecwałowałam całe kółko i przyjechałam w wyznaczone miejsce. Zsiadłam z konia, jednak Philipa nie zauważyłam. Gdzie on się podział, pomyślałam. W krzakach usłyszałam szelest. Zaniepokoiłam się, ale pomyślałam, że to pewnie Philip idzie na skróty.
-Philip? -Krzyknęłam do krzaków. Nikt nie odpowiedział.
niedziela, 29 września 2013
Rozdział 7 ♞
Dwa tygodnie minęły bardzo szybko. Gipsu nie mam już od dwóch dni. O 19.30 rodzice pojechali do sklepu i nie ma ich już dwie godziny. Zostałam sama. Podczas gdy ja miałam gips, minęły święta Bożego Narodzenia i Sylwester.
Moim zadaniem na wieczór było umycie naczyń. Najgorsze zajęcie na świecie. Na szczęście już kończyłam.
Nagle usłyszałam ciche skrzypienie drzwi. Po chwili powolne kroki. Rodzice wrócili? Nie, słyszałabym. Przeszedł mnie zimny dreszcz. Słyszałam kroki coraz wyraźniej. W ręku trzymałam nóż. Zacisnęłam go bardzo mocno. Myślałam, że śnię. Ale to nie był sen. Klamka do kuchni zaczęła się przechylać. Zrobiłam trzy kroki w tył. W drzwiach ukazała mi się czarna, wysoka postać. Nieznajomy mężczyzna w kominiarce stał przede mną. Nie trzymał niczego w dłoniach, ale był w moim domu. To wystarczyło. Bez chwili zastanowienia rzuciłam się na niego przepełniona po uszy strachem. Mężczyzna złapał moją rękę, w której trzymałam nóż i ścisnął ją tak mocno, że narzędzie wypadło mi z dłoni. To koniec, myślałam. Czego on w ogóle ode mnie chce? Co ja mu zrobiłam? Może to złodziej? Na pewno! Inaczej nie byłby w kominiarce... Tajemniczy mężczyzna odepchnął mnie i przewrócił na podłogę. Potem się odwrócił i wyszedł. Tak po prostu wyszedł. Odczekałam kilka sekund a potem szybko wstałam i pobiegłam po telefon. Szybko wykręciłam numer i zadzwoniłam do rodziców. Nie odbierali. Próbowałam kilka razy, potem zadzwoniłam na policję. Cholera, bateria się rozładowała. Nie miałam ładowarki, bo była u Philipa. Nie mieliśmy telefonu domowego, więc nie miałam jak powiadomić kogokolwiek, że obcy mężczyzna wlazł mi do domu. Pobiegłam na pola. Nie widziałam już mężczyzny. Jakby wyparował. Szukałam wzrokiem Parysa. Stał pod drzewem. Szybko do niego pobiegłam. Nagle przypomniałam sobie, że zostawiłam otwarte drzwi do domu. Wystraszyłam się, że tajemniczy człowiek znowu wróci. Od razu wsiadłam na Parysa i pogalopowałam do domu. Wbiegliśmy do stajni i zaprowadziłam konia do boksu. Brakowało mi tchu, ale gdy wparowałam do domu na szczęście nic się nie zmieniło. Popędziłam do drzwi wejściowych i je zamknęłam. Weszłam do każdego pokoju i pozamykałam okna. Byłam już bardzo wystraszona. Stwierdziłam, że jestem bezpieczna, więc włączyłam telewizję. Roztrzęsiona po krótkim czasie zasnęłam.
Moim zadaniem na wieczór było umycie naczyń. Najgorsze zajęcie na świecie. Na szczęście już kończyłam.
Nagle usłyszałam ciche skrzypienie drzwi. Po chwili powolne kroki. Rodzice wrócili? Nie, słyszałabym. Przeszedł mnie zimny dreszcz. Słyszałam kroki coraz wyraźniej. W ręku trzymałam nóż. Zacisnęłam go bardzo mocno. Myślałam, że śnię. Ale to nie był sen. Klamka do kuchni zaczęła się przechylać. Zrobiłam trzy kroki w tył. W drzwiach ukazała mi się czarna, wysoka postać. Nieznajomy mężczyzna w kominiarce stał przede mną. Nie trzymał niczego w dłoniach, ale był w moim domu. To wystarczyło. Bez chwili zastanowienia rzuciłam się na niego przepełniona po uszy strachem. Mężczyzna złapał moją rękę, w której trzymałam nóż i ścisnął ją tak mocno, że narzędzie wypadło mi z dłoni. To koniec, myślałam. Czego on w ogóle ode mnie chce? Co ja mu zrobiłam? Może to złodziej? Na pewno! Inaczej nie byłby w kominiarce... Tajemniczy mężczyzna odepchnął mnie i przewrócił na podłogę. Potem się odwrócił i wyszedł. Tak po prostu wyszedł. Odczekałam kilka sekund a potem szybko wstałam i pobiegłam po telefon. Szybko wykręciłam numer i zadzwoniłam do rodziców. Nie odbierali. Próbowałam kilka razy, potem zadzwoniłam na policję. Cholera, bateria się rozładowała. Nie miałam ładowarki, bo była u Philipa. Nie mieliśmy telefonu domowego, więc nie miałam jak powiadomić kogokolwiek, że obcy mężczyzna wlazł mi do domu. Pobiegłam na pola. Nie widziałam już mężczyzny. Jakby wyparował. Szukałam wzrokiem Parysa. Stał pod drzewem. Szybko do niego pobiegłam. Nagle przypomniałam sobie, że zostawiłam otwarte drzwi do domu. Wystraszyłam się, że tajemniczy człowiek znowu wróci. Od razu wsiadłam na Parysa i pogalopowałam do domu. Wbiegliśmy do stajni i zaprowadziłam konia do boksu. Brakowało mi tchu, ale gdy wparowałam do domu na szczęście nic się nie zmieniło. Popędziłam do drzwi wejściowych i je zamknęłam. Weszłam do każdego pokoju i pozamykałam okna. Byłam już bardzo wystraszona. Stwierdziłam, że jestem bezpieczna, więc włączyłam telewizję. Roztrzęsiona po krótkim czasie zasnęłam.
sobota, 20 lipca 2013
Rozdział 6 ♞
Philip prędko wrócił do pojazdu i wjechaliśmy na podwórko. Dziwnie się czułam, gdy on wszystko robił, a ja tylko siedziałam w kabinie i patrzyłam. Czułam się taka bezużyteczna. Wychodząc z wozu jeszcze raz spojrzałam na ganek. Nie widziałam tam już mamy. Razem z Philipem wyprowadziliśmy Parysa z przyczepy. Gdy tylko usłyszałam jego wesołe rżenie pocieszyłam się. Tutaj już nic mu nie groziło. Taką miałam nadzieję. Zaprowadziłam go do swojego boksu. Chciałam wyczyścić ogiera, ale ciężko mi było to zrobić lewą ręką. Poprosiłam więc o pomoc Philipa. Szybko uwinęliśmy się z pracą.
-Pójdę do pokoju. -Powiedziałam. -Dziękuję za pomoc, Philip.
Odłożyłam zgrzebło i zaczęłam iść do pokoju. Philip szedł za mną. Dziwne to było. W końcu weszliśmy do pomieszczenia. Próbowałam zdjąć sweter, jednak było mi ciężko wyciągnąć z niego gips.
-Czekaj, pomogę ci. -Powiedział troskliwym głosem i zdjął ze mnie sweter. Uśmiechnęłam się do niego, a on spojrzał na mnie czule. Czułam się nieswojo. Zaczął przybliżać do mnie swoje usta, bardzo powoli. Nagle do pokoju weszła mama. Na szczęście nic nie widziała, bo nic się jeszcze nie stało.
-Kochanie, eee, Ellie z tatą jedziemy do Rona. Philip, możesz posiedzieć z Ellie do naszego powrotu? Pomożesz jej, OK?
-Tak, oczywiście.
Mama wyszła. Oboje z tatą wsiedli do zaparkowanego samochodu i odjechali. Patrzyliśmy jeszcze chwilkę za nimi. Chłopak znowu zaczął patrzeć na mnie swoimi pięknymi brązowymi oczami. Obejmował mnie głębokim spojrzeniem, potem objął w pasie. Rękoma, nie wzrokiem. Patrzyłam na niego, a on znowu zbliżał do mnie swoje usta. Wydawało mi się, że zaraz zemdleję. Nie wiedziałam co się dzieje. Znowu się całowaliśmy. Po raz drugi. Tym razem nie byliśmy w szpitalu i nie bolała mnie głowa. Tulił mnie do siebie i całował. Nigdy czegoś takiego nie przeżyłam. Nie pragnęłam nic innego jak tylko pozostać w opiekuńczym uścisku i być dotykana delikatnymi ustami. Minęła chwila, Philip się odsunął. Złapał mnie za rękę i wyprowadził z domu. Ciągnął mnie za sobą. Nie rozumiałam, o co mu chodzi, gdzie mnie prowadzi? Doszliśmy do łąki.
Na niskim wzniesieniu leżał kocyk. Philip delikatnie trzymał mnie za rękę i powoli prowadził. Szedł przede mną i cały czas się uśmiechał. Podeszliśmy do kocyka i na nim usiedliśmy.
Siedzieliśmy przytuleni do siebie chyba 30 minut. Patrzyliśmy na Parysa pasącego się kilkadziesiąt metrów przed nami. Milczeliśmy. Nie wiem, o czym myślał Philip, ale ja pragnęłam tylko, żeby coś się wydarzyło. Było bardzo przyjemnie, lecz robiło się już nudno.
-Wiesz, co jest dziwne? - zagadnęłam.
-Nie. Co masz na myśli?
-Chodzi mi o to, że w filmach ludzie zawsze wszystko przeciągają. Nikt nie powie ci wprost, że cię kocha. A potem robi się z tego kaszanka.
-Rzeczywiście, to zaczyna być nudne.
Ciepły dreszcz przeszedł przez moje ciało.
-Nie lubię tego przeciągania i kłamstw, żeby tylko coś odwlec. Kocham cię... - wyszeptałam.
Mimo, że powiedziałam to bardzo cicho, Philip najwyraźniej usłyszał. Odwrócił twarz w moją stronę, dzięki czemu mogłam podziwiać jego delikatne rysy twarzy.
-Ja też cię kocham.
-Pójdę do pokoju. -Powiedziałam. -Dziękuję za pomoc, Philip.
Odłożyłam zgrzebło i zaczęłam iść do pokoju. Philip szedł za mną. Dziwne to było. W końcu weszliśmy do pomieszczenia. Próbowałam zdjąć sweter, jednak było mi ciężko wyciągnąć z niego gips.
-Czekaj, pomogę ci. -Powiedział troskliwym głosem i zdjął ze mnie sweter. Uśmiechnęłam się do niego, a on spojrzał na mnie czule. Czułam się nieswojo. Zaczął przybliżać do mnie swoje usta, bardzo powoli. Nagle do pokoju weszła mama. Na szczęście nic nie widziała, bo nic się jeszcze nie stało.
-Kochanie, eee, Ellie z tatą jedziemy do Rona. Philip, możesz posiedzieć z Ellie do naszego powrotu? Pomożesz jej, OK?
-Tak, oczywiście.
Mama wyszła. Oboje z tatą wsiedli do zaparkowanego samochodu i odjechali. Patrzyliśmy jeszcze chwilkę za nimi. Chłopak znowu zaczął patrzeć na mnie swoimi pięknymi brązowymi oczami. Obejmował mnie głębokim spojrzeniem, potem objął w pasie. Rękoma, nie wzrokiem. Patrzyłam na niego, a on znowu zbliżał do mnie swoje usta. Wydawało mi się, że zaraz zemdleję. Nie wiedziałam co się dzieje. Znowu się całowaliśmy. Po raz drugi. Tym razem nie byliśmy w szpitalu i nie bolała mnie głowa. Tulił mnie do siebie i całował. Nigdy czegoś takiego nie przeżyłam. Nie pragnęłam nic innego jak tylko pozostać w opiekuńczym uścisku i być dotykana delikatnymi ustami. Minęła chwila, Philip się odsunął. Złapał mnie za rękę i wyprowadził z domu. Ciągnął mnie za sobą. Nie rozumiałam, o co mu chodzi, gdzie mnie prowadzi? Doszliśmy do łąki.
Na niskim wzniesieniu leżał kocyk. Philip delikatnie trzymał mnie za rękę i powoli prowadził. Szedł przede mną i cały czas się uśmiechał. Podeszliśmy do kocyka i na nim usiedliśmy.
Siedzieliśmy przytuleni do siebie chyba 30 minut. Patrzyliśmy na Parysa pasącego się kilkadziesiąt metrów przed nami. Milczeliśmy. Nie wiem, o czym myślał Philip, ale ja pragnęłam tylko, żeby coś się wydarzyło. Było bardzo przyjemnie, lecz robiło się już nudno.
-Wiesz, co jest dziwne? - zagadnęłam.
-Nie. Co masz na myśli?
-Chodzi mi o to, że w filmach ludzie zawsze wszystko przeciągają. Nikt nie powie ci wprost, że cię kocha. A potem robi się z tego kaszanka.
-Rzeczywiście, to zaczyna być nudne.
Ciepły dreszcz przeszedł przez moje ciało.
-Nie lubię tego przeciągania i kłamstw, żeby tylko coś odwlec. Kocham cię... - wyszeptałam.
Mimo, że powiedziałam to bardzo cicho, Philip najwyraźniej usłyszał. Odwrócił twarz w moją stronę, dzięki czemu mogłam podziwiać jego delikatne rysy twarzy.
-Ja też cię kocham.
piątek, 19 lipca 2013
Rozdział 5 ♞
Czekałam jedną, okropnie długą chwilę. Mama w końcu postanowiła mi wyjaśnić.
-Eh, Parys, jest u weterynarza. -powiedziała nie patrząc mi w oczy. -Zawieźliśmy go dziś przed twoim powrotem.
-Co? Ale coś mu się stało? -wypytywałam. -Przecież ja z niego spadłam. Nie rozumiem. Zsunęłam się z niego i spadłam, a on chyba dalej biegł, o co chodzi mamo?!
-Nie, Parysowi się nic nie stało. Zawieźliśmy go do weterynarza, żeby go uśpił.
Te słowa były jak najpotężniejszy cios. Nie dowierzałam. Rodzice chcieli uśpić Parysa?! Ale za co?
-Co proszę? Chcecie go uśpić? Ale co on zrobił?
-Skarbie, on jest nieprzewidywalny! Zrzucił cię z grzbietu, kto wie, co jeszcze mógłby zrobić?
-Skąd wzięłaś ten pomysł, że on mnie zrzucił? Podskoczyłam na nim i obiłam piętami o jego boki, więc zaczął galopować! Jest dobrze nauczony. To wy jesteście nieprzewidywalni! -wykrzyczałam to mamie prosto w twarz i wybiegłam z domu. Wyszłam na drogę i szybko zadzwoniłam do Philipa. Nie wiem nawet skąd miałam jego numer. Nie musiałam długo czekać, aż odbierze.
-Philip? Proszę, przyjedź po mnie! Idę w stronę weterynarza, szybko! Oni chcą uśpić Parysa! -powiedziałam łamiącym głosem.
-Dobrze, zaraz cię znajdę.
Zaczęłam biec. Chciałam jak najszybciej dotrzeć do weterynarza. Nie mogłam dopuścić do tego, aby zabili mojego konia! Tylko on się dla mnie liczył... Jest dla mnie najważniejszy, nie chcę wracać do przeszłości bez żadnego przyjaciela! Ale rodzice chyba tego nie rozumieją. Przez łzy w oczach dostrzegłam samochód Philipa. Przyspieszyłam i wsiadłam czym prędzej do wozu. Chłopak szybko przycisnął pedał gazu, ledwo zdążyłam zamknąć drzwi. Jechał z bardzo dużą prędkością. Po chwili zatrzymał się pod budynkiem weterynaryjnym. Wypadłam z kabiny i popędziłam do gabinetu. Wbiegłam do niego i ujrzałam mojego konia i stojącego mężczyznę z pistoletem weterynaryjnym.
-Nie! -krzyknęłam. W samą porę, bo mężczyzna już przykładał pistolet do czoła ogiera.
-Przepraszam, kim pani jest? -spytał.
-Parys to mój koń i nie zgadzam się na jego uśpienie!
-Ale jak to, przecież właściciel wyraził zgodę. -weterynarz odłożył narzędzie i zajrzał do papierów. -Pan Adam Carter podpisał wszelkie papiery i oddał konia do uśpienia.
-A ja jestem Ellie Carter jego córka, a Parys jest prawnie moim koniem. I to ja jestem jego właścicielką, a nie mój tata. Zabieram konia ze sobą! -obok na stole leżał kantar, więc założyłam go na ogiera i wyprowadziłam z gabinetu. Philip już czekał z otwartymi drzwiami w przyczepie. Gdy pojawiłam się przed budynkiem z koniem, brązowooki szeroko się uśmiechnął. Podeszłam do niego i uścisnęłam, a konia wprowadziliśmy razem do przyczepy.
-Wiedziałem, że ci się uda, Ellie! Jestem z ciebie taki dumny. -Powiedział. Ja też byłam z siebie dumna. Oboje weszliśmy do kabiny i pojechaliśmy do domu. Chłopak poszedł otworzyć bramę, a ja siedząc w samochodzie ujrzałam mamę na ganku. Niedobrze mi się zrobiło na jej widok. Po chwili Philip wrócił i wjechaliśmy na podwórko.
-Eh, Parys, jest u weterynarza. -powiedziała nie patrząc mi w oczy. -Zawieźliśmy go dziś przed twoim powrotem.
-Co? Ale coś mu się stało? -wypytywałam. -Przecież ja z niego spadłam. Nie rozumiem. Zsunęłam się z niego i spadłam, a on chyba dalej biegł, o co chodzi mamo?!
-Nie, Parysowi się nic nie stało. Zawieźliśmy go do weterynarza, żeby go uśpił.
Te słowa były jak najpotężniejszy cios. Nie dowierzałam. Rodzice chcieli uśpić Parysa?! Ale za co?
-Co proszę? Chcecie go uśpić? Ale co on zrobił?
-Skarbie, on jest nieprzewidywalny! Zrzucił cię z grzbietu, kto wie, co jeszcze mógłby zrobić?
-Skąd wzięłaś ten pomysł, że on mnie zrzucił? Podskoczyłam na nim i obiłam piętami o jego boki, więc zaczął galopować! Jest dobrze nauczony. To wy jesteście nieprzewidywalni! -wykrzyczałam to mamie prosto w twarz i wybiegłam z domu. Wyszłam na drogę i szybko zadzwoniłam do Philipa. Nie wiem nawet skąd miałam jego numer. Nie musiałam długo czekać, aż odbierze.
-Philip? Proszę, przyjedź po mnie! Idę w stronę weterynarza, szybko! Oni chcą uśpić Parysa! -powiedziałam łamiącym głosem.
-Dobrze, zaraz cię znajdę.
Zaczęłam biec. Chciałam jak najszybciej dotrzeć do weterynarza. Nie mogłam dopuścić do tego, aby zabili mojego konia! Tylko on się dla mnie liczył... Jest dla mnie najważniejszy, nie chcę wracać do przeszłości bez żadnego przyjaciela! Ale rodzice chyba tego nie rozumieją. Przez łzy w oczach dostrzegłam samochód Philipa. Przyspieszyłam i wsiadłam czym prędzej do wozu. Chłopak szybko przycisnął pedał gazu, ledwo zdążyłam zamknąć drzwi. Jechał z bardzo dużą prędkością. Po chwili zatrzymał się pod budynkiem weterynaryjnym. Wypadłam z kabiny i popędziłam do gabinetu. Wbiegłam do niego i ujrzałam mojego konia i stojącego mężczyznę z pistoletem weterynaryjnym.
-Nie! -krzyknęłam. W samą porę, bo mężczyzna już przykładał pistolet do czoła ogiera.
-Przepraszam, kim pani jest? -spytał.
-Parys to mój koń i nie zgadzam się na jego uśpienie!
-Ale jak to, przecież właściciel wyraził zgodę. -weterynarz odłożył narzędzie i zajrzał do papierów. -Pan Adam Carter podpisał wszelkie papiery i oddał konia do uśpienia.
-A ja jestem Ellie Carter jego córka, a Parys jest prawnie moim koniem. I to ja jestem jego właścicielką, a nie mój tata. Zabieram konia ze sobą! -obok na stole leżał kantar, więc założyłam go na ogiera i wyprowadziłam z gabinetu. Philip już czekał z otwartymi drzwiami w przyczepie. Gdy pojawiłam się przed budynkiem z koniem, brązowooki szeroko się uśmiechnął. Podeszłam do niego i uścisnęłam, a konia wprowadziliśmy razem do przyczepy.
-Wiedziałem, że ci się uda, Ellie! Jestem z ciebie taki dumny. -Powiedział. Ja też byłam z siebie dumna. Oboje weszliśmy do kabiny i pojechaliśmy do domu. Chłopak poszedł otworzyć bramę, a ja siedząc w samochodzie ujrzałam mamę na ganku. Niedobrze mi się zrobiło na jej widok. Po chwili Philip wrócił i wjechaliśmy na podwórko.
czwartek, 18 lipca 2013
Rozdział 4 ♞
Otworzyłam oczy. Tam, gdzie się znajdowałam było bardzo cicho. Przez ostre światło zaczęła boleć mnie głowa, więc ją odwróciłam w prawą stronę. Stała tam metalowa szafeczka, na niej butelka wody i jabłko, kawałek dalej białe drzwi a nad nimi krzyż. Obejrzałam się w drugą stronę. Ujrzałam Philipa śpiącego obok mnie na krześle.
-Philip -powiedziałam cichym głosem. -Philip - wciąż spał. Szturchnęłam go najmocniej jak mogłam ręką w żebra. Najwidoczniej podziałało. - Philip, co się dzieję? Czy ja jestem w szpitalu?
-Tak -powiedział i uśmiechnął się. Złapał mnie za rękę. -Tak, tak, spokojnie miałaś wypadek. Lekarze powiedzieli, że byłaś w stanie śmierci klinicznej. To cud, że się obudziłaś, Ellie! Bardzo się cieszę. Przeze mnie... -urwał. Widocznie nie potrafił wypowiedzieć jakiegoś zdania. -Mogłaś umrzeć.
Widziałam, że żałował namówienia mnie na galop. Ja jednak nie.
-Śmierć kliniczna? Nic się nie stało, galop był cudowny! Przynajmniej mam jakieś wspomnienia. -zaśmiałam się. Mój głos był lekko ochrypnięty i cichutki. Zaczęło mnie zastanawiać, gdzie moja rodzina! W końcu spadłam z konia, więc nie wierzę, że mogli by nie wiedzieć co się stało. To pytanie było bardzo nurtujące.
-Ej, a gdzie moi rodzice? Ty jesteś, ale najbliższych nie ma...
-A więc ja nie jestem twoim najbliższym? -powiedział to zdanie tak uroczo i mnie.... pocałował. Delikatnie w usta. Odwzajemniłam pocałunek. Pierwszy w moim życiu, był tak cudowny jak ten galop. Nie byłam w stanie się oderwać. Być może dlatego, że Philip przyciskał mnie lekko do poduszki, albo dlatego, że było to niezwykłe uczucie. Nie wiem ile dokładnie się całowaliśmy, chyba dosyć długo. W końcu chłopak przestał. Usiadł na krześle z głupią miną.
-Przepraszam Ellie.... Nie wiem, co we mnie wstąpiło. Głupio mi. -jego przeprosimy także były urocze. Od razu pojawił mi się uśmiech na ustach.
-Spokojnie, to było bardzo przyjemne. -zaśmiałam się, Philip też. Zasnęłam. Byłam bardzo zmęczona.
Gdy się zbudziłam było bardzo jasno na dworze, ostrego światła już nie było, tak samo jak wody i jabłka na szafce. Także w pokoju byłam tylko ja. Philip gdzieś poszedł, posmutniałam. Nagle do pokoju weszła mama.
-Córeczko, jak się czujesz, nic cię nie boli? -zalała mnie wiadrem pytań. -Jesteś głodna? Zabrałam tą wodę i twoje jabłuszko, może je teraz zjesz słoneczko?
Na wszystkie jej pytania odpowiadałam kręcąc głową. Nie zauważyłam, że obok mamy stanęła pielęgniarka.
-Ellie, potwierdziliśmy wyniki badań i tak, jak się spodziewaliśmy nic ci nie jest. -powiedziała zakończając uśmiechem. -Miałaś wstrząśnienie mózgu, ponieważ jak zeznał twój przyjaciel, uderzyłaś mocno głową w ogrodzenie spadając z konia. A przy upadku złamałaś rękę.
Spojrzałam na ręce, rzeczywiście, prawa była w gipsie.
Podziękowałam pielęgniarce. Pozwoliła mi wyjść ze szpitala. Ale wciąż pozostawało pytanie, gdzie jest Philip? Wróciłam z mamą do domu. Zaniosła ona moje rzeczy do pokoju. Pomogła mi się przebrać w luźne rzeczy. Powoli poszłam do stajni. W boksie nie było Parysa. Postanowiłam się przejść na łąkę. Było tam tylko bydło. Poczułam ból w głowie i poszłam do domu najszybciej, jak to było możliwe. Ból narastał, a ja nie wiedziałam co jest z Parysem, no i z Philipem. Godzinę leżałam w łóżku i trzymałam się za głowę. Ból minął. Poszłam do pokoju, w którym siedziała mama.
-Mamo, co z Philipem, gdzie on jest? -spytałam.
-Kochanie, on jest na pewno u siebie w domu. Zresztą, skąd mam wiedzieć? -powiedziała typowo słodkim głosem.
-A Parys?
Mama się nie odzywała. Zajęła się z powrotem czytaniem gazety i piciem kawy. Spytałam jeszcze raz, tylko bardziej stanowczo, jakbym to ja była mamą i pytała się, czemu w poduszkach jest bita śmietana.
-Mamo! Gdzie jest Parys?
środa, 17 lipca 2013
Rozdział 3 ♞
Noc minęła bardzo szybko. Miałam piękne sny związane z Parysem. Śniło mi się, jak galopowaliśmy na oklep po łąkach, on taki piękny i wolny, ja z rozpuszczonymi włosami, bez toczka i w samej, powiewającej na wietrze sukience (nie miałam na sobie żadnych butów, niczego!). Ale to był tylko sen. Bardzo piękny. Obudziło mnie szczekanie mojego psa, Saby. Moje okno wychodziło na podwórko, więc szczekanie było u mnie dosyć głośne, w dodatku miałam otwarte okno. Spojrzałam na zegarek - 6.30. Pomyślałam, że zabiję tego psa. Pomyślałam też, że to dobry czas na zajęcie się koniem. Szybko się ubrałam i poszłam po cichu do stajni. Kiedy otwierałam drzwi, Parys prychnął i skierował łeb w moją stronę. Gdy mnie zobaczył zarżał. Podchodząc do boksu próbowałam go rozpracować. Znamy się prawie dobę, a on się zachowuje jakbym miała go od urodzenia! Dziwiło mnie to, ale jednocześnie cieszyło. Weszłam do boksu i zaczęłam go czyścić. Sprawiało mi to wiele radości. Moja ręka przesuwała się powoli po muskularnym ciele ogiera. Ta czynność zajęła mi półtorej godziny. Później rozplotłam koniowi koreczki. Dochodziła godzina 8. Ponieważ doszło nowe zwierzę do gospodarstwa i było ono moje, poranne czynności mnie omijały, więc mogłam spokojnie zająć się koniem. Słyszałam zresztą, jak mój tata chodzi po domu. Przypięłam Parysowi lonże do kantara i wyszłam z nim na podwórko. Nagle ogier się zatrzymał i skierował uszy w stronę drogi. Zaczął nasłuchiwać, a ja nie wiedziałam o co mu chodzi. W końcu i ja coś usłyszałam. Dźwięk był coraz głośniejszy, a Parys zaczął się wyrywać. Przed naszą bramą stanęła ta sama przyczepa, którą wczoraj odjechał Ron. Przypomniałam sobie, że wspominał coś o swoim synu. Miał przyjechać. Nie mogłam utrzymać Parysa, wyrwał mi się i popędził do wozu. Pobiegłam za nim i otworzyłam bramę. Chłopak wjechał na podwórko. Spodziewałam się jakiegoś dorosłego mężczyzny z wąsami i lekką łysiną, źle się spodziewałam. Z kabiny wysiadł młody chłopak z brązowymi oczami. Był to przystojny i wysoki brunet. Podszedł do mnie i uśmiechnął się. Byłam nim oczarowana.
-Cześć. -powiedział przystojniak.- Jestem Philip, Parys był koniem mojego ojca.
-Tak, tak wiem.-odwzajemniłam uśmiech.- Widać, że Parys cię zna. Prawie mi rękę urwał, gdy zobaczył przyczepę!
-Ojejku, ale nic ci się nie stało? -powiedział z troską, chociaż widziałam uśmiech rysujący mu się na twarzy.
Dobra, pierwsze lody przełamane.
-Wiesz, właśnie miałam zaprowadzić Parysa na łąkę, pójdziesz ze mną? -spytałam.
-No pewnie! -na szczęście się zgodził.
Łąka była bardzo blisko, więc szliśmy krótko.
-A tak w ogóle, to jak ty się nazywasz, co? -spytał. No tak, przecież nie powiedziałam mu jak się nazywam!
-Ellie -zrobiłam głupią minę wypowiadając moje imię, ale na szczęście Philip nie widział. -Ile masz lat, Philip?
-Siedemnaście. -był taki dumny wypowiadając tę liczbę. -A ty?
-Piętnaście... -ja za to powiedziałam to jakimś smutnym tonem.
Doszliśmy do łąki. Odsunęłam bramę i wpuściłam tam konia. Parys od razu zaczął brykać. Wróciliśmy z Philipem do wozu.
-A właśnie, miałeś mi coś dać dla konia? -spytałam zaciekawiona.
-Ah, no tak. -sięgnął do kabiny. -Tutaj masz owies dla Parysa, jego czaprak, owijki, lekarstwa i prezent dla ciebie od taty.
-Dla mnie? -bardzo się zdziwiłam. Nie znałam praktycznie Rona, a on mi dawał jakieś prezenty!
-Tak, dla ciebie. To sztyblety, twój rozmiar, to znaczy mam nadzieję, że twój. -wręczył mi piękne brązowe buty. Bardzo się ucieszyłam z tego podarunku. Nie spodziewałam się tego, a jazda w czymś innym niż w jakiś starych gumowcach musi być przyjemniejsza.
-Ja już pojadę. -powiedział chłopak.
-Co? Nie! Poczekaj, Philip! -zatrzymałam go. Na szczęście.-Ale, gdzie ci się tak spieszy, co? Może wejdziesz, chwilkę pogadamy, popijemy herbatkę... -w tym momencie pacnęłam się ręką w czoło. Popijemy herbatkę? Co ja wyprawiałam... Ale szybko o tym zapomniałam, bo usłyszałam głośne rżenie konia. Spojrzałam na łąkę, ale to na pewno nie był Parys, bo brzmiał znacznie inaczej i właśnie w skupieniu gapił się na krowy na sąsiednim polu. Spojrzałam na Philipa. Serce mocniej mi biło ze strachu.
-Eee, właściwie Ellie, to ja miałem troszkę inne plany... -zastanawiałam się, o co mu chodzi- Bo widzisz, ja mam tutaj takiego mojego przyjaciela.
Chłopak podszedł do tylnych drzwi przyczepy i wyprowadził stamtąd piękną gniadą klacz. To była wspaniała klacz. Miała końcówkę ogona białego, nigdy jeszcze nie widziałam czegoś takiego u konia. Philip podprowadził ją do mnie.
-Ja wziąłem ją ze sobą z nadzieją, że wybierzemy się na przejażdżkę. Co ty na to? -klacz była już osiodłana. Nie rozumiem, co oni mieli z tymi osiodłanymi końmi w przyczepie! Ale zgodziłam się. Koniec końców, Philip wydawał się fajny, więc co mi było szkoda? Pobiegłam na łąkę po Parysa a potem do stajni, żeby go osiodłać. Tuż przed wejściem Philip zatrzymał mnie.
-Ellie, poczekaj. Nie chciałem koni z rana obciążać, więc pojedźmy na oklep!
-Ale ja nie umiem! Potrafię jedynie kłusować! -pomimo tego nie umiałam mu odmówić. Chłopak pomógł mi wsiąść na konia a potem sam wsiadł na swojego. Szedł pierwszy. Nie wiem czemu, w końcu to moje gospodarstwo i ja znałam je lepiej! Ale nie chciałam się spierać. Wjechaliśmy na łąkę, na której minutę temu pasł się Parys. Philip przyspieszył do kłusa. Powtórzyłam to za nim. Zauważyłam, że chłopak zwalnia i wkrótce kłusowaliśmy obok siebie. Ten pierwszy raz na oklep był cudowny! Grzbiet Parysa był wygodny i ogrzewał moje zimne nogi. Ta jazda, była jak dotąd najlepszą jaką kiedykolwiek przeżyłam! W pewnym momencie podskoczyłam na ogierze i nie chcący kopnęłam go piętami. On najwyraźniej zrozumiał to jako znak, żeby przyspieszył. Nie wróżyło to nic dobrego. Zaczęłam panikować, trzymałam się mocno grzywy, ale w pewnym momencie zaczęłam się zsuwać... Philip to zauważył i coś do mnie krzyknął.
-Ellie! -tylko to usłyszałam... Potem było ciemno.
-Cześć. -powiedział przystojniak.- Jestem Philip, Parys był koniem mojego ojca.
-Tak, tak wiem.-odwzajemniłam uśmiech.- Widać, że Parys cię zna. Prawie mi rękę urwał, gdy zobaczył przyczepę!
-Ojejku, ale nic ci się nie stało? -powiedział z troską, chociaż widziałam uśmiech rysujący mu się na twarzy.
Dobra, pierwsze lody przełamane.
-Wiesz, właśnie miałam zaprowadzić Parysa na łąkę, pójdziesz ze mną? -spytałam.
-No pewnie! -na szczęście się zgodził.
Łąka była bardzo blisko, więc szliśmy krótko.
-A tak w ogóle, to jak ty się nazywasz, co? -spytał. No tak, przecież nie powiedziałam mu jak się nazywam!
-Ellie -zrobiłam głupią minę wypowiadając moje imię, ale na szczęście Philip nie widział. -Ile masz lat, Philip?
-Siedemnaście. -był taki dumny wypowiadając tę liczbę. -A ty?
-Piętnaście... -ja za to powiedziałam to jakimś smutnym tonem.
Doszliśmy do łąki. Odsunęłam bramę i wpuściłam tam konia. Parys od razu zaczął brykać. Wróciliśmy z Philipem do wozu.
-A właśnie, miałeś mi coś dać dla konia? -spytałam zaciekawiona.
-Ah, no tak. -sięgnął do kabiny. -Tutaj masz owies dla Parysa, jego czaprak, owijki, lekarstwa i prezent dla ciebie od taty.
-Dla mnie? -bardzo się zdziwiłam. Nie znałam praktycznie Rona, a on mi dawał jakieś prezenty!
-Tak, dla ciebie. To sztyblety, twój rozmiar, to znaczy mam nadzieję, że twój. -wręczył mi piękne brązowe buty. Bardzo się ucieszyłam z tego podarunku. Nie spodziewałam się tego, a jazda w czymś innym niż w jakiś starych gumowcach musi być przyjemniejsza.
-Ja już pojadę. -powiedział chłopak.
-Co? Nie! Poczekaj, Philip! -zatrzymałam go. Na szczęście.-Ale, gdzie ci się tak spieszy, co? Może wejdziesz, chwilkę pogadamy, popijemy herbatkę... -w tym momencie pacnęłam się ręką w czoło. Popijemy herbatkę? Co ja wyprawiałam... Ale szybko o tym zapomniałam, bo usłyszałam głośne rżenie konia. Spojrzałam na łąkę, ale to na pewno nie był Parys, bo brzmiał znacznie inaczej i właśnie w skupieniu gapił się na krowy na sąsiednim polu. Spojrzałam na Philipa. Serce mocniej mi biło ze strachu.
-Eee, właściwie Ellie, to ja miałem troszkę inne plany... -zastanawiałam się, o co mu chodzi- Bo widzisz, ja mam tutaj takiego mojego przyjaciela.
Chłopak podszedł do tylnych drzwi przyczepy i wyprowadził stamtąd piękną gniadą klacz. To była wspaniała klacz. Miała końcówkę ogona białego, nigdy jeszcze nie widziałam czegoś takiego u konia. Philip podprowadził ją do mnie.
-Ja wziąłem ją ze sobą z nadzieją, że wybierzemy się na przejażdżkę. Co ty na to? -klacz była już osiodłana. Nie rozumiem, co oni mieli z tymi osiodłanymi końmi w przyczepie! Ale zgodziłam się. Koniec końców, Philip wydawał się fajny, więc co mi było szkoda? Pobiegłam na łąkę po Parysa a potem do stajni, żeby go osiodłać. Tuż przed wejściem Philip zatrzymał mnie.
-Ellie, poczekaj. Nie chciałem koni z rana obciążać, więc pojedźmy na oklep!
-Ale ja nie umiem! Potrafię jedynie kłusować! -pomimo tego nie umiałam mu odmówić. Chłopak pomógł mi wsiąść na konia a potem sam wsiadł na swojego. Szedł pierwszy. Nie wiem czemu, w końcu to moje gospodarstwo i ja znałam je lepiej! Ale nie chciałam się spierać. Wjechaliśmy na łąkę, na której minutę temu pasł się Parys. Philip przyspieszył do kłusa. Powtórzyłam to za nim. Zauważyłam, że chłopak zwalnia i wkrótce kłusowaliśmy obok siebie. Ten pierwszy raz na oklep był cudowny! Grzbiet Parysa był wygodny i ogrzewał moje zimne nogi. Ta jazda, była jak dotąd najlepszą jaką kiedykolwiek przeżyłam! W pewnym momencie podskoczyłam na ogierze i nie chcący kopnęłam go piętami. On najwyraźniej zrozumiał to jako znak, żeby przyspieszył. Nie wróżyło to nic dobrego. Zaczęłam panikować, trzymałam się mocno grzywy, ale w pewnym momencie zaczęłam się zsuwać... Philip to zauważył i coś do mnie krzyknął.
-Ellie! -tylko to usłyszałam... Potem było ciemno.
wtorek, 16 lipca 2013
Rozdział 2 ♞
Koń szedł płynnym krokiem, czułam motylki w brzuchu, zresztą jak na każdej jeździe. Nagle zatrzymałam karego i spuściłam głowę. Spojrzałam na moje ręce, które trzymały wodze. Zacisnęłam na nich mocniej dłonie. Wypuściłam z siebie wstrzymywane powietrze i zsunęłam się z siodła. Wydawało mi się, że wszyscy na mnie patrzą. Stanęłam z przodu ogiera i pocałowałam go w chrapy. Byłam w takiej pozycji przez chwilę. Złapałam konia za wodze i powoli prowadziłam ku stajni. Tuż przed nią zatrzymałam się, aby ogier mógł się rozejrzeć. Czekałam, aż sam do niej wejdzie. Nie trwało to długo i pierwsze kopyto dotknęło betonowej podłogi. Uśmiechnęłam się delikatnie. Po chwili drugie kopyto pojawiło się w stajni. Wkrótce cały koń szedł pewnym krokiem i obwąchiwał różne przedmioty. Poprowadziłam go do jedynego boksu, bo inne zostały przeznaczone dla krów i cielaków. Koń bardzo chętnie wszedł do swojego nowego mieszkania. Zdjęłam z niego cały sprzęt. Rozglądałam się po boksie, zastanawiając się, czy wystarczy miejsca dla ogiera, gdy w rogu zobaczyłam wiadro, którego wcześniej tam nie było. Zajrzałam do niego. W środku znajdowało się zgrzebło, kopystka i gumeczki do zaplatania grzywy oraz grzebień. Chwyciłam zgrzebło i zaczęłam czyścić Parysa. To było niesamowite uczucie, Parys był przy tym bardzo spokojny. Odwrócił głowę w moją stronę i szturchnął mnie lekko w ramie. Zaśmiałam się i pogłaskałam go po chrapach. Byłam bardzo szczęśliwa. Zniżałam się do kopyt a karus zaczął jeść mi włosy. Uderzył mnie w czoło a ja przewróciłam się na ściółkę. Śmiałam się przy tym jak nigdy. Dotąd moje życie to nic innego jak nudna szkoła, zajmowanie się z rodzicami gospodarstwem i brak przyjaciół. Ale w tym momencie to nie było ważne, wręcz przeciwnie. Cieszyłam się z tej chwili, z mojej chwili. Parys trzymał głowę tuż nade mną, więc chwyciłam się jego grzywy, a on jakby czytając mi w myślach podniósł swój piękny łeb. Wznowiłam czyszczenie. Przyniosło mi to dużo radości. Nagle zaczęłam śpiewać. Konik kilka razy prychnął. Odłożyłam zgrzebło i zabrałam kopystkę. Jednak Parys miał czyste kopyta, więc wzięłam się za czesanie jego pięknej, długiej grzywy. To było tak przyjemne, że nie mogłam się oderwać i zajęło mi jakieś 20 minut. Po tym czasie stwierdziłam, że grzywa jest już wystarczająco rozczesana. Zastanawiało mnie tylko jedno: w co mam tego konia uczesać! Miałam do wyboru siateczkę, dobierańca i koreczki, ale skoro to ogier, postanowiłam zrobić mu koreczki. Wyszły idealnie! Założyłam Parysowi jego kantar i wyprowadziłam ze stajni. Nikogo nie było na dworze, więc poszłam z koniem do ogrodu. Przez okno zobaczyłam, że wszyscy siedzą w pokoju i piją kawę. Fu, najgorsze picie, jakie człowiek mógł wymyślić! Podeszliśmy do okna i zapukałam. Wszyscy się odwrócili. Mama, która siedziała najbliżej okna aż podskoczyła na krześle. Był to komiczny widok i zaczęłam się śmiać. Zauważyłam radość rodziców, widziałam, jak cieszyli się z tego, że jestem wesoła i szczęśliwa.
-Spójrzcie na jego grzywę! -krzyknęłam do nich.- Podoba wam się?
-Bardzo ładna kochanie! -odkrzyknęła babcia.
Nagle Ron wstał. Podziękował za kawę i odszedł od stołu. Wyszłam z ogrodu i poszłam na podwórko. Z domu wyszedł pan dżokej.
-Ellie -zawołał mnie- chodź, chcę ci coś dać.
Podeszłam do niego, nie wiedząc o co mu chodzi. Dał mi lonże.
-Dziękuję panu za lonże. Jest piękna! Nie widziałam nigdy takiej kolorowej. -Ron podarował mi lonże we wszystkich kolorach tęczy. Wielki uśmiech pojawił się na moich ustach. Na Rona zresztą też.
-Ale to nie to chciałem ci dać. To znaczy nie tylko to. -poprawił się.
Naprawdę nie wiedziałam, o co mu chodzi. Wziął ode mnie lonże i przypiął ją do konia a potem zawiązał wokół drzewa. Zajrzał do kabiny samochodu i wyjął jakieś papiery. Przewrócił na odpowiednią stronę i podał mi je. Spojrzałam na nie i zaniemówiłam. Jak się okazało Ron był właścicielem Parysa, albo raczej - byłym właścicielem. Chciał sprzedać mi swojego konia!
-Wystarczy, że tu popiszesz i Parys jest już twój! -powiedział. Nie wiedziałam co zrobić. Dopiero, co poznałam tego pięknego konia, a już się w nim zakochałam! Widziałam żal w oczach Rona, gdy podawał mi długopis. Powoli skończyłam pisać na kartce swoje nazwisko. Oddałam długopis i spojrzałam na mężczyznę. Ten odwrócił się i wszedł do samochodu. Przez otwarte okno krzyknął tylko:
-Niedługo przyjedzie tutaj mój syn sprawdzić co u konia i przywiezie ci resztę rzeczy. Do widzenia Ellie!
Pomachałam mu na pożegnanie. Gdy już straciłam go z oczu postanowiłam pojeździć na moim Parysie. Zaprowadziłam go do stajni i założyłam na niego siodło. Wyprowadziłam na zewnątrz.Usłyszałam, jak babcia zapala silnik i odjeżdża swoim starym autem, a rodzice siedzieli wciąż w domu, więc nie wiedzieli, że chcę "wypróbować" karego. Ale chyba się domyślali i nie chcieli mi przeszkadzać. Zastanawiałam się, gdzie by pojechać. Postanowiłam udać się do lasu i zatrzymać nad strumieniem, które płynęło nieopodal. Tego dnia było gorąco, więc pomyślałam, że to idealny dzień na taką wycieczkę. Wsiadłam na konia i popędziłam go. Jechaliśmy spokojnym kłusem, bo nie uczyłam się jeszcze galopować. Kusiło mnie na galop, ale powstrzymywałam się z trudem. Dotarliśmy do strumyczka i zeszłam z Parysa. Podeszliśmy do wody. Puściłam konia, a sama usiadłam na trawie. Od razu spuścił głowę i zajadał się trawą. Siedziałam i patrzyłam na mojego ogiera przez jakieś 10 minut. Zdjęłam siodło i polałam konia wodą, bo się spocił. Przytuliłam się do niego. Spojrzałam nad grzbietem i zobaczyłam stado krów. Zapomniałam, że w upalne dni zawsze sprowadzaliśmy bydło do lasu. Nagle zorientowałam się, że się ściemnia. Nałożyłam z powrotem siodło i wsiadłam na karego. Szybko wróciliśmy do domu. Zaprowadziłam go do stajni i poszłam do swojego pokoju. Był cały w plakatach z końmi, pościel także się nie różniła. Położyłam się na niej i zasnęłam z uśmiechem na ustach.
-Spójrzcie na jego grzywę! -krzyknęłam do nich.- Podoba wam się?
-Bardzo ładna kochanie! -odkrzyknęła babcia.
Nagle Ron wstał. Podziękował za kawę i odszedł od stołu. Wyszłam z ogrodu i poszłam na podwórko. Z domu wyszedł pan dżokej.
-Ellie -zawołał mnie- chodź, chcę ci coś dać.
Podeszłam do niego, nie wiedząc o co mu chodzi. Dał mi lonże.
-Dziękuję panu za lonże. Jest piękna! Nie widziałam nigdy takiej kolorowej. -Ron podarował mi lonże we wszystkich kolorach tęczy. Wielki uśmiech pojawił się na moich ustach. Na Rona zresztą też.
-Ale to nie to chciałem ci dać. To znaczy nie tylko to. -poprawił się.
Naprawdę nie wiedziałam, o co mu chodzi. Wziął ode mnie lonże i przypiął ją do konia a potem zawiązał wokół drzewa. Zajrzał do kabiny samochodu i wyjął jakieś papiery. Przewrócił na odpowiednią stronę i podał mi je. Spojrzałam na nie i zaniemówiłam. Jak się okazało Ron był właścicielem Parysa, albo raczej - byłym właścicielem. Chciał sprzedać mi swojego konia!
-Wystarczy, że tu popiszesz i Parys jest już twój! -powiedział. Nie wiedziałam co zrobić. Dopiero, co poznałam tego pięknego konia, a już się w nim zakochałam! Widziałam żal w oczach Rona, gdy podawał mi długopis. Powoli skończyłam pisać na kartce swoje nazwisko. Oddałam długopis i spojrzałam na mężczyznę. Ten odwrócił się i wszedł do samochodu. Przez otwarte okno krzyknął tylko:
-Niedługo przyjedzie tutaj mój syn sprawdzić co u konia i przywiezie ci resztę rzeczy. Do widzenia Ellie!
Pomachałam mu na pożegnanie. Gdy już straciłam go z oczu postanowiłam pojeździć na moim Parysie. Zaprowadziłam go do stajni i założyłam na niego siodło. Wyprowadziłam na zewnątrz.Usłyszałam, jak babcia zapala silnik i odjeżdża swoim starym autem, a rodzice siedzieli wciąż w domu, więc nie wiedzieli, że chcę "wypróbować" karego. Ale chyba się domyślali i nie chcieli mi przeszkadzać. Zastanawiałam się, gdzie by pojechać. Postanowiłam udać się do lasu i zatrzymać nad strumieniem, które płynęło nieopodal. Tego dnia było gorąco, więc pomyślałam, że to idealny dzień na taką wycieczkę. Wsiadłam na konia i popędziłam go. Jechaliśmy spokojnym kłusem, bo nie uczyłam się jeszcze galopować. Kusiło mnie na galop, ale powstrzymywałam się z trudem. Dotarliśmy do strumyczka i zeszłam z Parysa. Podeszliśmy do wody. Puściłam konia, a sama usiadłam na trawie. Od razu spuścił głowę i zajadał się trawą. Siedziałam i patrzyłam na mojego ogiera przez jakieś 10 minut. Zdjęłam siodło i polałam konia wodą, bo się spocił. Przytuliłam się do niego. Spojrzałam nad grzbietem i zobaczyłam stado krów. Zapomniałam, że w upalne dni zawsze sprowadzaliśmy bydło do lasu. Nagle zorientowałam się, że się ściemnia. Nałożyłam z powrotem siodło i wsiadłam na karego. Szybko wróciliśmy do domu. Zaprowadziłam go do stajni i poszłam do swojego pokoju. Był cały w plakatach z końmi, pościel także się nie różniła. Położyłam się na niej i zasnęłam z uśmiechem na ustach.
poniedziałek, 15 lipca 2013
Rozdział 1 ♞
To była ta chwila. Zaraz powinien zadzwonić dzwonek startowy. Czekałam z zapartym tchem, można powiedzieć, że odizolowałam się od całego świata. Słyszałam tylko bicie swojego serca, bardzo mocne bicie. Dzwonek. Popędziłam konia i przed pierwszą przeszkodą... koń się potknął. Ja przeleciałam przez przeszkodę, a mój koń złamał nogę. To było straszne. Obudziłam się. Na szczęście to był tylko zły sen. Ale pomimo tego nie mogłam się otrząsnąć, to, co było w tym śnie bardzo mnie przeraziło. Usiadłam na łóżku i spuściłam głowę. Podeszłam do szafy i przez przypadek wzięłam bryczesy. Założyłam je, a także jakąś żółtą koszulę. Zeszłam na dół i otworzyłam lodówkę. Jednak, gdy tylko spojrzałam na jedzenie, chęć na nie szybko mnie opuściła. Poszłam do przedpokoju i założyłam na siebie swoje brązowe gumiaki i wyszłam na podwórko. Chciałam pochodzić po polach, jednak plany się popsuły. Na dworze stała przyczepa a obok niej moi rodzice i jakiś bardzo niski pan. Podeszłam do babci, która siedziała na schodach koło domu. Spytałam:
-Babciu, o co chodzi? Co ten pan tutaj robi!? Czy to jest to, o czym myślę...
-Tak. -powiedziała z uśmiechem na ustach.
Spojrzałam na przyczepę i na to wszystko. Czułam się zakłopotana. Odwróciłam się i miałam zamiar wejść do pustej stajni, kiedy mama mnie zawołała. Podeszłam do niej.
-Załóż toczek. -Powiedziała i podała mi go.
Zrobiłam jak kazała, a nieznajomy pan przywołał mnie do siebie ruchem ręki. Stanęłam obok niego, a on otworzył boczne drzwi do przyczepki. Usłyszałam cichutkie rżenie. Przeszedł mnie dreszcz. Tata otworzył tylne drzwi przyczepy i razem z panem Ronem, czyli z dżokejem, wyprowadzili karego, pięknego ogiera.
-To Parys, jest rasy trakeńskiej. -powiedział Ron.- Chciałbym, abyś się na nim przejechała.
-Ja?! -krzyknęłam.
Ja nie umiem jeździć.... to było straszne! Stał przede mną najpiękniejszy koń jakiego kiedykolwiek widziałam. Ron wyciągnął rękę, w której trzymał wodze, bo koń był osiodłany. Przejęłam je od niego. Koń patrzył mi prosto w oczy, wydawało mi się, że mówi do mnie, żebym na niego wsiadła. Oczarowana jego spojrzeniem włożyłam lewą stopę w strzemię i usiadłam na jego grzbiecie. Zamknęłam oczy i dotknęłam rękoma jego grzywy. Pięty w dół, plecy prosto, kolana do siodła.... przypominając sobie te nieliczne lekcje jazdy popędziłam niezwykłego ogiera. Byłam zdziwiona, że jak na razie gładko mi idzie jazda.
-Babciu, o co chodzi? Co ten pan tutaj robi!? Czy to jest to, o czym myślę...
-Tak. -powiedziała z uśmiechem na ustach.
Spojrzałam na przyczepę i na to wszystko. Czułam się zakłopotana. Odwróciłam się i miałam zamiar wejść do pustej stajni, kiedy mama mnie zawołała. Podeszłam do niej.
-Załóż toczek. -Powiedziała i podała mi go.
Zrobiłam jak kazała, a nieznajomy pan przywołał mnie do siebie ruchem ręki. Stanęłam obok niego, a on otworzył boczne drzwi do przyczepki. Usłyszałam cichutkie rżenie. Przeszedł mnie dreszcz. Tata otworzył tylne drzwi przyczepy i razem z panem Ronem, czyli z dżokejem, wyprowadzili karego, pięknego ogiera.
-To Parys, jest rasy trakeńskiej. -powiedział Ron.- Chciałbym, abyś się na nim przejechała.
-Ja?! -krzyknęłam.
Ja nie umiem jeździć.... to było straszne! Stał przede mną najpiękniejszy koń jakiego kiedykolwiek widziałam. Ron wyciągnął rękę, w której trzymał wodze, bo koń był osiodłany. Przejęłam je od niego. Koń patrzył mi prosto w oczy, wydawało mi się, że mówi do mnie, żebym na niego wsiadła. Oczarowana jego spojrzeniem włożyłam lewą stopę w strzemię i usiadłam na jego grzbiecie. Zamknęłam oczy i dotknęłam rękoma jego grzywy. Pięty w dół, plecy prosto, kolana do siodła.... przypominając sobie te nieliczne lekcje jazdy popędziłam niezwykłego ogiera. Byłam zdziwiona, że jak na razie gładko mi idzie jazda.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)